poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dzień 5


Dzień 5
17 przypadków

  Do dupy do niczego te chusteczki. Małe, źle się układają w ręce, a co najgorsze – drą się w najgorszym możliwym momencie. Wysoce niesatysfakcjonujące doświadczenie konsumenckie, 3/10. Papieru w sklepach nadal brak. Ręczniki papierowe też wyszli. Niedobrze. Zaczynam rozważać waciki kosmetyczne sklejone taśmą.
  W pracy kazali mi podpisać oświadczenie, że nie byłem za granicą, nie kontaktowałem się z nikim, kto wrócił zza granicy i w ogóle nie znam nikogo, kto poruszał się dalej niż w promieniu kilometra ode mnie. W biurze wszędzie rozstawione płyny do odkażania rąk. Ludzie żartują, ale czuć napięcie; w stołówce każdy siada tak, żeby ktoś mu przypadkiem w tajską zupę nie nakichał. Szefowie przebąkują coś o pracy zdalnej. W radiu premier mówi, że będzie dobrze, bo się przygotowywaliśmy od dawna. Minister (chyba ten z brodą) grozi, że będą tysiące zachorowań, ale żeby nie kupować maseczek, tylko zostawić je dla chorych i personelu medycznego. W biurze wszyscy rzucają się do komputerów, kupować maseczki. Na allegro ceny kompletu 10 szt. wahają się od obiadu w dobrej restauracji po używanego volkswagena golfa. Kupuję od użytkownika „med_pro_lux_pol” ostatni zestaw czegoś, co wygląda jak uszyte z poszarzałych ściereczek od naczyń podpaski, za równowartość moich tegorocznych planów wakacyjnych. „HIT!! Maski na Krwioletowica bezpieczenstwo 100%!! Ochron siebie, rodzina i bilskich!! Zapadna technologiia, 100% skutecznosc!!!!” – krzyczało wielką, kolorową czcionką. Wysyłka gdzieś z obwodu iwanofrankiwskiego. Biorę. Drżącymi, spoconymi palcami finalizuję transakcję i oddycham głęboko z miną zwycięzcy. Sprawdzam jeszcze ceny preparatów do dezynfekcji, ale okazuje się, że musiałbym zastawić nerkę i czekać miesiąc na dostawę z Shenyang albo Hangzhou.
  W przerwach na papierosa zauważyłem, że zastanawiająco przerzedziła się liczba wystawionych pojemników z dezynfektantem. Mógłbym przysiąc, że jeszcze godzinę temu jeden stał obok kawomatu. Dwie godziny później zniknął ten z parapetu. Dziwne. Na tarasie marznący palacze rozgrzewali się wzajemnie świeżymi newsami z internetu. Podobno wirus przenosi się na odległość dwóch metrów i utrzymuje na przedmiotach do dziewięciu godzin. Podobno można tygodniami nie wykazywać objawów i nieświadomie zarażać innych. Podobno nawet jak człowiek wyzdrowieje, to nie nabiera odporności i drugie zakażenie jest śmiertelne. Podobno chorzy w zaawansowanym stadium dostają nadludzkiej siły i agresji. Podobno odkryli, że rutinoscorbin zabija wirusa. Podobno próbowali leczyć pacjenta tym rutinoscorbinem ale wpadł w szał i zdemolował szpital. Podobno wirus przenosi się na odległość trzech metrów i utrzymuje na przedmiotach do dwunastu godzin. Podobno epidemia w Indiach zwalnia. Podobno epidemia w Indiach przyspiesza. Podobno w Indiach nie ma żadnej epidemii, została sfingowana i to wszystko to element wojny nowej generacji. Trzęsąc się od wiatru i emocji miałem wrażenie, że słucham strasznych opowieści przy ognisku. Nie, nie, nie. Nie wolno panikować. Najważniejsze są opanowanie i zimna krew. Żadna epidemia nas nie pokona, jeśli zachowamy spokój, dyscyplinę i podstawowe reguły współżycia społecznego.
  Wychodząc z pracy, ukradłem butelkę odkażacza z recepcji.
  Na klatce schodowej minąłem się z Julitą z trzeciego piętra, opancerzoną w zieloną maseczkę chirurgiczną i lateksowe rękawice. Oczywiście. Jeśli ktokolwiek trzymałby w domu takie rzeczy na czarną godzinę to właśnie Julita, neurotyczna trzydziestolatka, która praktycznie nie wychodziła z mieszkania w obawie przed mikrobami, bandziorami i wypadkami samochodowymi. Jedyna znana mi osoba, która będąc poza domem potrafiła się martwić, że padnie jednocześnie ofiarą napadu i włamania. Popełniłem kiedyś błąd akceptując jej zaproszenie na FB, wskutek czego do dziś czytam przerażające posty i otrzymuje linki do najbardziej ponurych i przygnębiających informacji z kraju i ze świata. Wiedzieliście że 43% pilotów linii lotniczych zasypia podczas lotu, a 33% budząc się, odkrywa, iż ich drugi pilot również śpi? Ja już wiem. W odwecie podzieliłem się badaniem dowodzącym, że mamy czterokrotnie większe prawdopodobieństwo stracić życie na skutek wypadnięcia z łóżka niż w katastrofie lotniczej. Niestety doprowadziło to tylko do wojny na posępne statystyki, czego efektem jest moja wcześniej wspomniana rezerwa wobec publicznych basenów.
  Julita wymamrotała coś do mnie głosem stłumionym przez maseczkę, lecz ja pomachałem jej tylko z wymuszonym uśmiechem i uciekłem do mieszkania. Nie miałem siły słuchać, że co roku do oceanu wrzuca się trzy razy więcej ton śmieci niż wyławia z niego ryb. Albo, co bardziej prawdopodobne, czegoś strasznego o krwioletowicy. Nic złego się nie dzieje, wyszoruję ręce i będzie dobrze. Trzeba tylko poświęcić szczególną uwagę przestrzeniom między palcami, każdy kciuk myć osobno, wewnętrzną powierzchnią prawej dłoni namydlić grzbiet lewej dłoni... I powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze. Hm, takie długie mycie rąk nawet relaksuje. Czy zawsze trzeba było myć 20 sekund? Jakim cudem ja jeszcze żyję? Wytarłem pomarszczone jak rodzynki palce do sucha i poczułem się świeżo i bezpiecznie. Zdobyczny odkażacz ustawiłem na honorowym miejscu półeczki, między resztką sprezentowanych mi parę lat temu zagranicznych perfum i dezodorantem marki Axe, na którego efekt w postaci goniących mnie, oszalałych z żądzy kobiet wciąż czekałem. Z ulgą podrapałem się wreszcie po nosie, drugą ręką sprawdzając telefon, na który właśnie przyszedł mi SMS. Od Julity.
  „Czy wiesz ze dlugotrwałe mycie rak rozszerza pory co ulatwia zarazkom wnikniecie do organizmu? To UDOWODNIONE!”
  Noż chuj by to strzelił. W jednej chwili mój błogi nastrój diabli wzięli. Popatrzyłem z nagłym wstrętem na swoje zaróżowione, pachnące mydełkiem dłonie, po czym wylałem na nie hojną dawkę dezynfektantu. Na nos też. I na telefon. Bladź złowroga.
  Po obiedzie składającym się z ryżu i z ryżu oparłem się pokusie sprawdzenia wiadomości w Internecie i zamiast tego zdecydowałem się wykazać zmysłem praktycznym i zamówić zakupy spożywcze z dostawą do domu. Bardzo urzekł mnie pomysł – siedzisz sobie jak książę, bezpieczny od przenoszonych drogą kropelkową patogenów, a dostawcy targają po schodach zgrzewki wody i co tam jeszcze. Niestety wykazałem się tym zmysłem odrobinę za późno; po pół godzinie pracowitego wybierania z dość ograniczonego asortymentu mrożonek, nabiału i zupek w proszku okazało się, że najbliższy termin dostawy jest po Wielkanocy. To znaczy pieniążki sklep bardzo chętnie zainkasuje teraz, tylko uprzejmie prosi o miesięczną cierpliwość. Równie uprzejmie poinstruowałem ich, w której jamie jest najodpowiedniejsze miejsce dla ich oferty.
  Na pocieszenie postanowiłem odwiedzić moje sąsiadki. Sara i Mila wróciły dwa dni temu z ferii we włoskich Alpach, ale mężnie stwierdziłem, że takie detale nie powstrzymają mnie przed wizytą u młodych i ładnych dziewczyn płci przeciwnej. Wypsikałem się moim dezodorantem marki Axe, sprawdziłem w lustrze, czy nie mam majeranku między zębami i zapukałem do drzwi naprzeciwko.   Otworzyła Sara.
  – Hej, Czarek. O, zgoliłeś brodę! Ładnie ci.
  – Młodziej, nie?
  – … Ładnie ci. Wchodź!
  Wszedłem do obitego jasną boazerią przedpokoju. W mieszkaniach dziewczyn zawsze tak jakoś inaczej pachnie. Znajomą mi mieszankę woni naczyń w zlewie, skarpetek na podłodze i butelek po piwie zastąpił jakiś trudny do określenia aromat... permanentnej czystości? Osobliwe doświadczenie.
  Mila siedziała na podłodze w salonie i grała na xboksie.
  – Czeeeść, Czareeek! – przywitała się, nie odrywając oczu i rąk od Super Smash Bros.
  – Przepraszam za bałagan. Siadaj, zrobię nam herbaty – zaproponowała Sara i sięgnęła po emaliowany imbryczek w polne kwiaty.
  Zająłem miejsce przy długim stole nakrytym koronkowym obrusem. Na jednym końcu leżało indyjskie kadzidełko i kilka ułożonych w schludny stosik powieści sióstr Brontë, na drugim piętrzyła się sterta pudełek z płytami, papierków po słodyczach i rozsypanych cieni do powiek.
  Sara, miodowa blondynka o wielkich, trochę sennych oczach była studentką ostatniego roku polonistyki. Łagodnego usposobienia, miękka w ruchach, zawsze jakby na wpół nieobecna zdawała się dryfować gdzieś na granicy światów – choć w namacalnej rzeczywistości była solidnie zakotwiczona walorami fizycznymi. Biuściasta Świtezianka była obiektem moich cichych westchnień odkąd wprowadziła się do mieszkania po starym Bzdrygalu parę lat temu.
  Mila, yin do jej yang (albo yang do jej yin, cokolwiek to znaczy) – drobna, żywiołowa dziewczyna z krótkimi, ufarbowanymi na fioletowo włosami i kolczykiem w wardze – była dwa lata młodsza i trzeci rok z rzędu zaczynała pierwszy rok. Najpierw była filozofia, potem kulturoznawstwo, a potem przestałem słuchać. Mila miała to do siebie, że wszędzie jej było pełno, ale przy odrobinie wprawy można było nauczyć się ją wyłączać jak rozszczebiotane dziecko.
  O dziwo z tej dwójki to Sara miała tatuaż – Mila panicznie bała się igieł (choć przebijanie ciała kawałkiem stali grubości ugotowanego spaghetti jakoś jej nie mierziło). Rysunek zaczynał się na szyi i znikał gdzieś w okolicy obojczyka, by na powrót wyłonić się spod rękawa; w zależności od pory roku odsłaniały się różne jego fragmenty, lecz pełnego obrazu wciąż nie dane mi było ujrzeć. Nie traciłem jednak wiary w swój urok osobisty i efekt Axe.
  – Jak ferie? – zapytałem, biorąc do ręki jedną z książek i bezmyślnie wyciągając z niej zakładkę z peruwiańskim motywem.
  – Och, feerycznie! Upojne krajobrazy, jakby żywcem przeniesione z „Heidi” i „Dźwięków muzyki”. Zjawiskowa architektura alpejskich wiosek utulanych do snu śnieżnym puchem. Powietrze krystaliczne, jakbyś pił źródlany potok. Baśń zaklęta w romantyczne tchnienie wspomnień... – Sara uśmiechnęła się rozmarzona i zerknęła na mnie spod miodowej grzywki. Zalotnie? Może zalotnie? Tak, to mogło być zalotnie, chyba...
  – Było MEGA! – Mila rzuciła kontrolerem i wyszczerzyła do mnie opaloną buzię. – Skręciłam nadgarstek na snowboardzie! – dodała z dumą, unosząc na dowód zabandażowaną lewą dłoń.
  – Nie jestem pewien, czy rozumiem powód do radości...
  – Bo wcześniej udało mi się zrobić obłędny frontside 360 na dobre pół metra w górę!
  – Najechała na pieniek w śniegu – uzupełniła Sara, wyciągając porcelanowe filiżanki i nasypując do nich pachnącej herbaty z kolorowego puzderka.
  – Pół. Metra. W górę, yo. To się liczy. – Mila wstała z podłogi, podciągając workowate spodnie ze wzorem „neonowy wymiot”, które wyglądały jakby przehibernowały na dnie szafy od 1991 roku.
  – Okej... Ale poza tym dobrze się czujecie? Żadnego kataru, bólu stawów, fioletowej wysypki...? Nikt nie kichał w samolocie? – Zapytałem, wciskając po kryjomu zakładkę w losowe miejsce książki.
  – Co jest, Czaruś, boisz się nas? – Mila specjalnie przysunęła się tak blisko, że poczułem bananowy zapach dziecięcej pasty do zębów.
  – Nie no, nie boje się, tylko się... troszczę.
  – Eeej, Sara, Czarek się boi, że dżumę od nas złapie!
  – To może nie powinieneś był przychodzić do domu morowego? – powiedziała Sara na wpół żartem, ale z jednak z delikatnym wyrzutem w głosie. – Ty nie słodzisz, prawda? Mila, tobie już nasypałam.
  – Ooo, weź, tylko jedna łyżeczka? Trzcinowego możesz nasypać więcej...
  – Nie ma różnicy między cukrem białym a brązowym, jedno i drugie to sacharoza. A poza tym ile dziś zjadłaś toblerone?
  Mila fuknęła coś pod nosem i siadła po turecku na odsuniętym krześle. Sara podeszła z herbatą do stołu, zamiatając parkiet długą, czarną spódnicą. Zauważyłem, że była boso; Mila miała na stopach pięciopalczaste skarpetki w tęczowe paski.
  – I może zacznij myć zęby pastą dla dorosłych, taką z fluorem? – dodałem, zerkając na kupkę nieuprzątniętych sreberek po czekoladzie.
  – Nieee-e... One wszystkie smakują paskudnie – skrzywiła się, biorąc filiżankę w obie ręce jak Oliver Twist miskę kleiku.
  Sara usiadła obok mnie, wstrząsnęła lekko głową, rozsypując złote włosy na ciemnej bluzce i uniosła do ust parującą filiżankę.
  – Serio, Czarek, jak wylatywałyśmy z Lombardii, to nie było dantejskich scen na lotnisku ani trupów na ulicach. Media trochę przejaskrawiają to, co się tam dzieje. Ludzie chorują, niektórzy umierają, ale to jeszcze nie „Maska śmierci szkarłatnej”.
  Też upiłem łyk herbaty. Była wściekle aromatyczna i pełna ususzonych płatków kwiatów i kawałków owoców, które szybko pęczniały w gorącej wodzie.
  – Przecież nigdy nie mówiłem, że się boję. Niczego się nie boję. A już najmniej jakiegoś bengalskiego przeziębienia. – Z zaciętą miną pociągnąłem solidny łyk napoju i rozkaszlałem się, kiedy płatek jaśminu przykleił mi się do gardła.
  – Oczywiście. – Sara uśmiechnęła się uroczo. – Hej, chcesz obejrzeć nasze zdjęcia z ferii?
  – Ech... pewnie...
O niczym innym nie marzyłem jak o fotkach lasek seksownie zakutanych po same oczy w kołnierze, czapki i szaliki. Zaraz wyciągnęły się w moją stronę dwa szerokoekranowe smartfony. Zgodnie z przewidywaniami zdjęcia były paradą czerwonych nosów i jaskrawych kurtek na tle tej czy innej góry. Przez lustrzane gogle nawet nie wiedziałem, która dziewczyna jest która, dopóki nie nauczyłem się kojarzyć wzrostu z kolorem czapki. Pamiętałem, żeby w odpowiednich momentach wymruczeć, że siedemnasta panorama doliny jest „magiczna”, a rozpaczliwa próba podciągnięcia nosa deski to „odlotowy trik”.
  – OK, starczy – zlitowała się wreszcie Mila. – Głodna się zrobiłam od tej herbaty. Zamówię nam coś.
  – Przecież w lodówce jest garnek potrawki z brukselki od mojej mamy...
  – NIE. – Mila uniosła palec z krótko przyciętym, ale pomalowanym fluorescencyjnym lakierem paznokciem. – Są granice. Pogadajcie sobie o Orzeszkowej czy co tam Sarcia lubi. Ja zamówię nam prawdziwe żarło.
  – No dobrze, tylko wegetariańskie.
  – ...srańskie. Tak, słonko.
  Mila zabrała telefon i wyszła na balkon. Zostałem sam na sam z Sarą. Potarłem uda nagle spoconymi dłońmi i rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok padł na stosik książek.
  – Więęęc... siostry Brontë, co? One napisały tę, „Jane Austen”?
  – „Jane Eyre” – odpowiedziała Sara z niewinnym uśmiechem. – I nie wszystkie, tylko Charlotte. Ale książki Jane Austen też mam gdzieś na półce.
  – A... aha. Heh... To może... pożyczę?
  – Serio? Chcesz pożyczyć babską literaturę z XIX wieku?
  – Hej, wiesz, kończyłem anglistykę, więc wiktoriańska literatura to w sam raz dla mnie. Tyle że na studiach nie było czasu tego wszystkiego czytać, wiesz sama jak to jest. Ty chyba też nie czytasz wszystkiego, co ci każą?
  – Wszystko – odrzekła poważnie. – I jeszcze więcej.
  Oj. Oj, kujwa.
  Desperacko pragnąc zatrzeć złe wrażenie, wygrzebałem książkę ze spodu stosika i zzezowałem na tytuł.
  – „Agnes Grey” – przeczytałem powoli na głos i natychmiast złapałem się na tym, że brzmię jak przygłup.
  – Naprawdę chcesz? No dobrze, to teraz musisz ją przeczytać i powiedzieć mi, co o niej myślisz.
  – Aż tak interesuje cię moje zdanie? – zapytałem, unosząc szelmowsko brew.
  – No oczywiście. Uwielbiam dyskusje o książkach.
  – Z... z każdym...?
  – Słucham? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
  W tym momencie, może na szczęście, Mila wróciła z balkonu.
  – Dobra, kićki, falafle idą. Zagrajmy tymczasem w jakąś planszówę, to odciągnie Czarka myśli od śmierci w męczarniach.
  – Spoko, tylko nie w Pandemię. Od tej ironii mogą rozboleć mnie zęby.
  – Ale wiecie, że nie przepadam za wojną i przemocą – skrzywiła się Sara. – Bez tych mutantów, robotów i potworów. Może coś spokojniejszego i pozbawionego wrogości? Carcassone?
  Resztę wieczoru spędziliśmy oddając się spokojnej, pozbawionej wrogości rywalizacji przy prawdziwej grze familijnej, idealnej na spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi czy przełamanie pierwszych lodów, potrafiącej znaleźć wspólny mianownik dla każdej grupy ludzi. Przy hummusie i herbatce. Żeby się utwierdzić w wątłym poczuciu własnej męskości, musiałem przed snem wyskoczyć po piwo i krwistego hamburgera.
  W nocy od zgagi śniły mi się trędowate siostry Austen grające w Monopoly.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz