środa, 3 czerwca 2020

Dzień 15


Dzień 15
869 przypadków

  Książki drzemały na regale meblościanki za przykurzoną szklaną gablotką. Były to w większości PRL-owskie wydania w tanich, papierowych okładkach, wymięte i pożółkłe ze starości. Głównie standardowy zestaw klasyki obecny w wielu polskich domach: trochę Sienkiewicza, trochę Szekspira, czterech wieszczów dzieła zebrane, tu Tołstoj, tam Dumas, ówdzie Lem, Wiech czy inny Morcinek. Gromadzone przez dekady komuny z inteligenckiego poczucia obowiązku i zgrzebnomieszczańskich aspiracji, po transformacji trzymane raczej z przyzwyczajenia i apatii niż rzeczywiście dla lektury. Na samej górze stało parę nadpróchniałych woluminów o statusie pamiątki po dziadkach; na najniższych pólkach tłoczyło się kilkanaście błyszczących powieści zagranicznych wydanych już w latach 90. – Grisham, King, Crichton i powciskane między nie pociągowe czytadła, których sumienie nie pozwalało wyrzucać.
  – W ogóle nic nie czyta, cep i prymityw jeden. Tylko przed tym świecącym pudłem siedzi. Troglodyta i ignorant. Gablotkę by chociaż z kurzu przetarł, a nie – zrzędziła „Wojna i pokój”, wiercąc się na półce.
  – Się paniusia tak nie rozpycha, ciasno tu, a pani gruba i ciężka w lekturze – warknął stojący obok „Zły”.
  – Wot cham i durak!
  – W ząbek czesany – zachichotał „Śmiech śmiechem”.
  – Darujcie sobie te jałowe swary i tak nie ma dla nas nadziei... – wtrąciła posępnie „Dżuma”.
  – Ależ na pewno niedługo kogoś z nas weźmie – ćwierknęło optymistycznie „Przedwiośnie” w okładce z zawadiacko pozaginanymi rogami.
  – W piecu skończymy, wspomnicie moje słowa...
  – A pani kiedy ostatni raz była czytana? – zagadnął „Lalkę” elegancki „Pan Tadeusz” w skórzanej oprawie.
  – No wie pan... – obruszyła się „Lalka” i spróbowała wstrząsnąć podstarzałymi kartkami, ale nie mogła, gdyż była książką.
  – Ja byłam kilka lat temu pożyczona – zaszczebiotała z dolnej półki „Gra Endera” w połyskliwej, choć trochę wygniecionej okładce. – To dlatego, że jestem słynna, lekko napisana i dobrze przetłumaczona.
  – Dzieciarnia milczeć! Tania grafomania dla plebsu... – burknął zdegustowany „Pilot Pirx”.
  – Ciekawa fantastyka dla młodego czytelnika! Ty, wujek, tak przynudzasz, że się przez to przebrnąć nie da – stanął w obronie sąsiadki „Park Jurajski”.
  – Hę? O co ten rwetes, huncwoty i nicponie? Nie słyszę! – sapnęła z góry przedwojenna, nadszarpnięta zębem czasu „Lokomotywa”.
  – Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie! – zagrzmiał bez związku VIII tom „Pism wszystkich” Norwida, a pozostałe dziesięć tomów przytaknęło mu gromkimi „azaliż”, „przeto” i „zawżdy”.
  – Jesteśmy międzynarodowymi bestsellerami!– zapiszczały chórem „Firma”, „Misery” i „Tożsamość Bourne'a”. – Domagamy się uznania, szacunku i dostępu do większej przestrzeni półkowej!
  – Uznanie? Dostęp? Rozbestwieni dewizowcy! Ja wam zaraz, ja wam zaraz... – syczał groźnie „Zły”, trzęsąc się z gniewu.
  – Ale cóż się tam wyprawia? Nic nie słyszę, łapserdaki! – skarżyła się „Lokomotywa”, a pot z niej spływał.
  – Szmira! Amerykańska tandeta! Imperialiści!
  – Zbutwiałe dinozaury! Ramoty! Ciężkostrawne gnioty!
  – CISZA! Idzie! – „Przedwiośnie” niemal podskoczyło z ekscytacji. – Idzie! O, gapi się na nas, zaraz kogoś wybierze, mówię wam...!
  – Jakoś mu dziwnie z oczu patrzy... – zauważyła ponuro „Dżuma”.
  – Nonsens! Po prostu na lekturę mu się zebrało. Może ma ochotę na narodową klasykę...?
  – Powieść przygodową?
  – Wymagające science fiction?
  – Azaliż...?
  Drzwiczki gablotki otworzyły się ze skrzypnięciem i do środka wsunęła się owłosiona dłoń z niedomytymi paznokciami. Chwilę się wahała, kiwając palcem na boki, aż wreszcie pochwyciła „Przedwiośnie”.
  – Hurrrrrra! – Powieść przylgnęła do ręki człowieka, moszcząc się w niej wygodnie. – Przykro mi kochani, wasza kolej innym razem! Będziemy teraz czytać, tak? Gdzie siadamy? Na fotelu, na kanapie... o, idziemy gdzie indziej? Dobrze, do kuchni? Nie? O, tutaj...? No naprawdę, bywałem czytane w bardziej godnych miejscach... No niech będzie, to co, otwieramy? Ekhm... Ojciec nosił nazwisko Baryka, imię... Uch, dobrze, że nie mam nosa. Zaraz, zaraz, co ty robisz? Puść tę kartkę! Nie!!! *rrrwp!* Boli!!! O, Boże wszechmogący, co ty... Gdzie ty tę kartkę... Nie, nie waż się! Ty barbarzyńco, ty... *rrrwp!* Ała! O, Jezu Chryste, co za ból! Moja godność! Ratunku! Na pomoc! Na pomoc!!!
  Książki na regale zamarły w zgrozie. Z oddali dobiegały przeraźliwe krzyki „Przedwiośnia”, odgłosy rwanych kartek i rytmiczne mokre szuranie. Łkania pohańbionej klasyki stopniowo słabły, by wreszcie umilknąć całkowicie, utopione w szumie jakby wodogrzmotu. Potem zapadła martwa cisza.
  – O, kurewność – rzekł VIII tom „Pism wszystkich” Norwida.

*

  Mam tylko nadzieję, że rury się nie zapchają, pomyślałem, spuszczając po raz drugi wodę. Życie zmusza nas czasem do podejmowania dramatycznych wyborów, choć akurat Żeromskiemu się zbierało od liceum.
  Wieść o tajemniczej awarii elektroniki od Apple szybko obiegła glob. Media informowały o osobistych tragediach ludzi, którzy z dnia na dzień potracili swoje zdjęcia na tle Taj Mahal i możliwość słuchania Arcade Fire na iTunes. Przez świat przetaczała się fala samobójstw, osobliwie poprzez powieszenie na bardzo długim szaliku. W Warszawie ruch tramwajowy został sparaliżowany z uwagi na liczbę osób rzucających się na tory na Pl. Zbawiciela. Zaniepokojony sytuacją doniosłem na Daniela do telefonu zaufania; lepiej, żeby go wzięli w kaftan niż jakby miał się utopić w bezalkoholowym winie.
  W domu nie mogłem się na niczym skupić. Dzięki przymusowemu zamknięciu w czterech ścianach Januszowie z góry mieli okazję się do siebie zbliżyć, skutkiem czego od tygodnia dochodziły stamtąd regularne odgłosy awantur. Pan Janusz darł się na syna, pani Grażyna na Janusza, a syn zamykał w swoim pokoju. Ponieważ od ciągłego trzaskania drzwiami brzęczały u mnie butelki po piwie, miałem do wyboru albo posprzątać, albo wyjść na spacer w celu zrealizowania niezbędnych potrzeb życiowych. Zadzierzgnąłem więc na głowie moją majtkową maseczkę i udałem się na świeże powietrze, podreperować zdrowie psychiczne.
  Ulice były wyludnione. Place zabaw owinięto całunem czarnej folii, pojemniki na używaną odzież zaplombowano, wszelkiego rodzaju lokale, gabinety i salony zamknięto na głucho. Wszędzie w oczy kłuły wydrukowane na domowych drukarkach obwieszczenia: „zamknięte z powodu krwioletowicy”, „niedostępne do odwołania wzwiąsku z zagrożeniem epiodemologicznym”, „nieczynne bo wirus”.
Nieliczni przechodnie przemykali chyłkiem, rozglądając się nieufnie na boki. Nawet psiarze wyprowadzali czworonogi jakoś tak bardziej po kryjomu. Po ulicach krążyły patrole policji; funkcjonariusze ze srogimi, nieskrytymi maseczką minami przechadzali się niespiesznym, budzącym respekt krokiem i wlepiali mandaty komu mogli. Za niestosowanie się do wytycznych dotyczących zachowania dystansu na ulicy, za podejrzanie spacerowe tempo, za wyjście z pieskiem zbyt daleko od miejsca zamieszkania, za krzywo założoną maseczkę, za krzywe spojrzenie, za złorzeczenie przeciw partii i prezesowi. Najłatwiejszym celem byli idący pod rękę staruszkowie – ich nawet starszy perspirant Prukała z piwnym bandziochem potrafił dogonić. Większym wyzwaniem okazali się rowerzyści, ale i na nich znalazł się sposób. Jeden kulson chował się w krzakach z długim kijem, który w odpowiednim momencie wtykał w szprychy niesfornemu cykliście; wtedy drugi rzucał się szczupakiem na wyglebionego nieszczęśnika i wypisywał mu mandat na 12 tysięcy złotych.
  Aby uniknąć wdawania się w dyskusję z pałami co jest, a co nie jest „niezbędną potrzebą życiową”, specjalnie na takie okazje miałem przygotowaną siatkę z porem i bagietką. Ilekroć na horyzoncie zamajaczył mi mundur, przyspieszałem kroku i zaczynałem wymachiwać reklamówką bardziej zamaszyście, w celu podkreślenia wagi i istotności mojej wyprawy. Klucząc osiedlowymi uliczkami dotarłem w końcu do Kupnej Łączki – skwerku, gdzie mieszkańcy okolicznych bloków pozwalali swoim psom się wybiegać i przy okazji załatwić małe co-nieco; wśród właścicieli panował niepisany konsensus, że ten psiak, co się właśnie wypina pod mirabelką, nie należy aktualnie do nikogo. Obecnie łączka była niemal pusta, zarośnięta zdradliwie niestrzyżoną trawą. Patrząc uważnie pod nogi, przeszedłem na drugi jej koniec, gdzie w załomie żywopłotu i cieniu kasztanowca kryła się kulawa ławeczka. Obiekt był skitrany tak dobrze, że nawet większość okolicznych meneli nie miała o nim pojęcia, miejscówka była więc stosunkowo mało zapluta i zasyfiona petami. Rozsiadłem się z westchnieniem ulgi i, z dala od nieprzyjaznych mundurowych oczu, wyciągnąłem z siateczki puszeczkę piweczka. Otworzyłem ją przy akompaniamencie satysfakcjonującego psyknięcia i pociągnąłem długi łyk, czując jak zbawcza moc jęczmienia i chmielu obmywa moje ciało z lęków i trosk. Zmrużyłem oczy, rozkoszując się pieszczotą promieni wiosennego słońca na twarzy. Dzień był nie za chłodny i nie za gorący, idealny na taki właśnie piknik. Gdyby nie docierające z oddali głosy policyjnych szczekaczek, nawołujących do pozostania w domach i nieorganizowania antyrządowych demonstracji „w trosce o zdrowie i życie najbliższych oraz całego narodu”, można by było niemal zupełnie zapomnieć o całym tym szajsie. Po jednym relaksującym napoju przyszła kolej na następny, aż wreszcie, ukojony muśnięciami ciepłego wiaterku i ukołysany szumem liści kasztanowca, zapadłem w krótką drzemkę. Po przebudzeniu odkryłem, że ktoś mi gwizdnął z reklamówki trzecie piwo, ale, o dziwo, zostawił pora i bagietkę.
  Wieczorem wybierałem się znów do dziewczyn. Minęło już parę dni od mojej ostatniej wizyty, bo z racji przeniesienia wykładów do sieci studentom zaczęto zadawać prace domowe i laski wieczorami ślęczały nad jakimiś długaśnymi wypracowaniami. Cieszę się, że mam te czasy za sobą i mogę sobie spokojnie wegetować w pozbawionej perspektyw robocie, starając się nie rzucać nikomu w oczy i nie wykazując śladu ambicji czy inicjatywy. Biedne, zapracowane dziewczyny. Wziąłem z regału „Wichrowe wzgórza”, żeby oddać Sarze i... hm, czy te książki w gablotce się na mój widok skuliły? Chyba mam zwidy.
  Na kolacji u sąsiadek nastroje były, jak to się mówi, minorowe. Pojedliśmy, popiliśmy, ale rozmowa niezbyt się kleiła. Dziewczyny błądziły gdzieś myślami, nie śmiały się z moich żartów, aż w końcu i mi się udzieliła ogólna atmosfera przysmęcenia. Wreszcie Sara wymówiła się bólem głowy i zniknęła w swoim pokoju, zostawiając nas we dwójkę. Przyniosłem Mili reddsa z lodówki i usiedliśmy na podłodze, oparci plecami o kanapę. Z telewizora przemawiał znajomy minister; ściszyliśmy odbiornik, żeby nie budzić Sary, więc docierało do nas tylko uspokajające mruczenie.
  – Lubię go – stwierdziła Mila. – Zawsze wygląda na takiego zmęczonego.
  – No nie wiem. Babcia ostrzegała, że z rudego nic dobrego... – skrzywiłem się.
  – Więcej zaufania. Wygląda na uczciwego gościa, co na pewno żadnych przekrętów nie robi.
Pokręciłem głową, ale nic nie odpowiedziałem. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
  – Czarek? – odezwała się wreszcie Mila. – Czy to koniec świata? – zapytała poważnie.
  – Co? Oj, nie przesadzaj. – Wysiliłem się na uśmiech.
Mila spuściła głowę i skubała z metalicznym brzękiem dzyndzelek od puszki. Nigdy nie widziałem jej takiej osowiałej.
  – No bo... Coraz więcej ludzi wokół choruje. I umiera. I mówią, że nawet jak to się skończy, to będzie gospodarczy kryzys stulecia. A może nawet wojna... Boję się.
  – No... Weź nie bój się. – Byłem absolutnie do dupy w pocieszaniu.
  – Mam chłopaka, wiesz? Od sylwestra. Z mojej wioski, poznaliśmy się u kumpeli. On studiuje w innym mieście i... Widziałam się z nim na żywo tylko trzy razy. Teraz rozmawiamy na skypie, ale... Wiesz, jeszcze ze sobą nawet nie spaliśmy. Wieczorami myślę, co będzie jeśli on nagle zachoruje i umrze. Albo ja.
  – Nie opowiadaj głupot, żadne z was nie umrze. Młodzi nie umierają... zazwyczaj. Co najwyżej przejdziecie to jak katar. Dobrze będzie. – Patrzyłem na nią z bezradną miną. Zawsze starałem się unikać takich niezręcznych sytuacji, ale teraz nie bardzo było jak wstać i wyjść.
  – Czy Sara... też ma chłopaka? – spytałem tknięty nagłym przeczuciem.
  – Hm? Nie, z tego, co mi wiadomo, to nie.
  Aha, czyli na drodze nie stały mi przeszkody obiektywne, tylko własna nieudolność. Co za krzepiąca myśl.
  – A potem myślę, że przecież są ludzie, którzy mają nie chłopaka, którego ledwie znają, tylko rodziny, dzieci. I się o nie martwią tak jak ja o mamę i tatę. – Nie unosiła głowy, fioletowa grzywka zasłaniała jej oczy. – Jakoś zawsze do tej pory myślałam, że jesteśmy nieśmiertelni. No, poza dziadkami. Ale to takie naturalne, że oni umierają, prawda? Czy jestem złą osobą, że tak mówię...?
  – Nie, nie jesteś. Tak, starzy ludzie umierają. – Zaczynałem panikować i strzelać oczami w stronę wyjścia.
  – Czarek, masz papierosy?
  – Zawsze. – Poklepałem się po kieszonce koszuli.
  – A mogę jednego?
  – Nie wiedziałem, że palisz.
  – Bo nie palę. Ale jakie to ma teraz znaczenie.
  Wstała i zachwiała się przez moment, chwytając się niezgrabnie mojej głowy.
  – Przepraszam, wszystko OK. Chodź na balkon. Nie bój się, ma wysoką barierkę.
Wyszliśmy na niewielki prostokąt betonu zawieszony nad 20-metrową przepaścią. Miałem mieszane uczucia względem balkonów, dlatego zwykłem wychodzić na fajka przed blok.
Dałem Mili papierosa i podpaliłem, uważając na grzywkę. Zaciągnęła się i momentalnie dostała ataku kaszlu.
  – O Jezu... Nie miałam tego świństwa w ustach od sylwestra – wyszeptała z łzami w oczach.
  – To nie świństwo jest, to rothmansy. – Niemal się obraziłem.
  – „Palenie niszczy zęby i dziąsła” – przeczytała napis z paczki. I jakie zdjęcie wstrętne. Pokaż zęby, Czarek.
  – Nie będę się tu szczerzył dla twojej rozrywki. A paczka była kiedyś gustowniejsza, dawno temu, jak dopiero zaczynałem palić.
  – Powinieneś już rzucić – powiedziała z troską. – Ile ty masz właściwie lat, bo nie pamiętam? Pod czterdziechę, nie?
  – Trzydzieści pięć! – odparłem podniesionym głosem i nieco bardziej piskliwie, niż zamierzałem.
  – Hehe... Wiesz, że w zasadzie biologicznie mógłbyś być moim ojcem? Jakby cię jakaś zboczona nauczycielka w gimnazjum uwiodła...
Miałem na końcu języka, że w moich czasach nie było gimnazjum, ale się w ten język ugryzłem.
Pociągnęła bucha i znów zakaszlała.
  – Niedobre. Ale dobre.
  – Nic dodać, nic ująć. – Też zapaliłem.
 – Jaka będzie pierwsza rzecz, którą zrobisz po epidemii? – zapytała, patrząc w szybko granatowiejące niebo.
  – Kebab – odparłem bez wahania. – Tłusty, ociekający sosem kebab podany bez żadnych środków zachowania higieny w najbrudniejszej budce, jaką uda mi się znaleźć.
  – Ha... Ja myślałam o plaży. Bo to już lato pewnie będzie. Pojechałabym nad jezioro, w tłum ludzi, z dyskoteką przez całą noc.
  Na chwilę oddaliśmy się swoim marzeniom. Mila oparła się plecami o barierkę i przechyliła lekko. Ścierpła mi skóra.
  – Nie wychylaj się...!
  – Co? Ach, twój lęk wysokości.
  – Nie mam lęku wysokości tylko lęk przed wypadnięciem – rzuciłem, starając się unikać patrzenia w dół. – To zupełnie racjonalne.
  Mila uśmiechnęła się blado.
  – Śmieszny jesteś, Czaruś. Nie umieraj. I rzuć palenie.
  Zgasiła peta w pustej doniczce i potarła skronie.
  – Teraz mnie też głowa boli. Słabo mi trochę, położę się wcześniej. – Kaszlnęła.
  Spojrzałem na zegarek; nie było jeszcze 21, a Mila zazwyczaj prowadziła raczej nokturnalny tryb życia. Musiała się naprawdę źle czuć. Uraczyłem ją jeszcze kilkoma marnymi słowami otuchy, przytuliłem i wróciłem do siebie trapiony jakimś niejasnym złym przeczuciem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz