Dzień 5
17 przypadków
W pracy kazali mi
podpisać oświadczenie, że nie byłem za granicą, nie
kontaktowałem się z nikim, kto wrócił zza granicy i w ogóle nie
znam nikogo, kto poruszał się dalej niż w promieniu kilometra ode
mnie. W biurze wszędzie rozstawione płyny do odkażania rąk.
Ludzie żartują, ale czuć napięcie; w stołówce każdy siada tak,
żeby ktoś mu przypadkiem w tajską zupę nie nakichał. Szefowie
przebąkują coś o pracy zdalnej. W radiu premier mówi, że będzie
dobrze, bo się przygotowywaliśmy od dawna. Minister (chyba ten z
brodą) grozi, że będą tysiące zachorowań, ale żeby nie kupować
maseczek, tylko zostawić je dla chorych i personelu medycznego. W
biurze wszyscy rzucają się do komputerów, kupować maseczki. Na
allegro ceny kompletu 10 szt. wahają się od obiadu w dobrej
restauracji po używanego volkswagena golfa. Kupuję od użytkownika
„med_pro_lux_pol” ostatni zestaw czegoś, co wygląda jak uszyte
z poszarzałych ściereczek od naczyń podpaski, za równowartość
moich tegorocznych planów wakacyjnych. „HIT!! Maski na
Krwioletowica bezpieczenstwo 100%!! Ochron siebie, rodzina i
bilskich!! Zapadna technologiia, 100% skutecznosc!!!!” –
krzyczało wielką, kolorową czcionką. Wysyłka gdzieś z obwodu
iwanofrankiwskiego. Biorę. Drżącymi, spoconymi palcami finalizuję
transakcję i oddycham głęboko z miną zwycięzcy. Sprawdzam
jeszcze ceny preparatów do dezynfekcji, ale okazuje się, że
musiałbym zastawić nerkę i czekać miesiąc na dostawę z Shenyang
albo Hangzhou.
W przerwach na papierosa
zauważyłem, że zastanawiająco przerzedziła się liczba
wystawionych pojemników z dezynfektantem. Mógłbym przysiąc, że
jeszcze godzinę temu jeden stał obok kawomatu. Dwie godziny później
zniknął ten z parapetu. Dziwne. Na tarasie marznący palacze
rozgrzewali się wzajemnie świeżymi newsami z internetu. Podobno
wirus przenosi się na odległość dwóch metrów i utrzymuje na
przedmiotach do dziewięciu godzin. Podobno można tygodniami nie
wykazywać objawów i nieświadomie zarażać innych. Podobno nawet
jak człowiek wyzdrowieje, to nie nabiera odporności i drugie
zakażenie jest śmiertelne. Podobno chorzy w zaawansowanym stadium
dostają nadludzkiej siły i agresji. Podobno odkryli, że
rutinoscorbin zabija wirusa. Podobno próbowali leczyć pacjenta tym
rutinoscorbinem ale wpadł w szał i zdemolował szpital. Podobno
wirus przenosi się na odległość trzech metrów i utrzymuje na
przedmiotach do dwunastu godzin. Podobno epidemia w Indiach zwalnia.
Podobno epidemia w Indiach przyspiesza. Podobno w Indiach nie ma
żadnej epidemii, została sfingowana i to wszystko to element wojny
nowej generacji. Trzęsąc się od wiatru i emocji miałem wrażenie,
że słucham strasznych opowieści przy ognisku. Nie, nie, nie. Nie
wolno panikować. Najważniejsze są opanowanie i zimna krew. Żadna
epidemia nas nie pokona, jeśli zachowamy spokój, dyscyplinę i
podstawowe reguły współżycia społecznego.
Wychodząc z pracy,
ukradłem butelkę odkażacza z recepcji.
Na klatce schodowej
minąłem się z Julitą z trzeciego piętra, opancerzoną w zieloną
maseczkę chirurgiczną i lateksowe rękawice. Oczywiście. Jeśli
ktokolwiek trzymałby w domu takie rzeczy na czarną godzinę to
właśnie Julita, neurotyczna trzydziestolatka, która praktycznie
nie wychodziła z mieszkania w obawie przed mikrobami, bandziorami i
wypadkami samochodowymi. Jedyna znana mi osoba, która będąc poza
domem potrafiła się martwić, że padnie jednocześnie ofiarą
napadu i włamania. Popełniłem kiedyś błąd akceptując jej
zaproszenie na FB, wskutek czego do dziś czytam przerażające posty
i otrzymuje linki do najbardziej ponurych i przygnębiających
informacji z kraju i ze świata. Wiedzieliście że 43% pilotów
linii lotniczych zasypia podczas lotu, a 33% budząc się, odkrywa,
iż ich drugi pilot również śpi? Ja już wiem. W odwecie
podzieliłem się badaniem dowodzącym, że mamy czterokrotnie
większe prawdopodobieństwo stracić życie na skutek wypadnięcia z
łóżka niż w katastrofie lotniczej. Niestety doprowadziło to
tylko do wojny na posępne statystyki, czego efektem jest moja
wcześniej wspomniana rezerwa wobec publicznych basenów.
Julita wymamrotała coś
do mnie głosem stłumionym przez maseczkę, lecz ja pomachałem jej
tylko z wymuszonym uśmiechem i uciekłem do mieszkania. Nie miałem
siły słuchać, że co roku do oceanu wrzuca się trzy razy więcej
ton śmieci niż wyławia z niego ryb. Albo, co bardziej
prawdopodobne, czegoś strasznego o krwioletowicy. Nic złego się
nie dzieje, wyszoruję ręce i będzie dobrze. Trzeba tylko poświęcić
szczególną uwagę przestrzeniom między palcami, każdy kciuk myć
osobno, wewnętrzną powierzchnią prawej dłoni namydlić grzbiet
lewej dłoni... I powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze. Hm,
takie długie mycie rąk nawet relaksuje. Czy zawsze trzeba było myć
20 sekund? Jakim cudem ja jeszcze żyję? Wytarłem pomarszczone jak
rodzynki palce do sucha i poczułem się świeżo i bezpiecznie.
Zdobyczny odkażacz ustawiłem na honorowym miejscu półeczki,
między resztką sprezentowanych mi parę lat temu zagranicznych
perfum i dezodorantem marki Axe, na którego efekt w postaci
goniących mnie, oszalałych z żądzy kobiet wciąż czekałem. Z
ulgą podrapałem się wreszcie po nosie, drugą ręką sprawdzając
telefon, na który właśnie przyszedł mi SMS. Od Julity.
„Czy wiesz ze
dlugotrwałe mycie rak rozszerza pory co ulatwia zarazkom wnikniecie
do organizmu? To UDOWODNIONE!”
Noż chuj by to strzelił.
W jednej chwili mój błogi nastrój diabli wzięli. Popatrzyłem z
nagłym wstrętem na swoje zaróżowione, pachnące mydełkiem
dłonie, po czym wylałem na nie hojną dawkę dezynfektantu. Na nos
też. I na telefon. Bladź złowroga.
Po obiedzie składającym
się z ryżu i z ryżu oparłem się pokusie sprawdzenia wiadomości
w Internecie i zamiast tego zdecydowałem się wykazać zmysłem
praktycznym i zamówić zakupy spożywcze z dostawą do domu. Bardzo
urzekł mnie pomysł – siedzisz sobie jak książę, bezpieczny od
przenoszonych drogą kropelkową patogenów, a dostawcy targają po
schodach zgrzewki wody i co tam jeszcze. Niestety wykazałem się tym
zmysłem odrobinę za późno; po pół godzinie pracowitego
wybierania z dość ograniczonego asortymentu mrożonek, nabiału i
zupek w proszku okazało się, że najbliższy termin dostawy jest po
Wielkanocy. To znaczy pieniążki sklep bardzo chętnie zainkasuje
teraz, tylko uprzejmie prosi o miesięczną cierpliwość. Równie
uprzejmie poinstruowałem ich, w której jamie jest
najodpowiedniejsze miejsce dla ich oferty.
Na pocieszenie
postanowiłem odwiedzić moje sąsiadki. Sara i Mila wróciły dwa
dni temu z ferii we włoskich Alpach, ale mężnie stwierdziłem, że
takie detale nie powstrzymają mnie przed wizytą u młodych i
ładnych dziewczyn płci przeciwnej. Wypsikałem się moim
dezodorantem marki Axe, sprawdziłem w lustrze, czy nie mam majeranku
między zębami i zapukałem do drzwi naprzeciwko. Otworzyła Sara.
– Hej, Czarek. O,
zgoliłeś brodę! Ładnie ci.
– Młodziej, nie?
– … Ładnie ci.
Wchodź!
Wszedłem do obitego
jasną boazerią przedpokoju. W mieszkaniach dziewczyn zawsze tak
jakoś inaczej pachnie. Znajomą mi mieszankę woni naczyń w zlewie,
skarpetek na podłodze i butelek po piwie zastąpił jakiś trudny do
określenia aromat... permanentnej czystości? Osobliwe
doświadczenie.
Mila siedziała na
podłodze w salonie i grała na xboksie.
– Czeeeść, Czareeek!
– przywitała się, nie odrywając oczu i rąk od Super Smash Bros.
– Przepraszam za
bałagan. Siadaj, zrobię nam herbaty – zaproponowała Sara i
sięgnęła po emaliowany imbryczek w polne kwiaty.
Zająłem miejsce przy
długim stole nakrytym koronkowym obrusem. Na jednym końcu leżało
indyjskie kadzidełko i kilka ułożonych w schludny stosik powieści
sióstr Brontë, na drugim piętrzyła się sterta pudełek z
płytami, papierków po słodyczach i rozsypanych cieni do powiek.
Sara, miodowa blondynka o
wielkich, trochę sennych oczach była studentką ostatniego roku
polonistyki. Łagodnego usposobienia, miękka w ruchach, zawsze jakby
na wpół nieobecna zdawała się dryfować gdzieś na granicy
światów – choć w namacalnej rzeczywistości była solidnie
zakotwiczona walorami fizycznymi. Biuściasta Świtezianka była
obiektem moich cichych westchnień odkąd wprowadziła się do
mieszkania po starym Bzdrygalu parę lat temu.
Mila, yin do jej yang
(albo yang do jej yin, cokolwiek to znaczy) – drobna, żywiołowa
dziewczyna z krótkimi, ufarbowanymi na fioletowo włosami i
kolczykiem w wardze – była dwa lata młodsza i trzeci rok z rzędu
zaczynała pierwszy rok. Najpierw była filozofia, potem
kulturoznawstwo, a potem przestałem słuchać. Mila miała to do
siebie, że wszędzie jej było pełno, ale przy odrobinie wprawy
można było nauczyć się ją wyłączać jak rozszczebiotane
dziecko.
O dziwo z tej dwójki to
Sara miała tatuaż – Mila panicznie bała się igieł (choć
przebijanie ciała kawałkiem stali grubości ugotowanego spaghetti
jakoś jej nie mierziło). Rysunek zaczynał się na szyi i znikał
gdzieś w okolicy obojczyka, by na powrót wyłonić się spod
rękawa; w zależności od pory roku odsłaniały się różne jego
fragmenty, lecz pełnego obrazu wciąż nie dane mi było ujrzeć.
Nie traciłem jednak wiary w swój urok osobisty i efekt Axe.
– Jak ferie? –
zapytałem, biorąc do ręki jedną z książek i bezmyślnie
wyciągając z niej zakładkę z peruwiańskim motywem.
– Och, feerycznie!
Upojne krajobrazy, jakby żywcem przeniesione z „Heidi” i
„Dźwięków muzyki”. Zjawiskowa architektura alpejskich wiosek
utulanych do snu śnieżnym puchem. Powietrze krystaliczne, jakbyś
pił źródlany potok. Baśń zaklęta w romantyczne tchnienie
wspomnień... – Sara uśmiechnęła się rozmarzona i zerknęła na
mnie spod miodowej grzywki. Zalotnie? Może zalotnie? Tak, to mogło
być zalotnie, chyba...
– Było MEGA! – Mila
rzuciła kontrolerem i wyszczerzyła do mnie opaloną buzię. –
Skręciłam nadgarstek na snowboardzie! – dodała z dumą, unosząc
na dowód zabandażowaną lewą dłoń.
– Nie jestem pewien,
czy rozumiem powód do radości...
– Bo wcześniej udało
mi się zrobić obłędny frontside 360 na dobre pół metra w górę!
– Najechała na pieniek
w śniegu – uzupełniła Sara, wyciągając porcelanowe filiżanki
i nasypując do nich pachnącej herbaty z kolorowego puzderka.
– Pół. Metra. W górę,
yo. To się liczy. – Mila wstała z podłogi, podciągając
workowate spodnie ze wzorem „neonowy wymiot”, które wyglądały
jakby przehibernowały na dnie szafy od 1991 roku.
– Okej... Ale poza tym
dobrze się czujecie? Żadnego kataru, bólu stawów, fioletowej
wysypki...? Nikt nie kichał w samolocie? – Zapytałem, wciskając
po kryjomu zakładkę w losowe miejsce książki.
– Co jest, Czaruś,
boisz się nas? – Mila specjalnie przysunęła się tak blisko, że
poczułem bananowy zapach dziecięcej pasty do zębów.
– Nie no, nie boje się,
tylko się... troszczę.
– Eeej, Sara, Czarek
się boi, że dżumę od nas złapie!
– To może nie
powinieneś był przychodzić do domu morowego? – powiedziała Sara
na wpół żartem, ale z jednak z delikatnym wyrzutem w głosie. –
Ty nie słodzisz, prawda? Mila, tobie już nasypałam.
– Ooo, weź, tylko
jedna łyżeczka? Trzcinowego możesz nasypać więcej...
– Nie ma różnicy
między cukrem białym a brązowym, jedno i drugie to sacharoza. A
poza tym ile dziś zjadłaś toblerone?
Mila fuknęła coś pod
nosem i siadła po turecku na odsuniętym krześle. Sara podeszła z
herbatą do stołu, zamiatając parkiet długą, czarną spódnicą.
Zauważyłem, że była boso; Mila miała na stopach pięciopalczaste
skarpetki w tęczowe paski.
– I może zacznij myć
zęby pastą dla dorosłych, taką z fluorem? – dodałem, zerkając
na kupkę nieuprzątniętych sreberek po czekoladzie.
– Nieee-e... One
wszystkie smakują paskudnie – skrzywiła się, biorąc filiżankę
w obie ręce jak Oliver Twist miskę kleiku.
Sara usiadła obok mnie,
wstrząsnęła lekko głową, rozsypując złote włosy na ciemnej
bluzce i uniosła do ust parującą filiżankę.
– Serio, Czarek, jak
wylatywałyśmy z Lombardii, to nie było dantejskich scen na
lotnisku ani trupów na ulicach. Media trochę przejaskrawiają to,
co się tam dzieje. Ludzie chorują, niektórzy umierają, ale to
jeszcze nie „Maska śmierci szkarłatnej”.
Też upiłem łyk
herbaty. Była wściekle aromatyczna i pełna ususzonych płatków
kwiatów i kawałków owoców, które szybko pęczniały w gorącej
wodzie.
– Przecież nigdy nie
mówiłem, że się boję. Niczego się nie boję. A już najmniej
jakiegoś bengalskiego przeziębienia. – Z zaciętą miną
pociągnąłem solidny łyk napoju i rozkaszlałem się, kiedy płatek
jaśminu przykleił mi się do gardła.
– Oczywiście. – Sara
uśmiechnęła się uroczo. – Hej, chcesz obejrzeć nasze zdjęcia
z ferii?
– Ech... pewnie...
O niczym innym nie
marzyłem jak o fotkach lasek seksownie zakutanych po same oczy w
kołnierze, czapki i szaliki. Zaraz wyciągnęły się w moją stronę
dwa szerokoekranowe smartfony. Zgodnie z przewidywaniami zdjęcia
były paradą czerwonych nosów i jaskrawych kurtek na tle tej czy
innej góry. Przez lustrzane gogle nawet nie wiedziałem, która
dziewczyna jest która, dopóki nie nauczyłem się kojarzyć wzrostu
z kolorem czapki. Pamiętałem, żeby w odpowiednich momentach
wymruczeć, że siedemnasta panorama doliny jest „magiczna”, a
rozpaczliwa próba podciągnięcia nosa deski to „odlotowy trik”.
– OK, starczy –
zlitowała się wreszcie Mila. – Głodna się zrobiłam od tej
herbaty. Zamówię nam coś.
– Przecież w lodówce
jest garnek potrawki z brukselki od mojej mamy...
– NIE. – Mila uniosła
palec z krótko przyciętym, ale pomalowanym fluorescencyjnym
lakierem paznokciem. – Są granice. Pogadajcie sobie o Orzeszkowej
czy co tam Sarcia lubi. Ja zamówię nam prawdziwe żarło.
– No dobrze, tylko
wegetariańskie.
– ...srańskie.
Tak, słonko.
Mila zabrała telefon i
wyszła na balkon. Zostałem sam na sam z Sarą. Potarłem uda nagle
spoconymi dłońmi i rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok padł na
stosik książek.
– Więęęc... siostry
Brontë, co? One napisały tę, „Jane Austen”?
– „Jane Eyre” –
odpowiedziała Sara z niewinnym uśmiechem. – I nie wszystkie,
tylko Charlotte. Ale książki Jane Austen też mam gdzieś na półce.
– A... aha. Heh... To
może... pożyczę?
– Serio? Chcesz
pożyczyć babską literaturę z XIX wieku?
– Hej, wiesz, kończyłem
anglistykę, więc wiktoriańska
literatura to w sam raz dla mnie. Tyle że na studiach nie było
czasu tego wszystkiego czytać, wiesz sama jak to jest. Ty chyba też
nie czytasz wszystkiego, co ci każą?
–
Wszystko – odrzekła poważnie. – I jeszcze więcej.
Oj.
Oj, kujwa.
Desperacko
pragnąc zatrzeć złe wrażenie, wygrzebałem książkę ze spodu
stosika i zzezowałem na tytuł.
–
„Agnes Grey” – przeczytałem powoli na głos i natychmiast
złapałem się na tym, że brzmię jak przygłup.
–
Naprawdę chcesz? No dobrze, to teraz musisz ją przeczytać i
powiedzieć mi, co o niej myślisz.
–
Aż tak interesuje cię moje zdanie? – zapytałem, unosząc
szelmowsko brew.
–
No oczywiście. Uwielbiam dyskusje o książkach.
–
Z... z każdym...?
–
Słucham? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
W tym
momencie, może na szczęście, Mila wróciła z balkonu.
– Dobra, kićki,
falafle idą. Zagrajmy tymczasem w jakąś planszówę, to odciągnie
Czarka myśli od śmierci w męczarniach.
– Spoko, tylko nie w
Pandemię. Od tej ironii mogą rozboleć mnie zęby.
– Ale wiecie, że nie
przepadam za wojną i przemocą – skrzywiła się Sara. – Bez
tych mutantów, robotów i potworów. Może coś spokojniejszego i
pozbawionego wrogości? Carcassone?
Resztę wieczoru
spędziliśmy oddając się spokojnej, pozbawionej wrogości
rywalizacji przy prawdziwej grze familijnej, idealnej na spędzenie
czasu z rodziną i przyjaciółmi czy przełamanie pierwszych lodów,
potrafiącej znaleźć wspólny mianownik dla każdej grupy ludzi.
Przy hummusie i herbatce. Żeby się utwierdzić w wątłym poczuciu
własnej męskości, musiałem przed snem wyskoczyć po piwo i
krwistego hamburgera.
W nocy od zgagi śniły
mi się trędowate siostry Austen grające w Monopoly.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz