środa, 3 czerwca 2020

Dzień 15


Dzień 15
869 przypadków

  Książki drzemały na regale meblościanki za przykurzoną szklaną gablotką. Były to w większości PRL-owskie wydania w tanich, papierowych okładkach, wymięte i pożółkłe ze starości. Głównie standardowy zestaw klasyki obecny w wielu polskich domach: trochę Sienkiewicza, trochę Szekspira, czterech wieszczów dzieła zebrane, tu Tołstoj, tam Dumas, ówdzie Lem, Wiech czy inny Morcinek. Gromadzone przez dekady komuny z inteligenckiego poczucia obowiązku i zgrzebnomieszczańskich aspiracji, po transformacji trzymane raczej z przyzwyczajenia i apatii niż rzeczywiście dla lektury. Na samej górze stało parę nadpróchniałych woluminów o statusie pamiątki po dziadkach; na najniższych pólkach tłoczyło się kilkanaście błyszczących powieści zagranicznych wydanych już w latach 90. – Grisham, King, Crichton i powciskane między nie pociągowe czytadła, których sumienie nie pozwalało wyrzucać.
  – W ogóle nic nie czyta, cep i prymityw jeden. Tylko przed tym świecącym pudłem siedzi. Troglodyta i ignorant. Gablotkę by chociaż z kurzu przetarł, a nie – zrzędziła „Wojna i pokój”, wiercąc się na półce.
  – Się paniusia tak nie rozpycha, ciasno tu, a pani gruba i ciężka w lekturze – warknął stojący obok „Zły”.
  – Wot cham i durak!
  – W ząbek czesany – zachichotał „Śmiech śmiechem”.
  – Darujcie sobie te jałowe swary i tak nie ma dla nas nadziei... – wtrąciła posępnie „Dżuma”.
  – Ależ na pewno niedługo kogoś z nas weźmie – ćwierknęło optymistycznie „Przedwiośnie” w okładce z zawadiacko pozaginanymi rogami.
  – W piecu skończymy, wspomnicie moje słowa...
  – A pani kiedy ostatni raz była czytana? – zagadnął „Lalkę” elegancki „Pan Tadeusz” w skórzanej oprawie.
  – No wie pan... – obruszyła się „Lalka” i spróbowała wstrząsnąć podstarzałymi kartkami, ale nie mogła, gdyż była książką.
  – Ja byłam kilka lat temu pożyczona – zaszczebiotała z dolnej półki „Gra Endera” w połyskliwej, choć trochę wygniecionej okładce. – To dlatego, że jestem słynna, lekko napisana i dobrze przetłumaczona.
  – Dzieciarnia milczeć! Tania grafomania dla plebsu... – burknął zdegustowany „Pilot Pirx”.
  – Ciekawa fantastyka dla młodego czytelnika! Ty, wujek, tak przynudzasz, że się przez to przebrnąć nie da – stanął w obronie sąsiadki „Park Jurajski”.
  – Hę? O co ten rwetes, huncwoty i nicponie? Nie słyszę! – sapnęła z góry przedwojenna, nadszarpnięta zębem czasu „Lokomotywa”.
  – Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie! – zagrzmiał bez związku VIII tom „Pism wszystkich” Norwida, a pozostałe dziesięć tomów przytaknęło mu gromkimi „azaliż”, „przeto” i „zawżdy”.
  – Jesteśmy międzynarodowymi bestsellerami!– zapiszczały chórem „Firma”, „Misery” i „Tożsamość Bourne'a”. – Domagamy się uznania, szacunku i dostępu do większej przestrzeni półkowej!
  – Uznanie? Dostęp? Rozbestwieni dewizowcy! Ja wam zaraz, ja wam zaraz... – syczał groźnie „Zły”, trzęsąc się z gniewu.
  – Ale cóż się tam wyprawia? Nic nie słyszę, łapserdaki! – skarżyła się „Lokomotywa”, a pot z niej spływał.
  – Szmira! Amerykańska tandeta! Imperialiści!
  – Zbutwiałe dinozaury! Ramoty! Ciężkostrawne gnioty!
  – CISZA! Idzie! – „Przedwiośnie” niemal podskoczyło z ekscytacji. – Idzie! O, gapi się na nas, zaraz kogoś wybierze, mówię wam...!
  – Jakoś mu dziwnie z oczu patrzy... – zauważyła ponuro „Dżuma”.
  – Nonsens! Po prostu na lekturę mu się zebrało. Może ma ochotę na narodową klasykę...?
  – Powieść przygodową?
  – Wymagające science fiction?
  – Azaliż...?
  Drzwiczki gablotki otworzyły się ze skrzypnięciem i do środka wsunęła się owłosiona dłoń z niedomytymi paznokciami. Chwilę się wahała, kiwając palcem na boki, aż wreszcie pochwyciła „Przedwiośnie”.
  – Hurrrrrra! – Powieść przylgnęła do ręki człowieka, moszcząc się w niej wygodnie. – Przykro mi kochani, wasza kolej innym razem! Będziemy teraz czytać, tak? Gdzie siadamy? Na fotelu, na kanapie... o, idziemy gdzie indziej? Dobrze, do kuchni? Nie? O, tutaj...? No naprawdę, bywałem czytane w bardziej godnych miejscach... No niech będzie, to co, otwieramy? Ekhm... Ojciec nosił nazwisko Baryka, imię... Uch, dobrze, że nie mam nosa. Zaraz, zaraz, co ty robisz? Puść tę kartkę! Nie!!! *rrrwp!* Boli!!! O, Boże wszechmogący, co ty... Gdzie ty tę kartkę... Nie, nie waż się! Ty barbarzyńco, ty... *rrrwp!* Ała! O, Jezu Chryste, co za ból! Moja godność! Ratunku! Na pomoc! Na pomoc!!!
  Książki na regale zamarły w zgrozie. Z oddali dobiegały przeraźliwe krzyki „Przedwiośnia”, odgłosy rwanych kartek i rytmiczne mokre szuranie. Łkania pohańbionej klasyki stopniowo słabły, by wreszcie umilknąć całkowicie, utopione w szumie jakby wodogrzmotu. Potem zapadła martwa cisza.
  – O, kurewność – rzekł VIII tom „Pism wszystkich” Norwida.

*

  Mam tylko nadzieję, że rury się nie zapchają, pomyślałem, spuszczając po raz drugi wodę. Życie zmusza nas czasem do podejmowania dramatycznych wyborów, choć akurat Żeromskiemu się zbierało od liceum.
  Wieść o tajemniczej awarii elektroniki od Apple szybko obiegła glob. Media informowały o osobistych tragediach ludzi, którzy z dnia na dzień potracili swoje zdjęcia na tle Taj Mahal i możliwość słuchania Arcade Fire na iTunes. Przez świat przetaczała się fala samobójstw, osobliwie poprzez powieszenie na bardzo długim szaliku. W Warszawie ruch tramwajowy został sparaliżowany z uwagi na liczbę osób rzucających się na tory na Pl. Zbawiciela. Zaniepokojony sytuacją doniosłem na Daniela do telefonu zaufania; lepiej, żeby go wzięli w kaftan niż jakby miał się utopić w bezalkoholowym winie.
  W domu nie mogłem się na niczym skupić. Dzięki przymusowemu zamknięciu w czterech ścianach Januszowie z góry mieli okazję się do siebie zbliżyć, skutkiem czego od tygodnia dochodziły stamtąd regularne odgłosy awantur. Pan Janusz darł się na syna, pani Grażyna na Janusza, a syn zamykał w swoim pokoju. Ponieważ od ciągłego trzaskania drzwiami brzęczały u mnie butelki po piwie, miałem do wyboru albo posprzątać, albo wyjść na spacer w celu zrealizowania niezbędnych potrzeb życiowych. Zadzierzgnąłem więc na głowie moją majtkową maseczkę i udałem się na świeże powietrze, podreperować zdrowie psychiczne.
  Ulice były wyludnione. Place zabaw owinięto całunem czarnej folii, pojemniki na używaną odzież zaplombowano, wszelkiego rodzaju lokale, gabinety i salony zamknięto na głucho. Wszędzie w oczy kłuły wydrukowane na domowych drukarkach obwieszczenia: „zamknięte z powodu krwioletowicy”, „niedostępne do odwołania wzwiąsku z zagrożeniem epiodemologicznym”, „nieczynne bo wirus”.
Nieliczni przechodnie przemykali chyłkiem, rozglądając się nieufnie na boki. Nawet psiarze wyprowadzali czworonogi jakoś tak bardziej po kryjomu. Po ulicach krążyły patrole policji; funkcjonariusze ze srogimi, nieskrytymi maseczką minami przechadzali się niespiesznym, budzącym respekt krokiem i wlepiali mandaty komu mogli. Za niestosowanie się do wytycznych dotyczących zachowania dystansu na ulicy, za podejrzanie spacerowe tempo, za wyjście z pieskiem zbyt daleko od miejsca zamieszkania, za krzywo założoną maseczkę, za krzywe spojrzenie, za złorzeczenie przeciw partii i prezesowi. Najłatwiejszym celem byli idący pod rękę staruszkowie – ich nawet starszy perspirant Prukała z piwnym bandziochem potrafił dogonić. Większym wyzwaniem okazali się rowerzyści, ale i na nich znalazł się sposób. Jeden kulson chował się w krzakach z długim kijem, który w odpowiednim momencie wtykał w szprychy niesfornemu cykliście; wtedy drugi rzucał się szczupakiem na wyglebionego nieszczęśnika i wypisywał mu mandat na 12 tysięcy złotych.
  Aby uniknąć wdawania się w dyskusję z pałami co jest, a co nie jest „niezbędną potrzebą życiową”, specjalnie na takie okazje miałem przygotowaną siatkę z porem i bagietką. Ilekroć na horyzoncie zamajaczył mi mundur, przyspieszałem kroku i zaczynałem wymachiwać reklamówką bardziej zamaszyście, w celu podkreślenia wagi i istotności mojej wyprawy. Klucząc osiedlowymi uliczkami dotarłem w końcu do Kupnej Łączki – skwerku, gdzie mieszkańcy okolicznych bloków pozwalali swoim psom się wybiegać i przy okazji załatwić małe co-nieco; wśród właścicieli panował niepisany konsensus, że ten psiak, co się właśnie wypina pod mirabelką, nie należy aktualnie do nikogo. Obecnie łączka była niemal pusta, zarośnięta zdradliwie niestrzyżoną trawą. Patrząc uważnie pod nogi, przeszedłem na drugi jej koniec, gdzie w załomie żywopłotu i cieniu kasztanowca kryła się kulawa ławeczka. Obiekt był skitrany tak dobrze, że nawet większość okolicznych meneli nie miała o nim pojęcia, miejscówka była więc stosunkowo mało zapluta i zasyfiona petami. Rozsiadłem się z westchnieniem ulgi i, z dala od nieprzyjaznych mundurowych oczu, wyciągnąłem z siateczki puszeczkę piweczka. Otworzyłem ją przy akompaniamencie satysfakcjonującego psyknięcia i pociągnąłem długi łyk, czując jak zbawcza moc jęczmienia i chmielu obmywa moje ciało z lęków i trosk. Zmrużyłem oczy, rozkoszując się pieszczotą promieni wiosennego słońca na twarzy. Dzień był nie za chłodny i nie za gorący, idealny na taki właśnie piknik. Gdyby nie docierające z oddali głosy policyjnych szczekaczek, nawołujących do pozostania w domach i nieorganizowania antyrządowych demonstracji „w trosce o zdrowie i życie najbliższych oraz całego narodu”, można by było niemal zupełnie zapomnieć o całym tym szajsie. Po jednym relaksującym napoju przyszła kolej na następny, aż wreszcie, ukojony muśnięciami ciepłego wiaterku i ukołysany szumem liści kasztanowca, zapadłem w krótką drzemkę. Po przebudzeniu odkryłem, że ktoś mi gwizdnął z reklamówki trzecie piwo, ale, o dziwo, zostawił pora i bagietkę.
  Wieczorem wybierałem się znów do dziewczyn. Minęło już parę dni od mojej ostatniej wizyty, bo z racji przeniesienia wykładów do sieci studentom zaczęto zadawać prace domowe i laski wieczorami ślęczały nad jakimiś długaśnymi wypracowaniami. Cieszę się, że mam te czasy za sobą i mogę sobie spokojnie wegetować w pozbawionej perspektyw robocie, starając się nie rzucać nikomu w oczy i nie wykazując śladu ambicji czy inicjatywy. Biedne, zapracowane dziewczyny. Wziąłem z regału „Wichrowe wzgórza”, żeby oddać Sarze i... hm, czy te książki w gablotce się na mój widok skuliły? Chyba mam zwidy.
  Na kolacji u sąsiadek nastroje były, jak to się mówi, minorowe. Pojedliśmy, popiliśmy, ale rozmowa niezbyt się kleiła. Dziewczyny błądziły gdzieś myślami, nie śmiały się z moich żartów, aż w końcu i mi się udzieliła ogólna atmosfera przysmęcenia. Wreszcie Sara wymówiła się bólem głowy i zniknęła w swoim pokoju, zostawiając nas we dwójkę. Przyniosłem Mili reddsa z lodówki i usiedliśmy na podłodze, oparci plecami o kanapę. Z telewizora przemawiał znajomy minister; ściszyliśmy odbiornik, żeby nie budzić Sary, więc docierało do nas tylko uspokajające mruczenie.
  – Lubię go – stwierdziła Mila. – Zawsze wygląda na takiego zmęczonego.
  – No nie wiem. Babcia ostrzegała, że z rudego nic dobrego... – skrzywiłem się.
  – Więcej zaufania. Wygląda na uczciwego gościa, co na pewno żadnych przekrętów nie robi.
Pokręciłem głową, ale nic nie odpowiedziałem. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
  – Czarek? – odezwała się wreszcie Mila. – Czy to koniec świata? – zapytała poważnie.
  – Co? Oj, nie przesadzaj. – Wysiliłem się na uśmiech.
Mila spuściła głowę i skubała z metalicznym brzękiem dzyndzelek od puszki. Nigdy nie widziałem jej takiej osowiałej.
  – No bo... Coraz więcej ludzi wokół choruje. I umiera. I mówią, że nawet jak to się skończy, to będzie gospodarczy kryzys stulecia. A może nawet wojna... Boję się.
  – No... Weź nie bój się. – Byłem absolutnie do dupy w pocieszaniu.
  – Mam chłopaka, wiesz? Od sylwestra. Z mojej wioski, poznaliśmy się u kumpeli. On studiuje w innym mieście i... Widziałam się z nim na żywo tylko trzy razy. Teraz rozmawiamy na skypie, ale... Wiesz, jeszcze ze sobą nawet nie spaliśmy. Wieczorami myślę, co będzie jeśli on nagle zachoruje i umrze. Albo ja.
  – Nie opowiadaj głupot, żadne z was nie umrze. Młodzi nie umierają... zazwyczaj. Co najwyżej przejdziecie to jak katar. Dobrze będzie. – Patrzyłem na nią z bezradną miną. Zawsze starałem się unikać takich niezręcznych sytuacji, ale teraz nie bardzo było jak wstać i wyjść.
  – Czy Sara... też ma chłopaka? – spytałem tknięty nagłym przeczuciem.
  – Hm? Nie, z tego, co mi wiadomo, to nie.
  Aha, czyli na drodze nie stały mi przeszkody obiektywne, tylko własna nieudolność. Co za krzepiąca myśl.
  – A potem myślę, że przecież są ludzie, którzy mają nie chłopaka, którego ledwie znają, tylko rodziny, dzieci. I się o nie martwią tak jak ja o mamę i tatę. – Nie unosiła głowy, fioletowa grzywka zasłaniała jej oczy. – Jakoś zawsze do tej pory myślałam, że jesteśmy nieśmiertelni. No, poza dziadkami. Ale to takie naturalne, że oni umierają, prawda? Czy jestem złą osobą, że tak mówię...?
  – Nie, nie jesteś. Tak, starzy ludzie umierają. – Zaczynałem panikować i strzelać oczami w stronę wyjścia.
  – Czarek, masz papierosy?
  – Zawsze. – Poklepałem się po kieszonce koszuli.
  – A mogę jednego?
  – Nie wiedziałem, że palisz.
  – Bo nie palę. Ale jakie to ma teraz znaczenie.
  Wstała i zachwiała się przez moment, chwytając się niezgrabnie mojej głowy.
  – Przepraszam, wszystko OK. Chodź na balkon. Nie bój się, ma wysoką barierkę.
Wyszliśmy na niewielki prostokąt betonu zawieszony nad 20-metrową przepaścią. Miałem mieszane uczucia względem balkonów, dlatego zwykłem wychodzić na fajka przed blok.
Dałem Mili papierosa i podpaliłem, uważając na grzywkę. Zaciągnęła się i momentalnie dostała ataku kaszlu.
  – O Jezu... Nie miałam tego świństwa w ustach od sylwestra – wyszeptała z łzami w oczach.
  – To nie świństwo jest, to rothmansy. – Niemal się obraziłem.
  – „Palenie niszczy zęby i dziąsła” – przeczytała napis z paczki. I jakie zdjęcie wstrętne. Pokaż zęby, Czarek.
  – Nie będę się tu szczerzył dla twojej rozrywki. A paczka była kiedyś gustowniejsza, dawno temu, jak dopiero zaczynałem palić.
  – Powinieneś już rzucić – powiedziała z troską. – Ile ty masz właściwie lat, bo nie pamiętam? Pod czterdziechę, nie?
  – Trzydzieści pięć! – odparłem podniesionym głosem i nieco bardziej piskliwie, niż zamierzałem.
  – Hehe... Wiesz, że w zasadzie biologicznie mógłbyś być moim ojcem? Jakby cię jakaś zboczona nauczycielka w gimnazjum uwiodła...
Miałem na końcu języka, że w moich czasach nie było gimnazjum, ale się w ten język ugryzłem.
Pociągnęła bucha i znów zakaszlała.
  – Niedobre. Ale dobre.
  – Nic dodać, nic ująć. – Też zapaliłem.
 – Jaka będzie pierwsza rzecz, którą zrobisz po epidemii? – zapytała, patrząc w szybko granatowiejące niebo.
  – Kebab – odparłem bez wahania. – Tłusty, ociekający sosem kebab podany bez żadnych środków zachowania higieny w najbrudniejszej budce, jaką uda mi się znaleźć.
  – Ha... Ja myślałam o plaży. Bo to już lato pewnie będzie. Pojechałabym nad jezioro, w tłum ludzi, z dyskoteką przez całą noc.
  Na chwilę oddaliśmy się swoim marzeniom. Mila oparła się plecami o barierkę i przechyliła lekko. Ścierpła mi skóra.
  – Nie wychylaj się...!
  – Co? Ach, twój lęk wysokości.
  – Nie mam lęku wysokości tylko lęk przed wypadnięciem – rzuciłem, starając się unikać patrzenia w dół. – To zupełnie racjonalne.
  Mila uśmiechnęła się blado.
  – Śmieszny jesteś, Czaruś. Nie umieraj. I rzuć palenie.
  Zgasiła peta w pustej doniczce i potarła skronie.
  – Teraz mnie też głowa boli. Słabo mi trochę, położę się wcześniej. – Kaszlnęła.
  Spojrzałem na zegarek; nie było jeszcze 21, a Mila zazwyczaj prowadziła raczej nokturnalny tryb życia. Musiała się naprawdę źle czuć. Uraczyłem ją jeszcze kilkoma marnymi słowami otuchy, przytuliłem i wróciłem do siebie trapiony jakimś niejasnym złym przeczuciem.


środa, 13 maja 2020

Dzień 13


Dzień 13
553 przypadki

  Lina. Lina okrętowa namoczona w morskiej wodzie. Tak podobno podcierali się żeglarze. Takie śmieszki-heheszki można przeczytać w internecie. Wcale nie było mi do śmiechu. Nie miałem w domu nawet kawałka sznurka. Poza tym dlaczego w ogóle to rozważałem, co za durna idea. Równie dobrze mógłbym użyć tej szczeciniastej szczotki, co stoi obok sedesu. Uczucie pewnie zbliżone do wcierania soli w odbyt. Rzymianie z kolei wykorzystywali w tym celu gąbkę na patyku. Gąbka to zupełnie inna rozmowa, mięciutka i chłonna. Gąbki też nie miałem. Nawet o patyk byłoby trudno bo parki i lasy zamknęli. Myślałem raz, czy się nie przekraść na ukradkowy spacer, ale zabawa w kotka i myszkę z gajowym Gugałą to chuj nie relaks.
  Minister z brodą zmienił dziś zdanie i powiedział, żeby jednak nosić maseczki. Fantastycznie. Moja dostawa „masek 100% skutecznosc” spod Iwanofrankowska opóźniała się. Kilkakrotnie ponaglałem niesolidnego sprzedawcę, aż w końcu wystawiłem mu takiego sążnistego negatywa, że mu w pięty poszło. Dopiero wtedy doczekałem się odpowiedzi. „Іди в сраку.” Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć cyrylicę z czasów nauki w podstawówce. I...d...ź... w... s...r...a.. O, ty łobuzie!
  Z oburzenia aż dech mi zaparło i przez chwilę zastanawiałem się, czy krwioletowicy od tego nie dostałem, ale pięćdziesiątce z pieprzem mi przeszło. Musiałem sobie radzić inaczej. W internecie mnóstwo porad, jak uszyć samemu maseczkę. Co za fantazje! Tak jakby każdy trzymał w domu igłę i nitkę i jeszcze potrafił coś z tym zrobić. Nie, nie dam sobie wmówić, że prawdziwy mężczyzna potrafi przyszyć sobie guzik. Jak mi guzik odpadnie, to wyrzucam koszulę. W moich heteroseksualnych żyłach płynie burbon, nikotyna i cholesterol z krwistych steków, nie będę wzroku tracił nad jakimś babskim ścibieniem. Wyciągnąłem z komody starą maseczkę antysmogową bez filtra i wypchałem ją swoimi bardzo męskimi gaciami. Nie dało się w tym oddychać, ale czułem się trochę chroniony, a majtki prawie nie wystawały.
  Wracając z małej wyprawy do Żabki po najpotrzebniejsze produkty (fajki, piwo, nutella, pieprz do wódki i te takie dropsy w śmiesznej tubce, które wypadają, jak się naciśnie dyspenser), natknąłem się na Huberta, patriotycznie wzmożonego sąsiada z góry. Właściwie codziennie kogoś spotykałem, czy nikt z mojego bloku nie traktował tej kwarantanny poważnie?! Hubert trzymał pod pachą jeden z tych judeosceptycznych periodyków, co sam wcześniej nabyłem, choć w odróżnieniu ode mnie nie wydawał się z tym szczególnie kryć.
  – Czołemwielkiejpolsce – przywitał się z taką naturalnością, z jaką inni mówią „siema”.
  – Mmhohemm – odparłem, bo co miałem zrobić.
  – 5G – oświadczył niepytany, stukając palcem w gazetę. – Zawsze mówiłem, że tak będzie. Krwioletowica, czy jak tam ją inżynierowie śmierci nazwali, to oczywisty efekt promieniowania 5G.
  – Mmahe eho ewhe mihme mema.
  – Co? Weź zdejm, Czaro, tę pedalską maseczkę, bo brzmisz jak jakiś ciapak.
Westchnąłem i rozczepiłem rzep, pilnując, żeby gacie nie wyleciały na ziemię.
  – Powiedziałem, że tego jeszcze nigdzie nie ma.
  – Czego?
  – No, 5G.
  – Ale będzie. I po to jest ten wirus, żeby przykryć skutki jego wprowadzenia. Rząd światowy chce nas zatruć falami elektromagnetycznymi.
  – Sieć 5G wywołała chorobę, żeby odwrócić naszą uwagę od chorób, jakie wywoła?
  – Spisek! – wrzasnął, opluwając gazetę. – I szpiegostwo. Jak powiedział Stalin, żeby wygrać bitwę, potrzeba setek tysięcy żołnierzy, ale żeby zwycięstwo poszło na marne, potrzeba paru szpiegów.
  – Jaką bitwę...?
  – O Prawdę, naiwniaku. Chcą cię zniewolić, ogłupić, zamienić w bezmózgiego arbeitera.
  – O Boże, kto?
  – Eskimosi. – Mrugnął porozumiewawczo. – I ich popychadła: Gatesy, Sorosy, Tuski. Wcisnęli ci tę maseczkę, która tak cię przed niczym nie chroni. To zmowa korporacji, żeby sprzedać ludziom gówno, którego nie potrzebują.
  – Nie kupiłem jej teraz, to moja maseczka antysmogowa.
  – Ha! Co ty, Czaro, dziecko? W smog wierzysz? Może jeszcze w efekt cieplarniany? – zakpił.
  – Chyba mylisz efekt cieplarniany z globalnym ociepleniem...
  – Żadnego smogu u nas nie ma, a poza tym to Niemcy go napędzają wiatrakami ze swojej strony granicy.
  – Nie rozumiem, to jest, czy go nie ma...?
  – Zamach! – zawył. – Nie ma człowieka, nie ma problemu, mawiał towarzysz
Stalin.
  Zawsze zastanawiała mnie słabo skrywana fascynacja, jaką tzw. środowiska niepodległościowe żywiły dla totalitarnego komunizmu. Płomienny, acz nieco spóźniony antykomunista Hubert zdawał się przywoływać te wszystkie cytaty ze Stalina z jakimś osobliwym rodzajem szacunku.
  – Weź, stary, wywal to i zaczerpnij pełną piersią naszego cudownego, polskiego powietrza – powiedział z nagłym rozrzewnieniem. – Tego prastarego, lechickiego aromatu wolności, którym oddychali przed tobą bohaterowie: Kościuszko i Piłsudski, Dmowski i Piasecki, Kapitan „Bury” i Major „Łupaszko”... – zaszkliły mu się oczy.
  Aromat wolności woniał podejrzanie jak kupa Fafika, gdyż staliśmy obok krzaku bzu.
  – Wiesz, kto tego wirusa roznosi? – Hubert zniżył głos do nienawistnego warkotu. – Feminazistki, które spółkują z czarnuchami w modnych klubach. Ględzą o dyskryminacji i opresji, a tak naprawdę tylko czarny kutas im w głowie. I w dupie. A potem zarażają białych mężczyzn, którymi gardzą. To przypadek, że umiera więcej mężczyzn niż kobiet? To chytry plan lesbijek, żeby nas wytępić, a tych, co nie umrą, zdominować i rządzić nimi.
  – Lesbijkom czarny kutas w głowie?
  – Wszystko dla idei! Idee są potężniejsze od karabinów, jak mówił...
  – Tak, domyślam się kto. Ja tam czytałem, że więcej mężczyzn umiera, bo prowadzą niezdrowy tryb życia. – Pomyślałem o zawartości swojej reklamówki.
  – Niezdrowy! Ha! A co, mamy jeść jarmuż – wymówił ostatnie słowo tonem kapiącym od pogardy.   – Czy ty wiesz, co to zdrowie? Zdrowie to dusza patriotyczna i niezłomna. Zdrowie to umysł nieprzemakalny na lewacką homopropagandę i syjonistyczny gebelsizm. Zdrowie to ciało hartowane na rajdach ku czci wyklętych. – Spróbował wciągnąć wystający spod koszulki brzuch, z połowicznym sukcesem. – Nie mów mi o zdrowiu, bo jedyne lekarstwo, jakiego potrzebuję, to czerwona pigułka. Ale ty oczywiście pewnie czekasz na szczepionkę?
  – Tak – westchnąłem, wiedząc, że to pułapka.
  – Otwórz oczy! To wszystko spisek koncernów farmaceutycznych. Wierzysz, że jakaś nowa choroba pojawiła się tak znienacka? Najpierw opracowali i wypuścili wirusa, potem sprzedadzą za ciężkie pieniądze szczepionkę. Geszeft jest geszeft, dziadek Mosze byłby dumny.
  – To... to kto w końcu chce nas pozarażać, rząd światowy, korporacje czy feministki?
  – Dokładnie! – ryknął. – Ja żadnego świństwa od nich nie przyjmę, syna też zaszczepić nie dam.
  – O, spotykasz się z kimś?
  – ...to nie jest tematem rozmowy.
  – Jasne... Słuchaj, muszę iść, bo tę... zupę zostawiłem na gazie.
  – Pamiętaj, to Oni za wszystko odpowiadają! Nie bądź lemingiem! Myśl samodzielnie, tak jak ci mówię!
  Obiecałem solennie, że będę się miał na baczności i zostawiłem go dłubiącego w uchu i mamroczącego coś o „zmowie” i „zdradzie”.
  Po całym bloku niosło się pukanie, stukanie i wiercenie; przynajmniej pięciu sąsiadów stwierdziło, że kwarantanna to idealny czas na remont. W powietrzu unosił się drażniący pył i smród akrylu, na półpiętrach stały worki z cementem i wiadra farby. W mieszkaniu otworzyłem okna, po czym zamknąłem okna, bo było jeszcze gorzej. Wyciągnąłem telefon i sprawdziłem SMS-y; przyszedł newsletter od pizzerii, z którego cały czas zapominałem się wypisać.
  „Pizza Kondominos. Super promocja na kwarantannę, zamów online 2 pizze w cenie 1 z kodem EPIDEMIA. Bezkontaktowa dostawa!”
  Ta, żeby mnie do niej jakiś gorączkujący kucharz nachyrchlał czy mściwy dostawca napluł. Czy może ją mi „bezkontaktowo” teleportujecie prosto z pieca? Będziecie musieli się bardziej postarać z tą promocją zanim podejmę ryzyko. Miałem dzień wolny, więc uwaliłem się na kanapę i zagłębiłem w lekturze „Wichrowych Wzgórz”. Och, ileż ten biedny Heathcliff wycierpiał!
  W pewnym momencie musiałem przysnąć, bo do przytomności przywróciło mnie buczenie telefonu. Julita? Dziwne... Odebrałem.
  – Ha...halo?
  – Halo, Czarek? Tu Julita.
  – Tak, wiem...
  – Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czy mógłbyś do mnie zajrzeć? Mam mały problem i potrzebuję pomocy...
  – Eee, tak, jasne, pewnie. – Przetarłem oczy. – Teraz?
  – Jakbyś mógł. Nie musisz brać maseczki.
  Nie musiałem brać maseczki? Trochę mnie to zdziwiło, ale tym lepiej. Wypchana bielizną nie nadawała się do interakcji społecznych; szczerze mówiąc, ledwo do czego się nadawała.
  Ogarnąłem się szybko, przegryzłem dropsa i zszedłem trzy piętra niżej do Julity. Pod drzwiami leżał foliowy worek, pewnie ze śmieciami. Zapukałem; po chwili uchylił się wizjer i dobiegł do mnie lekko stłumiony głos sąsiadki.
  – Hej, otwórz worek na wycieraczce.
  – Okej...
  Zajrzałem do foliowej torby – była tam świeża maseczka chirurgiczna, opakowanie lateksowych rękawiczek, gogle, ochraniacze na buty i mała butelka odkażacza.
  – Zdezynfekuj się i załóż to wszystko, proszę.
  Zerknąłem na drzwi; klapka wizjera była wciąż otwarta, a za nią mrugało rybie oko Julity. Poczułem się jak w „Milczeniu owiec”. It rubs the lotion on its skin...
  Po spełnieniu przez mnie wszystkich wymogów bezpieczeństwa rozległ się trzask czterech zamków, drzwi rozwarły się na oścież i dostąpiłem zaszczytu wejścia do środka.
  Nigdy wcześniej nie byłem w mieszkaniu Julity, ale miało taki sam układ jak to wynajmowane przez Sarę i Milę – niewielki pokój dzienny z dwoma sypialniami i ślepą kuchnią; w odróżnieniu od staroświecko urządzonego lokalu dziewczyn, u Julity kuchnię połączono z salonem, więc całość robiła wrażenie przestronniejszej. Duży pokój był skąpo umeblowany i nieskazitelnie czysty. Na śnieżnobiałych ścianach wisiało kilka trudnych do zidentyfikowania obrazów, na kredensie stała taca ze sztucznymi owocami. Rzucał się w oczy brak telewizora; w jego miejsce było spore, zarośnięte podwodną roślinnością akwarium. Przez uchylone drzwi jednej z sypialni widziałem starannie zasłane łózko z kapą i... czy to była kolekcja porcelanowych lalek?
  – Przepraszam za chaos. – Julita poprawiła poduszkę na sofie i przekręciła leżący na szklanym stoliku magazyn. – Zaproponowałabym ci coś do picia, ale... – wskazała przepraszająco na maseczkę. Sama też miała na sobie gogle i rękawiczki, a do tego płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem.
  – Spoko. Rybki się pochowały? – spytałem, pochylając się nad akwarium.
  – Och, nie, to akwarium typu holenderskiego, same roślinki. Nigdy nie męczyłabym ryb w tak małym akwenie.
  – Eee, same wodorosty, tak? No... gustownie. To w czym potrzebujesz pomocy?
  – Mój komputer się popsuł albo ma jakiegoś wirusa czy coś. Pomyślałam, że może się znasz, bo... tak trochę wyglądasz. Mógłbyś rzucić okiem? Leży koło okna.
  – Ja...jak ja wyglądam? – zapytałem niepewnie, poprawiając okulary i odruchowo wygładzając flanelową koszulę.
  – No wiesz... – Zrobiła nieokreślony gest ręką, unikając kontaktu wzrokowego.
  Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale podszedłem do biurka, na którym leżał laptop.
  – Stój! Pająk! Pająk. Pająk.
  Posłusznie się zatrzymałem, wytężając wzrok, ale nigdzie nie dostrzegłem żadnego pajęczaka. Julita okręciła się wokół własnej osi, dała susa do kuchni, wyciągnęła z szafki wielki sprej na owady i szufelkę, wyminęła mnie, mrucząc pod nosem „pająk pająk”, i psiknęła pod parapet. Dusiła ten przycisk przez dobre pięć sekund, aż zacząłem się krztusić pomimo maseczki. Wreszcie zgarnęła na szufelkę jakąś mikroskopijną czarną kropkę i wyrzuciła ją za okno.
  – No – odetchnęła z poczuciem dobrze wykonanej misji.
  – Pająki są pożyteczne, wiesz? – zauważyłem. – Zjadają insekty i w ogóle...
  – I co w ogóle?
  – No... w sumie to tylko tyle robią... A nie wystarczy?
  – W moim domu nie ma i nie będzie ani owadów, ani innego obrzydlistwa. Sama sobie poradzę, dziękuję bardzo.
  Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na biały laptop. O w mordę, przecież to nie komputer, to Mac.
– To Mac – powtórzyłem na głos.
  – Oczywiście, że to Mac. Przecież wiesz, gdzie pracuję. W agencji reklamowej musimy używać Maków, to jest w naszym katechizmie.
  – Hmmm, ale ja się za bardzo nie znam na Makach... – podrapałem się w zakłopotaniu po potylicy.
  – Ach. Przepraszam więc, miałam nadzieję... Zazwyczaj proszę o pomoc kolegę, ale dzisiaj nie mógł przyjechać, bo umarł na krwioletowicę.
  – Co takiego?!
  – No mówię, umarł na krwioletowicę. Trzecia ofiara PBF w Polsce, oczywiście musiało się to mnie przytrafić – fuknęła z ponurą irytacją.
  – ...tobie?
  – Myślisz, że śmierć w moim otoczeniu pozytywnie wpływa na moją psychikę? Młody facet, bez chorób współistniejących, to tylko potwierdza, że każdego z nas może to spotkać. Aż musiałam lekarza o clonazepam poprosić, tylko nie wiem, jak wykupię, bo pod aptekami ustawiają się kolejki pokasłujących staruchów. Czekam na hazmat suit z Alibaby, powinien niedługo przyjść, zamówiłam go miesiąc temu.
  – Miesiąc...? To na dwa tygodnie przed pierwszym zachorowaniem – wykrztusiłem, próbując ogarnąć wszystko naraz.
  – No. A co, nie miałam racji? – zapytała niemal z tryumfem w głosie. – Dobrze, słuchaj, przepraszam, że cię na próżno ściągałam...
  – Czekaj, też mam kolegę, fana Maków. Zadzwonię do niego, może coś nam podpowie. – Wciąż trochę oszołomiony wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Daniela.
  Powiedzieć, że Daniel był fanem Maków, to nic nie powiedzieć. W odróżnieniu od typowych Apple-zombich, Daniel był z firmą od zawsze, na dobre i na złe: od pionierskich dni Apple II i czarno-białego Macintosha, przez chude lata 90., aż po białe słuchawki Steve'a Jobsa i złote czasy naciągania ludzi o przeroście dochodów nad zdrowym rozsądkiem na sprzęt dwa razy droższy od konkurencji, ale za to z niczym niekompatybilny. Za równowartość zgromadzonych przez Daniela macbooków, iphone'ów, i ipadów można by wykarmić somalijską wioskę przez dwa lata. Poza tym, co rzadkość, koleś się na tej całej szarlotce autentycznie znał, więc jeśli ktoś mógł nam pomóc, to właśnie on.
Po kilkunastu sygnałach w słuchawce odezwał się jakiś dziwnie zapłakany głos Daniela.
  – Halo...?
  – Halo, siema, stary, słuchaj, jestem u koleżanki i mamy problem z jej macbookiem... – Otworzyłem laptopa i nacisnąłem parę klawiszy. – Powiem ci, co się dzieje, to może nam doradzisz...
  – Co się dzieje...? Co się dzieje...? Nikt nie wie, co się dzieje! Nikt!!! O tempora, o mores – załkał kumpel.
  – Tem...tempura? O czym ty mówisz?
  – Nie słyszałeś? Wirus! Straszny wirus!
  – No tak, wirus, z Indii – powiedziałem powoli, zastanawiając się, czy Daniel nie postradał zmysłów.    – Dobrze się czujesz? Trzeba wezwać pogotowie?
  – Nie pogotowie, karawan! Do moich ukochanych jabłuszek...Mój iMac, mój Mac Pro, mój MacBook Air, mój iPhone 11 Pro Max...
  – Ale co się stało?
  – Nie żyją – zaszlochał. – Wszystkie nie żyją. Wszystkie komputery, wszystkie telefony, tablety, wszystkie produkty Apple na całym świecie nagle przestały działać. Umarły. Jak jakiś globalny wirus albo czarna magia... Nie oszczędziło nawet smartwatchy, nawet ipodów, nawet starusieńkich power maków. To koniec! Koniec wszystkiego, co piękne, wszystkiego, co wzniosłe, co szlachetne...
  – Fabryki Apple zatrudniają chińskie dzieci do produkcji smartfonów – nadmieniłem cierpko.
  – Oszczerstwo! – wydarł się do słuchawki. – To wina podwykonawców! Ach, zresztą, jakie to ma już dziś znaczenie? To Armageddon, Ragnarok, zmierzch ludzkości...
  – Ale... jeżeli twój iphone nie działa, to jak teraz ze mną rozmawiasz?
  – Przez saaamsuuungaaa – rozryczał się na całego.
  O, Boże. Zerknąłem na Julitę i pokręciłem głową. Daniel dalej coś bełkotał, mogłem tylko potakiwać.
  – Aha. Aha. Tak. Rozumiem. Aha. Bardzo mi przykro. Jestem z tobą. Tak. Tak, wiem, ze teraz nic nie ma znaczenia, ale może zamów sobie pizzę, jest taka promocja... Nie, dziękuję, nie wsadzę jej sobie w... Nie, nie nienawidzę cię, wybaczam ci. Słuchaj, połóż się... połóż się, spróbuj zasnąć. Tak, wiem, że to nie zły sen, ale postaraj się odpocząć. Zadzwonię jutro. Tak na samsunga, bardzo mi przykro... Możemy przez Skype'a... tak, wiem, że to teraz Microsoft. Po prostu się połóż, ok? Cześć, trzymaj się.
  Odwróciłem się do sąsiadki, która patrzyła na mnie pytająco.
  – Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie. Kolega mówi, że wszystkie komputery Apple przestały działać.
  – Och, hm. To znaczy, że nikt w agencji nie będzie mógł pracować, nie tylko ja. – Maseczka na jej twarzy poruszyła się, jakby zrobiła jakiś grymas, którego nie byłem w stanie rozszyfrować.
  – Wszyscy u was pracują na Makach?
  – Wszyscy kreatywni. W księgowości i kadrach mają pecety, bo słyszałam, jak szef mówił, że poważni pracownicy muszą mieć prawdziwe komputery, cokolwiek to znaczy. – Wzięła się pod boki i wygięła brwi w łuk, jakby występowała w starym sitcomie.
  Zaczęło mi się robić nieswojo, więc pożegnałem się i opuściłem to dziwne miejsce. Po stronie plusów zapisałem fakt, że mogłem zatrzymać jednorazową maseczkę, którą zamierzałem prać codziennie. Po drugiej stronie... ech, chyba też powinienem położyć się do łóżka i spróbować przespać tę całą głupią pandemię.
  Tej nocy śniła mi się olbrzymia pizza z hamburgerami, spaghetti i kebabowym brzegiem. Pulchne klopsiki i połyskliwe oliwki pieściły mój wzrok, moje nozdrza drażniła zmysłowa mieszanka oregano, musztardy i ostrego sosu. Jednak ilekroć próbowałem zatopić zęby w tej uczcie, ktoś mi ją usuwał spod nosa. Płakałem, szarpałem, błagałem, ale nie dane mi było nawet polizać. Na granicy pola widzenia majaczyły groźne sylwetki, kołysały się pejsy i krawaty, rozbrzmiewały ponure inkantacje w starolesbisjkim. Mroczne siły tego świata sprzysięgły się, bym już nigdy nie zaznał smaku niczego lepszego od mrożonej fasolki.
  Obudziłem się zlany potem i zwinięty w pozycji płodowej zjadłem zawartość całej tubki dropsów ze śmiesznym dyspenserem.


sobota, 2 maja 2020

Dzień 10


Dzień 10
198 przypadków

  Z nerwów dostałem obstrukcji, więc miałem dużo czasu na czytanie gazet, które nabyłem. Dowiedziałem się z nich, że pandemia to syjonistyczny spisek mający na celu wygubienie chrześcijan, a w Indiach zaczęli dla niepoznaki. To na dokładkę do uchodźców, których żydomasoneria nasłała na Europę, by się z nami zmieszali i stworzyli podrasę, którą będzie sterować finansjera z Tel Awiwu i Nowego Jorku. Ponadto ze zdziwieniem odkryłem, ilu jest w Polsce zakamuflowanych Żydów, o których nie miałem pojęcia. Nie dość, że pół rządu i trzy czwarte opozycji, to jeszcze ta znana aktorka z tego serialu, ten słynny reżyser i większość moich ulubionych pisarzy. Przerażająca wizja macek resortowej żydokomuny oplatającej kraj sprawiła, że puściły mi w końcu zwieracze. Uroniwszy łezkę za Wielką Lechię, podtarłem się artykułem o chemicznych smugach kondensacyjnych, wymyłem ręce i zdezynfekowałem moim wiernym odkażaczem. Zamknąłem drzwi wejściowe na łańcuch i wyjrzałem zza firanki, czy aby nie idą judejscy roszczeniowcy, restytuować sobie moje mienie. Co prawda mieszkałem w wielkiej płycie, ale nigdy nic nie wiadomo.
  Czułem, że dla zdrowia psychicznego powinienem przerzucić się na prasę kolorową, ale te kartki w „Chwili dla Ciebie” czy Tele Tygodniu” były takie nieprzyjemnie śliskie i lichej jakości... Chyba zacząłem dostawać rozstroju nerwowego.
  Trudno mi było mym prostym rozumem faceta, w którego ponadtrzydziestoletnim życiu nie wydarzyło się nigdy nic bardziej katastroficznego od pękniętej prezerwatywy, ogarnąć prędkość wydarzeń ostatnich dni. Czułem się jak Ferdek Kiepski w tym odcinku, w którym odkrywa, że zaczyna się starzeć i wszyscy wokół niego poruszają się w przyspieszonym tempie, a on stoi jak ta gapa. To tak jakbyś chciał usiąść na kanapie i zorientował się, że nie tylko ktoś ci ją usunął spod tyłka, ale jeszcze zburzył dom, a na jego miejscu wybetonował plac zabaw i właśnie usiadłeś dupą na karuzeli.
  Jeszcze dwa miesiące temu cała ta epidemia działa się gdzieś za wielką wodą, wśród nie-białych ludzi. Miesiąc później była już w Europie, ale wciąż z dala od naszej spokojnej prowincji; Mediolan, Lombardia – to dla człowieka, który ostatnio najdalej był w Mysiadle, bo zasnął w autobusie nocnym, nazwy tak egzotyczne jak Kuala Lumpur czy Maui. Tydzień temu pojawił się wreszcie u nas, więc pomyśleliśmy: „OK, teraz trzeba myć ręce przez 20 sekund i rozejrzeć się za alternatywami dla papieru toaletowego”. A potem wypadki potoczyły się lawinowo – pierwsze ofiary śmiertelne, zamknięte biura, zamknięte szkoły, zamknięte supermarkety, zamknięte lasy, ludzie mają gremialnie siedzieć w domach i oszczędnie dawkować zupki chińskie. A teraz jeszcze Krzysztof Ibisz. Jeśli nawet człowiek pokroju pana Krzysztofa Ibisza złapał krwioletowicę, to znaczy, że każdy z nas może może złapać krwioletowicę, to już nie abstrakcja. To ujmujące nas za mosznę lodowate palce rzeczywistości.
  Jak coś takiego może się dziać tu, w Pierwszym Świecie, w Unii Europejskiej, w Polsce, a co najważniejsze – w MOIM życiu? Nasz kraj może bidny, pochmurny i paździerzowy, ale ma swoje zalety: nie ma trzęsień ziemi, tsunami, wulkanów, malarii, muchy tse-tse, skorpionów, czarnych mamb i czarnych wdów, terrorystów, separatystów, nawet gangsterzy już w większości na emeryturze. Jest nudno, ale przewidywalnie; niewytwornie, ale przytulnie i swojsko jak w garnku z bigosem. Tak lubimy i nie chcemy tego zmieniać. Niech sobie na febrę i gorączkę nilową umierają kolorowi gdzieś daleko w tropikalnym buszu. Niby też ludzie, ale przecież wszyscy czujemy, że tak w sumie nie do końca. To jak z tymi kilkudziesięcioma „Kanadyjczykami” w zestrzelonym przez Iran samolocie – po poskrobaniu okazuje się, że to Irańczycy z kanadyjskim paszportem, a więc tacy niezupełnie prawdziwi Kanadyjczycy, nie ci, których pra-pra-pradziad Jean-Philippe tłukł bobry w krzakach nad jeziorem Ontario i strzelał do Irokezów. Owszem, odbyła się rytualna żałoba nad „obywatelami kanadyjskimi”, ale czuć było między wierszami, że gdyby zamiast brązowawych imigrantów zginęła frankofońska wycieczka z Montrealu, to reakcja byłaby dużo silniejsza, a na Zatokę Perską mogłaby nawet wpłynąć fregata HMCS „Poutine” z arsenałem syropu klonowego i uprzejmości na pokładzie. Tak samo u nas, nawet Olisadebe był takim niby-Polakiem, strzelającą gole maskotką, a co dopiero zwykłemu kebabiarzowi Ahmedowi czy majtkarzowi Nguyenowi o polskości marzyć. Jeszcze ich dzieci i wnuki będą przyszywane, niepełne i choćby po polsku mówiły od urodzenia i lepiej od nas, to najgrzeczniejszym komentarzem, jaki usłyszą, będzie „pan to pewnie z daleka?” Z tego daleka, gdzie dzikusy strzelają do siebie ze starych kałachów i padają od jadu, trucizn, wirusów i bakterii. Całego tego syfu, który powinien był zostać tam na miejscu, tam daleko-daleko.
  Poza tym mamy przecież XXI wiek. Dżuma, ospa, polio – wszystko to przeszłość. Teraz mamy lekarstwa, sprzęt i wiedzę, żadna epidemia nie powinna nam być straszna. A tu jakaś żałosna grypa z zaszlamionego bazaru w dziczy rzuca na kolana cały cywilizowany świat. Gdzie szczepionka, ja się pytam? Gdzie pierdolona szczepionka?! Niech rządy sypną jajogłowym hajsu i niech ci wymyślą jakiś farmaceutyk, ale na jednej nodze! Jak słyszę, że szczepionka będzie za rok-półtora, to aż mnie skręca. Za jaki rok, ja chcę na zaraz! Ja żądam, ja się, kurwa, domagam!!! Czemu nie można w miesiąc? Mają te lśniące laboratoria, te doktoraty, te miliony dolarów, to w czym problem? Niech testują na bezdomnych, do czegoś się wreszcie przydadzą. Albo na Hindusach, to w końcu ich wina. Oni to gówno wypuścili w świat, niech teraz płacą. Ja chcę normalnie żyć, ja chcę wyjść na koncert albo do baru, chcę dotykać twarzy, chcę trzywarstwowego, tłoczonego rumiankowego papieru toaletowego. Nie chcę się już bać i myć trzy razy chleba pod bieżącą wodą. Żądam swojego cywilizowanego, zachodniego, nowoczesnego stylu życia z powrotem.
  Na ulicach obchodzę wszystkich szerokim łukiem, żeby na mnie nie nadyszeli swoim wirusem. Teraz o każdej porze można kogoś z psem na spacerze spotkać, dzieciaki nie chodzą do szkoły, to się szwendają po okolicy, rowerzyści nadjeżdżają znienacka, ciągnąc za sobą kondensacyjną smugę zarazków jak te chemtraile co według moich gazet Żydzi zrzucają z samolotów. Najgorsi jednak są joggerzy, ci przekonani o własnej zajebistości niewolnicy ruchu, którym by się świat zawalił, jakby te parę tygodni posiedzieli, kurwa, na kanapie. Biegnie toto, zieje, sapie, z otwartej gęby wyrzuca aerozol śliny i wirusów, wszystkich ma w dupie, wszystkich wkoło by zaraził, byle tylko wyrobić normę kilosów na apce. Robię uniki, odwracam głowę, a i tak mam wrażenie, jakbym był cały oblepiony kleistym choróbskiem.
  Pod blokiem jakieś zamieszanie, okazało się, że ktoś podpierdolił na policję pana Mariana z pierwszego piętra, że głośno kicha przez otwarte okno. Właśnie go, wierzgającego i protestującego paramedycy pakowali do karetki. Ratownicy byli zabezpieczeni jak stan naszej służby zdrowia pozwalał: jeden miał na twarzy okulary pływackie i maseczkę uszytą chyba ze starej piżamy; drugi mignął mi tylko przez chwilę, ale mógłbym przysiąc, że owinął sobie głowę foliową teczką na dokumenty. Sąsiedzi, najwyraźniej przekonani, że od kogoś niekichającego zarazić się nie można, stali w grupce i obserwowali scenę z obłudnym zatroskaniem skrywającym niezdrową fascynację cudzym nieszczęściem. Pani Petunia, z której domu katolicki głos dobiegał ostatnio głośniej niż zwykle, stała na balkonie i po chrześcijańsku pomstowała na „sodomię i gomorię”, ateistów, antychrystów i „leźbijki” z szóstego piętra, które Pan Bóg pokarze trądem, paraliżem i uschniętym sromem. Ktoś się zaśmiał, ktoś oburzył, pan Stefan poinformował wszystkich przejętym głosem, że do najbliższego wydania niedzielnej gazety dołączony będzie cudowny medalik Maryi Łaskawej, pani Krystyna potwierdziła, dodając, że i święty obrazek warto w oknie wystawić. Pan Wojciesław zapytał z przekąsem, czy trzeba jeszcze drzwi jagnięcą krwią skropić, ale go zakrzyczano, a pani Petunia spróbowała opluć z balkonu, mało co nie spadając we własne hortensje. Potem rozmowa zeszła na nową lokatorkę z ostatniego piętra, która podobno była pielęgniarką i pracowała w szpitalu gdzie, kto wie, może zwożono chorych na krwioletowicę, jak właśnie pana Mariana. Pani Grażyna oświadczyła, że kategorycznie sobie nie życzy, żeby „ktoś taki” chodził po tej samej klatce schodowej co ona, jeździł tą samą windą i rozsiewał wszędzie to paskudztwo, co pewnie z pracy przyniosła. Pan Janusz próbował ją mitygować, że statystycznie, matematycznie, szanse na zarażenie są znikome, ale większość osób poparła głośno jego żonę. Zapachniało linczem; gdybym miał choć trochę kręgosłupa, stanąłbym w obronie tej pielęgniarki, ale tylko wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i przepchałem się do wejścia.
  W domu zmieniłem ubrania, a buty wystawiłem za drzwi, pomny SMS-a od Julity z życzliwą informacją, że wirus utrzymuje się na podeszwach nawet do 24 godzin. Po wymyciu rąk zacząłem metodycznie przemywać spirytusem wszystkie zakupy. Dziwne, że nigdy wcześniej o tym nie myślałem, przecież kładziemy te wszystkie produkty spożywcze razem w lodówce, potem tą samą ręką dotykamy sera czy wędliny jak i słoika dżemu oślizgłego od miliarda różnych bakterii albo opakowania chipsów, na które ktoś nacharkał ebolą. Oczywiście teraz tą samą ręką dotykałem najpierw nieodkażonego produktu, potem ręcznika ze spirytusem, potem drzwi od lodówki, potem znów spirytusu, potem plecaka, potem stołu – mikroby mogły być już wszędzie. Poza tym jak długo i jak dokładnie trzeba było przecierać opakowanie jogurtu, żeby je odkazić? Czy mam już wirusy na włosach? Czy jeśli dotknę skażoną ręką kurtki, potem spodni, potem umyję ręce, ale dotknę spodni, potem się podrapię po policzku, to umrę? Zacisnąłem oczy i pucowałem butelkę po butelce chmielowego uspokajacza, starając się nie myśleć. Myślenie tylko szkodziło.
  W tle grało, a raczej gadało radio. Pan premier przekonywał głosem mężnym i stanowczym, że jesteśmy zwarci i gotowi do walki, nie oddamy ani guzika i że w ogóle idzie nam świetnie i w tej walce wyprzedziliśmy już Europę i pół świata. Testów u nas robi się bardzo dużo, a że mniej niż wszędzie indziej to dlatego, że więcej nie potrzeba, bo Polacy to naród północny i, jak wszystkim wiadomo, zahartowany w bojach z grypą i anginą. Nasze organizmy po prostu radzą sobie z infekcjami lepiej niż ciepłolubnych mięczaków z południa. Minister z brodą chwalił lekarzy i personel medyczny za zaangażowanie i poświęcenie, tylko poprosił, żeby się nie odzywali. Poprosił za pomocą rozporządzenia. Szczyt zachorowań dopiero przed nami, więc lekarze i pielęgniarki powinni rzucić wszystkie siły na szaniec walki z krwioletowicą, a nie mleć językiem po mediach i to zwłaszcza tych podejrzanie nieprzychylnych. Za niesubordynację mogą czekać ich konsekwencje służbowe, nawet w postaci obcięcia premii. Na sugestię dziennikarzy, że w państwowy personel medyczny chyba nie dostaje premii, pan minister bardzo się zdziwił, bo on jest z zawodu lekarzem i premię pobiera co miesiąc. W tym momencie konferencja została zakończona, więc nie dowiedziałem się ile i za co konkretnie pan minister dostaję premię, ale mogę sobie wyobrazić, że za piękną brodę i te oczy podkrążone.
  O zachodzie słońca wyszedłem na mojego kojącego nerwy papieroska. Wieczór był ciepły i jakoś tak nieprzystająco optymistyczny. Zaczynały kwitnąć bzy, między blokami obijał się krzyk pierwszych powracających z zimowiska jerzyków. Na drzwiach wejściowych do bloku naklejono obwieszczenie informujące, iż rada osiedla organizuje walne zebranie w celu przedyskutowania reguł „social distansingu”. Pan Czesław właśnie mówił do pana Stefana, że to pewnie o tych imigrantów chodzi, co do nas przyjeżdżają tylko po socjal i na dansingi, polskie dziewczyny bałamucić. Wyminąłem sąsiadów i odszedłem na bezpieczną odległość, rozkoszować się moją nikotyną w spokoju. Azaliż pod krzakiem bzu ujrzałem jakiegoś pochylonego w pół zażywnego jegomościa, którego rozpoznałem nie tyle po przetartym siedzeniu sztruksów, co po głosie.
  – Fafik! Noż, Fafik, cholero ty!
  – Panie Bronku?
  – Uszanowanie, panie Czarku. No wlazła cholera w krzaczory i wyliźć nie chce. – Pan Bronek wyprostował się z trudem i stęknięciem. – Chyba mu się udziela atmosfera, jak to mówiom. Wstydliwy się jakiś zrobił, strachliwy. Dobra, tam se sraj, jak musisz! Pan kopsnie fajeczkie, panie somsiad, pustom paczkie w kurtkie wziąłem.
  Kopsnąłem, ognia użyczyłem i puściliśmy sobie zgodnie dymka, zapatrzeni w krzew bzu, pod którym Fafik załatwiał interes. Po otaczającej pana Bronka aurze i poczerwieniałym nosie poznałem, że nie żałuje sobie swojego lekarstwa.
  – No i patrz pan, jednak kwarantannę nam zasolili – odezwał się od niechcenia. – Mówiłem, żeby tego letko nie traktować, bo się jeszcze możem nogamy nakryć. I co, łazisz pan do roboty czy tkwisz w chałupie i na łonlajnach robisz?
  – Na łon... online, znaczy, tak. A jak tam u pana z pracą? Przestój?
  – No, fuszek trochu mniej, nie powiem, przerzedziło się. Ale zupełnego zastoju w interesie tyż ni ma. Hydraulik, wiesz pan, jest jak lekarz – takoż profesja niezbędna, choć nie zawsze pierwszej potrzeby. Jak panu kranik cieknie, to się pan możesz parę tygodni wstrzymać z wizytom, ale jak kolanko puści, to nie ma przebacz, trza walić do specjalisty.
  Obok przeszła roześmiana grupka nastolatków, wśród nich Adrian, syn Nowaków z piętra wyżej. Ukłonił się nawet i dobry wieczór nam powiedział, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, kątem oka dostrzegłem jak pan Bronek spurpurowiał na twarzy.
  – Do domu!!! – ryknął jak niedźwiedź. – Kwarantannę uskuteczniać! Co to za włóczęgi, o zakazie zgromadzeń nie słyszeli? Rodzice wiedzom, że się tak razem szwendacie? Żebym ja im nie powiedział, wszystkich was tu znam, młokosy. I co się tak gapicie jak Żyd na chałkie? Won mnie stond w te pędy!
  Dzieciaki stały przerażone i zbaraniałe, popatrzyły na siebie, popatrzyły na mnie, ale że też zrobiłem groźną minę, to się potulnie rozeszły, każde w swoją stronę. Pan Bronek oddychał ciężko przez chwilę, otarł czoło i strzepnął zamaszystym ruchem papierosa.
  – Gówniarzeria bezmózga. Jak se wcześniej nad rzeczkie na spacer poszłem, to tam całe tabuny tych szczeniaków siedzom. Młodsze, starsze, jedne to się nawet z piwskiem specjalnie nie kryjom i te swoje hipisowskie świństwo jarajom. No normalnie się pętakom w dupach poprzewracało i myślom, że wakacje majom. Na co dzień nie idzie ich z domu wygonić, żeby se w piłkie pograli czy kota poganiali jak za moich czasów, tylko nad tym srajfonami siedzom, blade i miętkie. Wiem, bo wnuka mam. Ale jak im raz pan powiesz, że kwarantanna, że izolacja, żeby se w swojem pokoju troszku posiedzieli, to nie! Akurat wtedy muszom smarkacze zrobić naprzeciw i wyjść się spotkać ze swoimi głupimi, małymi przyjaciółmi. Muszom, bo się, kurwa, uduszom. A potem przyniesom do domu to wirusisko, matkie rodzicielkie zarażom, łojca dobrodzieja zarażom albo babkie seniorkie, co z racji wieku w grupie najwyższego zagrożenia kojfnięciem się znajduje. I wtedy to płacz bydzie i zgrzytanie zębów. Na miejscu rodziców to bym baczniej zafajdańców pilnował i pas puścił w ruch, jakbym przez okno ze znajomkami obaczył.
  – Albo pod kluczem trzymać...
  – Alibo pod kluczem trzymać, słusznie, panie Czarku. Nie rozbrabniać się z tałatajstwem.
  – Bo rozpuszczona ta dzisiejsza smarkateria. Bezstresowo chowana. Dzieciaki od małego potrzebują dyscypliny, a nie „projektu dziecko”. Balet, pianino, lekcje chińskiego w przedszkolu, a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że żadnych wartości im nie wpojono. Nie to co kiedyś. Jak mnie ojciec na sylwestra sprał to do Wielkanocy jak w zegarku chodziłem.
  – O to, to, dobrze pan prawisz. Na mnie staruszek nieboszczyk nigdy ręki nie podniósł, bo wiedział, że ciężkom ma od roboty w hucie Lenina. Ale za to matula to mnie potrafiła złoić aż fyrgało. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. – Moresu mnie to nauczyło. Ale teraz, panie, ponoć bachorowi nawet klapsa nie można zasadzić, bo na kolegium pana podadzom. Upadek obyczajów.
  – Upadek. I rozkład.
  – Rozkład, proszę pana i zepsucie.
  Pokiwałem głową, pan Bronek pokiwał głową i tak dopaliliśmy papierosy milcząco zjednoczeni w potępieniu degrengolady czasów obecnych.




sobota, 25 kwietnia 2020

Dzień 8


Dzień 8
74 przypadki

  Waciki kosmetyczne sklejone taśmą były katastrofą. Nie chcę o tym rozmawiać. W obliczu grożącego mi kryzysu toaletowego postanowiłem udać się do kiosku po zapas mięciutkich gazet. Niestety okazało się, że jak zwykle byłem ostatnim, który wpadł na taki genialny pomysł i została już tylko prasa antysemicka. Kupiłem dziesięć egzemplarzy, unikając kontaktu wzrokowego z panią kioskarką i zaniosłem je pod płaszczem do domu.
  Pod blokiem spotkałem sąsiadów. Pan Janusz, który mieszkał piętro nade mną z żoną Grażyną i nastoletnim synem Adrianem, dyskutował o czymś z Hubertem z dziewiątego – gościem pod czterdziestkę, strzygącym się na wojskowo, ubierającym się w (chyba zawsze to samo) moro i jeżdżącym rozklekotanym rowerem z biało-czerwonym proporczykiem. Przystanąłem posłuchać, tylko tak, by nie stać po wiatr od Huberta, który częste mycie i pranie ubrań uważał najwyraźniej za lewacką fanaberię.
  – …Więc powiadam panu – perorował pan Janusz – że statystycznie nie ma się czego obawiać. Owszem, po ludzku te 10 tys. ofiar śmiertelnych we Włoszech robi wrażenie, ale na 60 mln mieszkańców to jest ledwie półtora setnej promila. Okiem statystyka, to jest, proszę pana, nic. Owszem, empatia, ludzkie tragedie, tak, tak. Ale statystyk, proszę pana, nie ma empatii. Trzyma się twardych danych.
  – Jak mawiał batiuszka Stalin, śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to statystyka – wtrącił Hubert.
  – ...Taaak. No i nie zapominajmy, że dane uśrednione zaciemniają nam obraz. Rozłożenie zgonów nie jest bynajmniej równomierne – 90% zmarłych miało ponad 70 lat. To oczywiście ludzkie dramaty, prawda, dla spadkob... to znaczy dzieci i wnuków. Ale statystyk, proszę pana, nie może mieć serca, musi patrzeć chłodnym okiem. Ci starsi ludzie, nie będąc już, prawda, w wieku produkcyjnym, statystycznie, ekonomicznie rzecz biorąc, nie stanowią dla państwa i społeczeństwa, jakby to powiedzieć... wartości dodanej.
  – Surwiwal owde fitest. Tylko najsilniejsi przetrwają. Naród hartuje się w ogniu godziny próby. – Hubert podrapał się po pokrytym alergiczną wysypką cofniętym podbródku.
  – ...Taaak. No więc z punktu widzenia czysto statystycznego, podkreślam, naukowego, to nie jest jakiś istotny ubytek dla społeczeństwa rozumianego jako całość. A nawet można by tak trochę kontrowersyjnie stwierdzić, że zaistniałe... okoliczności... mogą wręcz zaowocować pewną ulgą, pewną oszczędnością dla, rozumie pan, systemu emerytalnego, ubezpieczeń społecznych i tak, prawda, dalej. To znaczy wiadomo, że ja po ludzku serdecznie współczuję, ale, proszę pana, statystyk serca nie ma.
  – Na pohybel starym komuchom!
  – Co? Eee, nie no, nie wszyscy to komuniści...
  – O tym tam mówię – Hubert wskazał głową za nasze plecy.
  Odwróciliśmy się, by ujrzeć wysokiego starca z siwymi, krzaczastymi brwiami, zmierzającego powoli w naszą stronę.
  – Myślisz, że nie słyszałem, gnoju?! – zagrzmiał ponurym basem pan Wojciesław i pogroził laską. – Nic szacunku dla kombatantów!!!
  – Kombatant... Chyba od batowania żołnierzy wyklętych – Hubert rzucił z hardą miną, ale przezornie zszedł z pola rażenia wywijającej groźnie dębowej lagi.
  – Biłem się pod Lenino!
  Z marsową miną pan Wojciesław kuśtykał niewzruszenie w stronę klatki, zmuszając nas, chcąc nie chcąc, do rozstąpienia się. Pomimo dziewięćdziesiątki na karku przewyższał nas wszystkich przynajmniej o głowę. Łysa czaszka z nastroszonymi brwiami kiwała się na długiej, pomarszczonej szyi; z wydatnym, zagiętym nosem wyglądał jak kondor szykujący się do rozprucia brzucha padliny. Emerytowany oficer zawodowy, w ludowym Wojsku Polskim – jak lubił podkreślać – od jego początku do końca, berlingowiec, uczestnik Akcji „Wisła” i Operacji „Dunaj”, weteran czerwca i grudnia, choć niekoniecznie po stronie, której historia przyznała rację.
  Na szczycie schodków sięgnął szponiastą dłonią do kieszeni tweedów i wysupłał z nich najpierw kraciastą chusteczkę do nosa, potem rolkę miętówek, drobne, aż wreszcie dogrzebał się do kluczyka od drzwi bloku. Odwrócił się jeszcze i mrużąc jedno oko wycelował długi palec w stronę Huberta.
  – Pamiętam tych twoich „żołnierzy wyklętych”, szczylu. Tchórzy, kurokradów i stodolnianych gwałcicieli. Jakeśmy urządzili takiemu jednemu bandycie obławę pod Żurominem, to go wieśniacy sami złapali, skrępowali postronkiem jak świniaka i nam na miedzy położyli, tak jego bandę przez te wszystkie lata ukochali.
  Hubert, któremu w bezpiecznej odległości od okutej mosiądzem laski wróciła odwaga, wypiął chudą pierś i zakrzyknął:
  – Niech żyje niezłomne i niepokorne podziemie niepodległościowe! Wiwat „Ogień”! Wiwat „Bury”! Wiwat Brygada Świętokrzyska!
  Po czym odwrócił się na pięcie, dosiadł swojego roweru i z przeraźliwym skrzypieniem odcwałował w dal, powiewając za sobą biało-czerwoną chorągiewką. Pan Wojciesław sarknął pogardliwie i podjął próbę trzaśnięcia z godnością drzwiami do klatki, ale mechanizm samozamykacza udaremnił jego plany. Drzwi domykały się więc flegmatycznie, niespiesznie pogrążając w mroku burczącego starca, grzebiącego w drugiej kieszeni w poszukiwaniu kluczyka od skrzynki.
  Pan Janusz mrugał przez chwilę zdezorientowany i wybity ze swoich socjologicznych dywagacji, aż wreszcie, zorientowawszy się, że wciąż ma jednego słuchacza, spróbował ułapić mnie za guzik od kurtki, by kontynuować. Wysmyrgnąłem mu się jak wąż i wymówiwszy się pozostawioną na gazie zupą, wróciłem do domu.
  Z telewizora premier głosił, że się nie spodziewaliśmy, ale się przygotowywaliśmy i jesteśmy gotowi jak nigdy. Minister z brodą mówił, żeby wszystko zamknąć, chociaż nawet jak zamkniemy, to i tak się pochorujemy, więc równie dobrze możemy nie nosić tych maseczek, co ich już i tak nie ma. Był jeszcze prezydent, chyba na biwaku, bo w zielonym swetrze, ale odruchowo przełączyłem, wiedząc, że już niczego istotnego nie usłyszę. Na drugim kanale arcybiskup groził palcem, że pandemia to kara boża za ekologizm i elgiebetyzm, i że powinniśmy tłumnie udać się do kościołów, by przebłagać Pana. Na szczęście przebłagać Pana można też na podany u dołu ekranu numer konta – zaleca się próbować do skutku.
  Do pracy nie musiałem iść, bo kazali nam wszystkim trzymać się, kurwa, z daleka i przejść na home office. Dłubię ten home office już trzeci dzień i zaczynam się zastanawiać po ki chuj ja właściwie chodziłem tyle lat do tej roboty. Po 45 minutach podróży w korku i ścisku jesteś zmęczony jeszcze zanim zaczniesz pracę, w biurze i tak nikt nikogo nie lubi, na open spejsie gwar jak na Koszykach, przytulności zero bo nam w ramach refurbiszmentu zlikwidowali boksy i teraz kulimy się nad tymi maleńkimi chromebookami przy długich stołach jak w barze mlecznym, co chwila ktoś ma prezentację, szkolenie, daily huddle czy inną sraczkę werbalną, więc wszyscy drepczą gęsiego z tymi identycznymi laptopikami do małej salki bez okien wyglądającej jak ubecka katownia, wysłuchują czyichś mózgopierdów, zgadzają się ze sobą, idą na fajka, potem na lunch, potem na fajka po lunchu, potem na kolejne spotkanie, potem próbują sobie przypomnieć, gdzie siedzieli na open spejsie, potem się okazuje, że wzięli z lunchu cudzego chromebooka, aż wreszcie fajrant, można odwiesić kielnię i zejść z budowy, w sam czas na godzinny korek powrotny do domu. W domu porno, drzemka, mikrofala i zanim się obejrzysz jest już ciemno i pozostaje tylko piwko i kwejk. Teraz od piwka można zacząć dzień, a na resztę jest czas i w pracy. W ogóle jak nikt gitary nie zawraca, to jakoś więcej się robi tego czasu i wydajniej wszystko idzie. Tylko szef nie może się o tym dowiedzieć, bo dopierdoli drugie tyle roboty; trzeba przeciągać wykonanie zadań do 17, a w międzyczasie można i zaległy serial obejrzeć, i lodówkę wreszcie rozmrozić. Ogólnie git by z tą kwarantanną był, jakbym się nie bał, że wszyscy umrzemy.
  O higienę osobistą musiałem dbać, bo niemal codziennie łaziłem creepować do sąsiadek. Zwłaszcza jak już raz człowiek brodę zgolił, to trzeba być konsekwentnym. „Ładnie ci”, powiedziała przecież... Dziewczyny siedziały uziemione na chacie, zajęcia na uczelni zawieszone, biblioteki (Sara) zamknięte, kluby (Mila) zamknięte jeszcze bardziej, na domówki też ludzie bali się zapraszać, tak więc byłem z grubsza ich jedyną opcją towarzyską. Znosiłem do nich swoje makarony i mrożonki, a Sarze udawało się z tego upitrasić jakiś sensowny obiad dla trojga. Potem graliśmy w Jengę czy inne Dobble; jak Sara odpadała pierwsza spać, to grałem z Milą na konsoli, jak Mila to jeszcze lepiej, bo siadałem z Sarą na kanapie i bajerowałem o książkach. Ta cała „Agnes Grey” nawet szybko poszła, w pracy na kiblu połowę przeczytałem. Wartka acz chwytająca za serce opowieść stawiająca w centrum uwagi niedostatek ról dla wykształconych kobiet, które zmuszone są utrzymywać jako guwernantki, znosząc ucisk i ciemięstwo w zamożnych rodzinach wywodzących swe wartości moralne z ambicji i świadomości klasowej. W dyskusji z Sarą pamiętałem, by więcej słuchać niż mówić, co w tym wypadku przyszło mi dość łatwo. W nagrodę Sara wcisnęła mi „Lokatorkę Wildfell Hall” – drugą i na szczęście ostatnią powieść Anny B. Warto było przedrzeć się przez te babskie czytadła sprzed półtora wieku po to tylko, by ujrzeć jak Sara zmienia się, gdy mówi o literaturze. Migdałowo wykrojone oczy rozbłyskały jak Gwiazdy Polarne, na alabastrowy dekolt wstępował rumieniec, pierś falowała niczym nieposkromiony ocean podczas sztormu. A ja spijałem z jej pełnych, wilgotnych warg słowa takie jak: „dominanta kompozycyjna” „operacje sensotwórcze” i „wątki proto-feministyczne”. Pragnąłem zatracić się bez reszty w odmętach tego głosu, w przepaściach tych oczu, w kanionie tego dekoltu lecz zawsze nieubłaganie wybijała godzina, kiedy musiałem opuścić mą Kalliope i powrócić do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie pozostawało mi jedynie oddać się swej ulubionej wieczornej rozrywce – narzekaniu na baby na forum wykopu.
  Tym razem jednak znienacka otrzymałem powiadomienie, że dodano mnie do nowej aplikacji PBF-Watch – uaktualnianej w czasie rzeczywistym mapy zachorowań i śmierci na krwioletowicę na całym świecie ze szczególnym uwzględnieniem przykładów osób, które zlekceważyły śmiertelne zagrożenie i zapłaciły za to najwyższą cenę. Oto 16-letnia Sigrid ze Sztokholmu, zdrowa, wesoła uczennica szkoły średniej, która planowała zdawać na biotechnologię i marzyła, by pomóc wynaleźć lek na raka, zapadła nagle w krwioletowiczną śpiączkę, a jej szanse przeżycia lekarze oceniają na „śladowe”. A tu historia 28-letniego Estebana z Malagi, wysportowanego ratownika morskiego, maratończyka i trenera personalnego, który zmarł niespodziewanie i gwałtownie po tym jak jego twarz spuchła i sfioletowiała, upodobniając się w ciągu minuty do dojrzałego bakłażana; pozostawił nieutuloną w bólu żonę oraz czworo dzieci – kto wie, czy któreś z nich nie będzie następne? Jeśli jeszcze się nie zesrałeś ze strachu, to może przekona cię przypadek 32-letniego Bartłomieja z Gliwic, który nigdy w życiu nie chorował nawet na przeziębienie, a teraz walczy o życie w szpitalu, bo nie umył rąk po sprawdzeniu skrzynki na listy.
  To zdecydowanie więcej niż byłem przygotowany strawić. Dobrze wiedziałem, komu dziękować za ten prezent. Wszedłem na czat i napisałem tylko jedno słowo:

  „Dlaczego?”
  Julita odpisała w ciągu 30 sekund.
  „Dobrze jest pewne rzeczy wiedzieć jednak. Wolisz iść przez życie niedoinformowany?”
  „Tak! :P ”
  „Ignorancja może oznaczać ŚMIERĆ. ”
  „Chyba jednak wyolbrzymiasz zagrożenie...”
  „To kwestia skali. W porównaniu z pożarami w Australii, szarańczą w Afryce, wycinką Amazonii i nadciągającą suszą w Europie, to może rzeczywiście te kilka tysięcy zgonów nie robi różnicy.”
  „Nienawidzę Cię :( ”
  „Przynajmniej na drogach zrobi się bezpieczniej, jak więcej ludzi będzie siedzieć w domu tak jak ja. W zeszłym roku w naszym kraju w 30288 wypadkach poniosło śmierć 2909 osób. Załączam raport Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji w pdf.”
  „Nie chcę! Nie przeczytam! Zostaw mnie w spokoju!”
  „W porządku. Ostatnią rzeczą, jaka bym chciała, jest psuć Ci wieczór. Ale radzę zaopatrzyć się w maseczki, rękawiczki i gogle zanim wszystko wykupią.”
  „Już wszystko wykupiliście!!! Dobranoc.”
  …
  „Julita?”
  „Słucham?”
  „Masz pożyczyć papier toaletowy? :) ”
Użytkownik Julita M opuścił rozmowę

  Westchnąłem i zamknąłem czat. Sen mnie już ogarniał, ale postanowiłem jeszcze ostatni raz rzucić okiem na wiadomości. Otworzyłem portal informacyjny i zmartwiałem.
  O nie.
  Och nie nie nie.
  Krzysztof Ibisz ma krwioletowicę.
  Shit just got real.


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dzień 5


Dzień 5
17 przypadków

  Do dupy do niczego te chusteczki. Małe, źle się układają w ręce, a co najgorsze – drą się w najgorszym możliwym momencie. Wysoce niesatysfakcjonujące doświadczenie konsumenckie, 3/10. Papieru w sklepach nadal brak. Ręczniki papierowe też wyszli. Niedobrze. Zaczynam rozważać waciki kosmetyczne sklejone taśmą.
  W pracy kazali mi podpisać oświadczenie, że nie byłem za granicą, nie kontaktowałem się z nikim, kto wrócił zza granicy i w ogóle nie znam nikogo, kto poruszał się dalej niż w promieniu kilometra ode mnie. W biurze wszędzie rozstawione płyny do odkażania rąk. Ludzie żartują, ale czuć napięcie; w stołówce każdy siada tak, żeby ktoś mu przypadkiem w tajską zupę nie nakichał. Szefowie przebąkują coś o pracy zdalnej. W radiu premier mówi, że będzie dobrze, bo się przygotowywaliśmy od dawna. Minister (chyba ten z brodą) grozi, że będą tysiące zachorowań, ale żeby nie kupować maseczek, tylko zostawić je dla chorych i personelu medycznego. W biurze wszyscy rzucają się do komputerów, kupować maseczki. Na allegro ceny kompletu 10 szt. wahają się od obiadu w dobrej restauracji po używanego volkswagena golfa. Kupuję od użytkownika „med_pro_lux_pol” ostatni zestaw czegoś, co wygląda jak uszyte z poszarzałych ściereczek od naczyń podpaski, za równowartość moich tegorocznych planów wakacyjnych. „HIT!! Maski na Krwioletowica bezpieczenstwo 100%!! Ochron siebie, rodzina i bilskich!! Zapadna technologiia, 100% skutecznosc!!!!” – krzyczało wielką, kolorową czcionką. Wysyłka gdzieś z obwodu iwanofrankiwskiego. Biorę. Drżącymi, spoconymi palcami finalizuję transakcję i oddycham głęboko z miną zwycięzcy. Sprawdzam jeszcze ceny preparatów do dezynfekcji, ale okazuje się, że musiałbym zastawić nerkę i czekać miesiąc na dostawę z Shenyang albo Hangzhou.
  W przerwach na papierosa zauważyłem, że zastanawiająco przerzedziła się liczba wystawionych pojemników z dezynfektantem. Mógłbym przysiąc, że jeszcze godzinę temu jeden stał obok kawomatu. Dwie godziny później zniknął ten z parapetu. Dziwne. Na tarasie marznący palacze rozgrzewali się wzajemnie świeżymi newsami z internetu. Podobno wirus przenosi się na odległość dwóch metrów i utrzymuje na przedmiotach do dziewięciu godzin. Podobno można tygodniami nie wykazywać objawów i nieświadomie zarażać innych. Podobno nawet jak człowiek wyzdrowieje, to nie nabiera odporności i drugie zakażenie jest śmiertelne. Podobno chorzy w zaawansowanym stadium dostają nadludzkiej siły i agresji. Podobno odkryli, że rutinoscorbin zabija wirusa. Podobno próbowali leczyć pacjenta tym rutinoscorbinem ale wpadł w szał i zdemolował szpital. Podobno wirus przenosi się na odległość trzech metrów i utrzymuje na przedmiotach do dwunastu godzin. Podobno epidemia w Indiach zwalnia. Podobno epidemia w Indiach przyspiesza. Podobno w Indiach nie ma żadnej epidemii, została sfingowana i to wszystko to element wojny nowej generacji. Trzęsąc się od wiatru i emocji miałem wrażenie, że słucham strasznych opowieści przy ognisku. Nie, nie, nie. Nie wolno panikować. Najważniejsze są opanowanie i zimna krew. Żadna epidemia nas nie pokona, jeśli zachowamy spokój, dyscyplinę i podstawowe reguły współżycia społecznego.
  Wychodząc z pracy, ukradłem butelkę odkażacza z recepcji.
  Na klatce schodowej minąłem się z Julitą z trzeciego piętra, opancerzoną w zieloną maseczkę chirurgiczną i lateksowe rękawice. Oczywiście. Jeśli ktokolwiek trzymałby w domu takie rzeczy na czarną godzinę to właśnie Julita, neurotyczna trzydziestolatka, która praktycznie nie wychodziła z mieszkania w obawie przed mikrobami, bandziorami i wypadkami samochodowymi. Jedyna znana mi osoba, która będąc poza domem potrafiła się martwić, że padnie jednocześnie ofiarą napadu i włamania. Popełniłem kiedyś błąd akceptując jej zaproszenie na FB, wskutek czego do dziś czytam przerażające posty i otrzymuje linki do najbardziej ponurych i przygnębiających informacji z kraju i ze świata. Wiedzieliście że 43% pilotów linii lotniczych zasypia podczas lotu, a 33% budząc się, odkrywa, iż ich drugi pilot również śpi? Ja już wiem. W odwecie podzieliłem się badaniem dowodzącym, że mamy czterokrotnie większe prawdopodobieństwo stracić życie na skutek wypadnięcia z łóżka niż w katastrofie lotniczej. Niestety doprowadziło to tylko do wojny na posępne statystyki, czego efektem jest moja wcześniej wspomniana rezerwa wobec publicznych basenów.
  Julita wymamrotała coś do mnie głosem stłumionym przez maseczkę, lecz ja pomachałem jej tylko z wymuszonym uśmiechem i uciekłem do mieszkania. Nie miałem siły słuchać, że co roku do oceanu wrzuca się trzy razy więcej ton śmieci niż wyławia z niego ryb. Albo, co bardziej prawdopodobne, czegoś strasznego o krwioletowicy. Nic złego się nie dzieje, wyszoruję ręce i będzie dobrze. Trzeba tylko poświęcić szczególną uwagę przestrzeniom między palcami, każdy kciuk myć osobno, wewnętrzną powierzchnią prawej dłoni namydlić grzbiet lewej dłoni... I powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze. Hm, takie długie mycie rąk nawet relaksuje. Czy zawsze trzeba było myć 20 sekund? Jakim cudem ja jeszcze żyję? Wytarłem pomarszczone jak rodzynki palce do sucha i poczułem się świeżo i bezpiecznie. Zdobyczny odkażacz ustawiłem na honorowym miejscu półeczki, między resztką sprezentowanych mi parę lat temu zagranicznych perfum i dezodorantem marki Axe, na którego efekt w postaci goniących mnie, oszalałych z żądzy kobiet wciąż czekałem. Z ulgą podrapałem się wreszcie po nosie, drugą ręką sprawdzając telefon, na który właśnie przyszedł mi SMS. Od Julity.
  „Czy wiesz ze dlugotrwałe mycie rak rozszerza pory co ulatwia zarazkom wnikniecie do organizmu? To UDOWODNIONE!”
  Noż chuj by to strzelił. W jednej chwili mój błogi nastrój diabli wzięli. Popatrzyłem z nagłym wstrętem na swoje zaróżowione, pachnące mydełkiem dłonie, po czym wylałem na nie hojną dawkę dezynfektantu. Na nos też. I na telefon. Bladź złowroga.
  Po obiedzie składającym się z ryżu i z ryżu oparłem się pokusie sprawdzenia wiadomości w Internecie i zamiast tego zdecydowałem się wykazać zmysłem praktycznym i zamówić zakupy spożywcze z dostawą do domu. Bardzo urzekł mnie pomysł – siedzisz sobie jak książę, bezpieczny od przenoszonych drogą kropelkową patogenów, a dostawcy targają po schodach zgrzewki wody i co tam jeszcze. Niestety wykazałem się tym zmysłem odrobinę za późno; po pół godzinie pracowitego wybierania z dość ograniczonego asortymentu mrożonek, nabiału i zupek w proszku okazało się, że najbliższy termin dostawy jest po Wielkanocy. To znaczy pieniążki sklep bardzo chętnie zainkasuje teraz, tylko uprzejmie prosi o miesięczną cierpliwość. Równie uprzejmie poinstruowałem ich, w której jamie jest najodpowiedniejsze miejsce dla ich oferty.
  Na pocieszenie postanowiłem odwiedzić moje sąsiadki. Sara i Mila wróciły dwa dni temu z ferii we włoskich Alpach, ale mężnie stwierdziłem, że takie detale nie powstrzymają mnie przed wizytą u młodych i ładnych dziewczyn płci przeciwnej. Wypsikałem się moim dezodorantem marki Axe, sprawdziłem w lustrze, czy nie mam majeranku między zębami i zapukałem do drzwi naprzeciwko.   Otworzyła Sara.
  – Hej, Czarek. O, zgoliłeś brodę! Ładnie ci.
  – Młodziej, nie?
  – … Ładnie ci. Wchodź!
  Wszedłem do obitego jasną boazerią przedpokoju. W mieszkaniach dziewczyn zawsze tak jakoś inaczej pachnie. Znajomą mi mieszankę woni naczyń w zlewie, skarpetek na podłodze i butelek po piwie zastąpił jakiś trudny do określenia aromat... permanentnej czystości? Osobliwe doświadczenie.
  Mila siedziała na podłodze w salonie i grała na xboksie.
  – Czeeeść, Czareeek! – przywitała się, nie odrywając oczu i rąk od Super Smash Bros.
  – Przepraszam za bałagan. Siadaj, zrobię nam herbaty – zaproponowała Sara i sięgnęła po emaliowany imbryczek w polne kwiaty.
  Zająłem miejsce przy długim stole nakrytym koronkowym obrusem. Na jednym końcu leżało indyjskie kadzidełko i kilka ułożonych w schludny stosik powieści sióstr Brontë, na drugim piętrzyła się sterta pudełek z płytami, papierków po słodyczach i rozsypanych cieni do powiek.
  Sara, miodowa blondynka o wielkich, trochę sennych oczach była studentką ostatniego roku polonistyki. Łagodnego usposobienia, miękka w ruchach, zawsze jakby na wpół nieobecna zdawała się dryfować gdzieś na granicy światów – choć w namacalnej rzeczywistości była solidnie zakotwiczona walorami fizycznymi. Biuściasta Świtezianka była obiektem moich cichych westchnień odkąd wprowadziła się do mieszkania po starym Bzdrygalu parę lat temu.
  Mila, yin do jej yang (albo yang do jej yin, cokolwiek to znaczy) – drobna, żywiołowa dziewczyna z krótkimi, ufarbowanymi na fioletowo włosami i kolczykiem w wardze – była dwa lata młodsza i trzeci rok z rzędu zaczynała pierwszy rok. Najpierw była filozofia, potem kulturoznawstwo, a potem przestałem słuchać. Mila miała to do siebie, że wszędzie jej było pełno, ale przy odrobinie wprawy można było nauczyć się ją wyłączać jak rozszczebiotane dziecko.
  O dziwo z tej dwójki to Sara miała tatuaż – Mila panicznie bała się igieł (choć przebijanie ciała kawałkiem stali grubości ugotowanego spaghetti jakoś jej nie mierziło). Rysunek zaczynał się na szyi i znikał gdzieś w okolicy obojczyka, by na powrót wyłonić się spod rękawa; w zależności od pory roku odsłaniały się różne jego fragmenty, lecz pełnego obrazu wciąż nie dane mi było ujrzeć. Nie traciłem jednak wiary w swój urok osobisty i efekt Axe.
  – Jak ferie? – zapytałem, biorąc do ręki jedną z książek i bezmyślnie wyciągając z niej zakładkę z peruwiańskim motywem.
  – Och, feerycznie! Upojne krajobrazy, jakby żywcem przeniesione z „Heidi” i „Dźwięków muzyki”. Zjawiskowa architektura alpejskich wiosek utulanych do snu śnieżnym puchem. Powietrze krystaliczne, jakbyś pił źródlany potok. Baśń zaklęta w romantyczne tchnienie wspomnień... – Sara uśmiechnęła się rozmarzona i zerknęła na mnie spod miodowej grzywki. Zalotnie? Może zalotnie? Tak, to mogło być zalotnie, chyba...
  – Było MEGA! – Mila rzuciła kontrolerem i wyszczerzyła do mnie opaloną buzię. – Skręciłam nadgarstek na snowboardzie! – dodała z dumą, unosząc na dowód zabandażowaną lewą dłoń.
  – Nie jestem pewien, czy rozumiem powód do radości...
  – Bo wcześniej udało mi się zrobić obłędny frontside 360 na dobre pół metra w górę!
  – Najechała na pieniek w śniegu – uzupełniła Sara, wyciągając porcelanowe filiżanki i nasypując do nich pachnącej herbaty z kolorowego puzderka.
  – Pół. Metra. W górę, yo. To się liczy. – Mila wstała z podłogi, podciągając workowate spodnie ze wzorem „neonowy wymiot”, które wyglądały jakby przehibernowały na dnie szafy od 1991 roku.
  – Okej... Ale poza tym dobrze się czujecie? Żadnego kataru, bólu stawów, fioletowej wysypki...? Nikt nie kichał w samolocie? – Zapytałem, wciskając po kryjomu zakładkę w losowe miejsce książki.
  – Co jest, Czaruś, boisz się nas? – Mila specjalnie przysunęła się tak blisko, że poczułem bananowy zapach dziecięcej pasty do zębów.
  – Nie no, nie boje się, tylko się... troszczę.
  – Eeej, Sara, Czarek się boi, że dżumę od nas złapie!
  – To może nie powinieneś był przychodzić do domu morowego? – powiedziała Sara na wpół żartem, ale z jednak z delikatnym wyrzutem w głosie. – Ty nie słodzisz, prawda? Mila, tobie już nasypałam.
  – Ooo, weź, tylko jedna łyżeczka? Trzcinowego możesz nasypać więcej...
  – Nie ma różnicy między cukrem białym a brązowym, jedno i drugie to sacharoza. A poza tym ile dziś zjadłaś toblerone?
  Mila fuknęła coś pod nosem i siadła po turecku na odsuniętym krześle. Sara podeszła z herbatą do stołu, zamiatając parkiet długą, czarną spódnicą. Zauważyłem, że była boso; Mila miała na stopach pięciopalczaste skarpetki w tęczowe paski.
  – I może zacznij myć zęby pastą dla dorosłych, taką z fluorem? – dodałem, zerkając na kupkę nieuprzątniętych sreberek po czekoladzie.
  – Nieee-e... One wszystkie smakują paskudnie – skrzywiła się, biorąc filiżankę w obie ręce jak Oliver Twist miskę kleiku.
  Sara usiadła obok mnie, wstrząsnęła lekko głową, rozsypując złote włosy na ciemnej bluzce i uniosła do ust parującą filiżankę.
  – Serio, Czarek, jak wylatywałyśmy z Lombardii, to nie było dantejskich scen na lotnisku ani trupów na ulicach. Media trochę przejaskrawiają to, co się tam dzieje. Ludzie chorują, niektórzy umierają, ale to jeszcze nie „Maska śmierci szkarłatnej”.
  Też upiłem łyk herbaty. Była wściekle aromatyczna i pełna ususzonych płatków kwiatów i kawałków owoców, które szybko pęczniały w gorącej wodzie.
  – Przecież nigdy nie mówiłem, że się boję. Niczego się nie boję. A już najmniej jakiegoś bengalskiego przeziębienia. – Z zaciętą miną pociągnąłem solidny łyk napoju i rozkaszlałem się, kiedy płatek jaśminu przykleił mi się do gardła.
  – Oczywiście. – Sara uśmiechnęła się uroczo. – Hej, chcesz obejrzeć nasze zdjęcia z ferii?
  – Ech... pewnie...
O niczym innym nie marzyłem jak o fotkach lasek seksownie zakutanych po same oczy w kołnierze, czapki i szaliki. Zaraz wyciągnęły się w moją stronę dwa szerokoekranowe smartfony. Zgodnie z przewidywaniami zdjęcia były paradą czerwonych nosów i jaskrawych kurtek na tle tej czy innej góry. Przez lustrzane gogle nawet nie wiedziałem, która dziewczyna jest która, dopóki nie nauczyłem się kojarzyć wzrostu z kolorem czapki. Pamiętałem, żeby w odpowiednich momentach wymruczeć, że siedemnasta panorama doliny jest „magiczna”, a rozpaczliwa próba podciągnięcia nosa deski to „odlotowy trik”.
  – OK, starczy – zlitowała się wreszcie Mila. – Głodna się zrobiłam od tej herbaty. Zamówię nam coś.
  – Przecież w lodówce jest garnek potrawki z brukselki od mojej mamy...
  – NIE. – Mila uniosła palec z krótko przyciętym, ale pomalowanym fluorescencyjnym lakierem paznokciem. – Są granice. Pogadajcie sobie o Orzeszkowej czy co tam Sarcia lubi. Ja zamówię nam prawdziwe żarło.
  – No dobrze, tylko wegetariańskie.
  – ...srańskie. Tak, słonko.
  Mila zabrała telefon i wyszła na balkon. Zostałem sam na sam z Sarą. Potarłem uda nagle spoconymi dłońmi i rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok padł na stosik książek.
  – Więęęc... siostry Brontë, co? One napisały tę, „Jane Austen”?
  – „Jane Eyre” – odpowiedziała Sara z niewinnym uśmiechem. – I nie wszystkie, tylko Charlotte. Ale książki Jane Austen też mam gdzieś na półce.
  – A... aha. Heh... To może... pożyczę?
  – Serio? Chcesz pożyczyć babską literaturę z XIX wieku?
  – Hej, wiesz, kończyłem anglistykę, więc wiktoriańska literatura to w sam raz dla mnie. Tyle że na studiach nie było czasu tego wszystkiego czytać, wiesz sama jak to jest. Ty chyba też nie czytasz wszystkiego, co ci każą?
  – Wszystko – odrzekła poważnie. – I jeszcze więcej.
  Oj. Oj, kujwa.
  Desperacko pragnąc zatrzeć złe wrażenie, wygrzebałem książkę ze spodu stosika i zzezowałem na tytuł.
  – „Agnes Grey” – przeczytałem powoli na głos i natychmiast złapałem się na tym, że brzmię jak przygłup.
  – Naprawdę chcesz? No dobrze, to teraz musisz ją przeczytać i powiedzieć mi, co o niej myślisz.
  – Aż tak interesuje cię moje zdanie? – zapytałem, unosząc szelmowsko brew.
  – No oczywiście. Uwielbiam dyskusje o książkach.
  – Z... z każdym...?
  – Słucham? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
  W tym momencie, może na szczęście, Mila wróciła z balkonu.
  – Dobra, kićki, falafle idą. Zagrajmy tymczasem w jakąś planszówę, to odciągnie Czarka myśli od śmierci w męczarniach.
  – Spoko, tylko nie w Pandemię. Od tej ironii mogą rozboleć mnie zęby.
  – Ale wiecie, że nie przepadam za wojną i przemocą – skrzywiła się Sara. – Bez tych mutantów, robotów i potworów. Może coś spokojniejszego i pozbawionego wrogości? Carcassone?
  Resztę wieczoru spędziliśmy oddając się spokojnej, pozbawionej wrogości rywalizacji przy prawdziwej grze familijnej, idealnej na spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi czy przełamanie pierwszych lodów, potrafiącej znaleźć wspólny mianownik dla każdej grupy ludzi. Przy hummusie i herbatce. Żeby się utwierdzić w wątłym poczuciu własnej męskości, musiałem przed snem wyskoczyć po piwo i krwistego hamburgera.
  W nocy od zgagi śniły mi się trędowate siostry Austen grające w Monopoly.