Dzień 8
74 przypadki
Waciki kosmetyczne
sklejone taśmą były katastrofą. Nie chcę o tym rozmawiać. W
obliczu grożącego mi kryzysu toaletowego postanowiłem udać się
do kiosku po zapas mięciutkich gazet. Niestety okazało się, że
jak zwykle byłem ostatnim, który wpadł na taki genialny pomysł i
została już tylko prasa antysemicka. Kupiłem dziesięć
egzemplarzy, unikając kontaktu wzrokowego z panią kioskarką i
zaniosłem je pod płaszczem do domu.
Pod blokiem spotkałem
sąsiadów. Pan Janusz, który mieszkał piętro nade mną z żoną
Grażyną i nastoletnim synem Adrianem, dyskutował o czymś z
Hubertem z dziewiątego – gościem pod czterdziestkę, strzygącym
się na wojskowo, ubierającym się w (chyba zawsze to samo) moro i
jeżdżącym rozklekotanym rowerem z biało-czerwonym proporczykiem.
Przystanąłem posłuchać, tylko tak, by nie stać po wiatr od
Huberta, który częste mycie i pranie ubrań uważał najwyraźniej
za lewacką fanaberię.
– …Więc powiadam
panu – perorował pan Janusz – że statystycznie nie ma się
czego obawiać. Owszem, po ludzku te 10 tys. ofiar śmiertelnych we
Włoszech robi wrażenie, ale na 60 mln mieszkańców to jest ledwie
półtora setnej promila. Okiem statystyka, to jest, proszę pana,
nic. Owszem, empatia, ludzkie tragedie, tak, tak. Ale statystyk,
proszę pana, nie ma empatii. Trzyma się twardych danych.
– Jak mawiał batiuszka
Stalin, śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to
statystyka – wtrącił Hubert.
– ...Taaak. No i nie
zapominajmy, że dane uśrednione zaciemniają nam obraz. Rozłożenie
zgonów nie jest bynajmniej równomierne – 90% zmarłych miało
ponad 70 lat. To oczywiście ludzkie dramaty, prawda, dla spadkob...
to znaczy dzieci i wnuków. Ale statystyk, proszę pana, nie może
mieć serca, musi patrzeć chłodnym okiem. Ci starsi ludzie, nie
będąc już, prawda, w wieku produkcyjnym, statystycznie,
ekonomicznie rzecz biorąc, nie stanowią dla państwa i
społeczeństwa, jakby to powiedzieć... wartości dodanej.
– Surwiwal owde fitest.
Tylko najsilniejsi przetrwają. Naród hartuje się w ogniu godziny
próby. – Hubert podrapał się po pokrytym alergiczną wysypką
cofniętym podbródku.
– ...Taaak. No więc z
punktu widzenia czysto statystycznego, podkreślam, naukowego, to nie
jest jakiś istotny ubytek dla społeczeństwa rozumianego jako
całość. A nawet można by tak trochę kontrowersyjnie stwierdzić,
że zaistniałe... okoliczności... mogą wręcz zaowocować pewną
ulgą, pewną oszczędnością dla, rozumie pan, systemu
emerytalnego, ubezpieczeń społecznych i tak, prawda, dalej. To
znaczy wiadomo, że ja po ludzku serdecznie współczuję, ale,
proszę pana, statystyk serca nie ma.
– Na pohybel starym
komuchom!
– Co? Eee, nie no, nie
wszyscy to komuniści...
– O tym tam mówię –
Hubert wskazał głową za nasze plecy.
Odwróciliśmy się, by
ujrzeć wysokiego starca z siwymi, krzaczastymi brwiami,
zmierzającego powoli w naszą stronę.
– Myślisz, że nie
słyszałem, gnoju?! – zagrzmiał ponurym basem pan Wojciesław i
pogroził laską. – Nic szacunku dla kombatantów!!!
– Kombatant... Chyba od
batowania żołnierzy wyklętych – Hubert rzucił z hardą miną,
ale przezornie zszedł z pola rażenia wywijającej groźnie dębowej
lagi.
– Biłem się pod
Lenino!
Z marsową miną pan
Wojciesław kuśtykał niewzruszenie w stronę klatki, zmuszając
nas, chcąc nie chcąc, do rozstąpienia się. Pomimo
dziewięćdziesiątki na karku przewyższał nas wszystkich
przynajmniej o głowę. Łysa czaszka z nastroszonymi brwiami kiwała
się na długiej, pomarszczonej szyi; z wydatnym, zagiętym nosem
wyglądał jak kondor szykujący się do rozprucia brzucha padliny.
Emerytowany oficer zawodowy, w ludowym Wojsku Polskim – jak lubił
podkreślać – od jego początku do końca, berlingowiec, uczestnik
Akcji „Wisła” i Operacji „Dunaj”, weteran czerwca i grudnia,
choć niekoniecznie po stronie, której historia przyznała rację.
Na szczycie schodków
sięgnął szponiastą dłonią do kieszeni tweedów i wysupłał z
nich najpierw kraciastą chusteczkę do nosa, potem rolkę miętówek,
drobne, aż wreszcie dogrzebał się do kluczyka od drzwi bloku.
Odwrócił się jeszcze i mrużąc jedno oko wycelował długi palec
w stronę Huberta.
– Pamiętam tych twoich
„żołnierzy wyklętych”, szczylu. Tchórzy, kurokradów i
stodolnianych gwałcicieli. Jakeśmy urządzili takiemu jednemu
bandycie obławę pod Żurominem, to go wieśniacy sami złapali,
skrępowali postronkiem jak świniaka i nam na miedzy położyli, tak
jego bandę przez te wszystkie lata ukochali.
Hubert, któremu w
bezpiecznej odległości od okutej mosiądzem laski wróciła odwaga,
wypiął chudą pierś i zakrzyknął:
– Niech żyje niezłomne
i niepokorne podziemie niepodległościowe! Wiwat „Ogień”! Wiwat
„Bury”! Wiwat Brygada Świętokrzyska!
Po czym odwrócił się
na pięcie, dosiadł swojego roweru i z przeraźliwym skrzypieniem
odcwałował w dal, powiewając za sobą biało-czerwoną
chorągiewką. Pan Wojciesław sarknął pogardliwie i podjął próbę
trzaśnięcia z godnością drzwiami do klatki, ale mechanizm
samozamykacza udaremnił jego plany. Drzwi domykały się więc
flegmatycznie, niespiesznie pogrążając w mroku burczącego starca,
grzebiącego w drugiej kieszeni w poszukiwaniu kluczyka od skrzynki.
Pan Janusz mrugał przez
chwilę zdezorientowany i wybity ze swoich socjologicznych dywagacji,
aż wreszcie, zorientowawszy się, że wciąż ma jednego słuchacza,
spróbował ułapić mnie za guzik od kurtki, by kontynuować.
Wysmyrgnąłem mu się jak wąż i wymówiwszy się pozostawioną na
gazie zupą, wróciłem do domu.
Z telewizora premier
głosił, że się nie spodziewaliśmy, ale się przygotowywaliśmy i
jesteśmy gotowi jak nigdy. Minister z brodą mówił, żeby wszystko
zamknąć, chociaż nawet jak zamkniemy, to i tak się pochorujemy,
więc równie dobrze możemy nie nosić tych maseczek, co ich już i
tak nie ma. Był jeszcze prezydent, chyba na biwaku, bo w zielonym
swetrze, ale odruchowo przełączyłem, wiedząc, że już niczego
istotnego nie usłyszę. Na drugim kanale arcybiskup groził palcem,
że pandemia to kara boża za ekologizm i elgiebetyzm, i że
powinniśmy tłumnie udać się do kościołów, by przebłagać
Pana. Na szczęście przebłagać Pana można też na podany u dołu
ekranu numer konta – zaleca się próbować do skutku.
Do pracy nie musiałem
iść, bo kazali nam wszystkim trzymać się, kurwa, z daleka i
przejść na home office. Dłubię ten home office już trzeci dzień
i zaczynam się zastanawiać po ki chuj ja właściwie chodziłem
tyle lat do tej roboty. Po 45 minutach podróży w korku i ścisku
jesteś zmęczony jeszcze zanim zaczniesz pracę, w biurze i tak nikt
nikogo nie lubi, na open spejsie gwar jak na Koszykach, przytulności
zero bo nam w ramach refurbiszmentu zlikwidowali boksy i teraz kulimy
się nad tymi maleńkimi chromebookami przy długich stołach jak w
barze mlecznym, co chwila ktoś ma prezentację, szkolenie, daily
huddle czy inną sraczkę werbalną, więc wszyscy drepczą gęsiego
z tymi identycznymi laptopikami do małej salki bez okien
wyglądającej jak ubecka katownia, wysłuchują czyichś
mózgopierdów, zgadzają się ze sobą, idą na fajka, potem na
lunch, potem na fajka po lunchu, potem na kolejne spotkanie, potem
próbują sobie przypomnieć, gdzie siedzieli na open spejsie, potem
się okazuje, że wzięli z lunchu cudzego chromebooka, aż wreszcie
fajrant, można odwiesić kielnię i zejść z budowy, w sam czas na
godzinny korek powrotny do domu. W domu porno, drzemka, mikrofala i
zanim się obejrzysz jest już ciemno i pozostaje tylko piwko i
kwejk. Teraz od piwka można zacząć dzień, a na resztę jest czas
i w pracy. W ogóle jak nikt gitary nie zawraca, to jakoś więcej
się robi tego czasu i wydajniej wszystko idzie. Tylko szef nie może
się o tym dowiedzieć, bo dopierdoli drugie tyle roboty; trzeba
przeciągać wykonanie zadań do 17, a w międzyczasie można i
zaległy serial obejrzeć, i lodówkę wreszcie rozmrozić. Ogólnie
git by z tą kwarantanną był, jakbym się nie bał, że wszyscy
umrzemy.
O higienę osobistą
musiałem dbać, bo niemal codziennie łaziłem creepować do
sąsiadek. Zwłaszcza jak już raz człowiek brodę zgolił, to
trzeba być konsekwentnym. „Ładnie ci”, powiedziała przecież...
Dziewczyny siedziały uziemione na chacie, zajęcia na uczelni
zawieszone, biblioteki (Sara) zamknięte, kluby (Mila) zamknięte
jeszcze bardziej, na domówki też ludzie bali się zapraszać, tak
więc byłem z grubsza ich jedyną opcją towarzyską. Znosiłem do
nich swoje makarony i mrożonki, a Sarze udawało się z tego
upitrasić jakiś sensowny obiad dla trojga. Potem graliśmy w Jengę
czy inne Dobble; jak Sara odpadała pierwsza spać, to grałem z Milą
na konsoli, jak Mila to jeszcze lepiej, bo siadałem z Sarą na
kanapie i bajerowałem o książkach. Ta cała „Agnes Grey” nawet
szybko poszła, w pracy na kiblu połowę przeczytałem. Wartka acz
chwytająca za serce opowieść stawiająca w centrum uwagi
niedostatek ról dla wykształconych kobiet, które zmuszone są
utrzymywać jako guwernantki, znosząc ucisk i ciemięstwo w
zamożnych rodzinach wywodzących swe wartości moralne z ambicji i
świadomości klasowej. W dyskusji z Sarą pamiętałem, by więcej
słuchać niż mówić, co w tym wypadku przyszło mi dość łatwo.
W nagrodę Sara wcisnęła mi „Lokatorkę Wildfell Hall” –
drugą i na szczęście ostatnią powieść Anny B. Warto było
przedrzeć się przez te babskie czytadła sprzed półtora wieku po
to tylko, by ujrzeć jak Sara zmienia się, gdy mówi o literaturze.
Migdałowo wykrojone oczy rozbłyskały jak Gwiazdy Polarne, na
alabastrowy dekolt wstępował rumieniec, pierś falowała niczym
nieposkromiony ocean podczas sztormu. A ja spijałem z jej pełnych,
wilgotnych warg słowa takie jak: „dominanta kompozycyjna”
„operacje sensotwórcze” i „wątki proto-feministyczne”.
Pragnąłem zatracić się bez reszty w odmętach tego głosu, w
przepaściach tych oczu, w kanionie tego dekoltu lecz zawsze
nieubłaganie wybijała godzina, kiedy musiałem opuścić mą
Kalliope i powrócić do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie
pozostawało mi jedynie oddać się swej ulubionej wieczornej
rozrywce – narzekaniu na baby na forum wykopu.
Tym razem jednak
znienacka otrzymałem powiadomienie, że dodano mnie do nowej
aplikacji PBF-Watch – uaktualnianej w czasie rzeczywistym mapy
zachorowań i śmierci na krwioletowicę na całym świecie ze
szczególnym uwzględnieniem przykładów osób, które zlekceważyły
śmiertelne zagrożenie i zapłaciły za to najwyższą cenę. Oto
16-letnia Sigrid ze Sztokholmu, zdrowa, wesoła uczennica szkoły
średniej, która planowała zdawać na biotechnologię i marzyła,
by pomóc wynaleźć lek na raka, zapadła nagle w krwioletowiczną
śpiączkę, a jej szanse przeżycia lekarze oceniają na „śladowe”.
A tu historia 28-letniego Estebana z Malagi, wysportowanego ratownika
morskiego, maratończyka i trenera personalnego, który zmarł
niespodziewanie i gwałtownie po tym jak jego twarz spuchła i
sfioletowiała, upodobniając się w ciągu minuty do dojrzałego
bakłażana; pozostawił nieutuloną w bólu żonę oraz czworo
dzieci – kto wie, czy któreś z nich nie będzie następne? Jeśli
jeszcze się nie zesrałeś ze strachu, to może przekona cię
przypadek 32-letniego Bartłomieja z Gliwic, który nigdy w życiu
nie chorował nawet na przeziębienie, a teraz walczy o życie w
szpitalu, bo nie umył rąk po sprawdzeniu skrzynki na listy.
To zdecydowanie więcej
niż byłem przygotowany strawić. Dobrze wiedziałem, komu dziękować
za ten prezent. Wszedłem na czat i napisałem tylko jedno słowo:
„Dlaczego?”
Julita odpisała w ciągu
30 sekund.
„Dobrze jest pewne
rzeczy wiedzieć jednak. Wolisz iść przez życie niedoinformowany?”
„Tak! :P ”
„Ignorancja może
oznaczać ŚMIERĆ. ”
„Chyba jednak
wyolbrzymiasz zagrożenie...”
„To kwestia skali. W
porównaniu z pożarami w Australii, szarańczą w Afryce, wycinką
Amazonii i nadciągającą suszą w Europie, to może rzeczywiście
te kilka tysięcy zgonów nie robi różnicy.”
„Nienawidzę Cię :( ”
„Przynajmniej na
drogach zrobi się bezpieczniej, jak więcej ludzi będzie siedzieć
w domu tak jak ja. W zeszłym roku w naszym kraju w 30288 wypadkach
poniosło śmierć 2909 osób. Załączam raport Biura Ruchu
Drogowego Komendy Głównej Policji w pdf.”
„Nie chcę! Nie
przeczytam! Zostaw mnie w spokoju!”
„W porządku.
Ostatnią rzeczą, jaka bym chciała, jest psuć Ci wieczór. Ale
radzę zaopatrzyć się w maseczki, rękawiczki i gogle zanim
wszystko wykupią.”
„Już wszystko
wykupiliście!!! Dobranoc.”
…
„Julita?”
„Słucham?”
„Masz pożyczyć papier
toaletowy? :) ”
Użytkownik
Julita M opuścił rozmowę
Westchnąłem i zamknąłem
czat. Sen mnie już ogarniał, ale postanowiłem jeszcze ostatni
raz rzucić okiem na wiadomości. Otworzyłem portal informacyjny i
zmartwiałem.
O nie.
Och nie nie nie.
Krzysztof Ibisz ma
krwioletowicę.
Shit just got real.