sobota, 25 kwietnia 2020

Dzień 8


Dzień 8
74 przypadki

  Waciki kosmetyczne sklejone taśmą były katastrofą. Nie chcę o tym rozmawiać. W obliczu grożącego mi kryzysu toaletowego postanowiłem udać się do kiosku po zapas mięciutkich gazet. Niestety okazało się, że jak zwykle byłem ostatnim, który wpadł na taki genialny pomysł i została już tylko prasa antysemicka. Kupiłem dziesięć egzemplarzy, unikając kontaktu wzrokowego z panią kioskarką i zaniosłem je pod płaszczem do domu.
  Pod blokiem spotkałem sąsiadów. Pan Janusz, który mieszkał piętro nade mną z żoną Grażyną i nastoletnim synem Adrianem, dyskutował o czymś z Hubertem z dziewiątego – gościem pod czterdziestkę, strzygącym się na wojskowo, ubierającym się w (chyba zawsze to samo) moro i jeżdżącym rozklekotanym rowerem z biało-czerwonym proporczykiem. Przystanąłem posłuchać, tylko tak, by nie stać po wiatr od Huberta, który częste mycie i pranie ubrań uważał najwyraźniej za lewacką fanaberię.
  – …Więc powiadam panu – perorował pan Janusz – że statystycznie nie ma się czego obawiać. Owszem, po ludzku te 10 tys. ofiar śmiertelnych we Włoszech robi wrażenie, ale na 60 mln mieszkańców to jest ledwie półtora setnej promila. Okiem statystyka, to jest, proszę pana, nic. Owszem, empatia, ludzkie tragedie, tak, tak. Ale statystyk, proszę pana, nie ma empatii. Trzyma się twardych danych.
  – Jak mawiał batiuszka Stalin, śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to statystyka – wtrącił Hubert.
  – ...Taaak. No i nie zapominajmy, że dane uśrednione zaciemniają nam obraz. Rozłożenie zgonów nie jest bynajmniej równomierne – 90% zmarłych miało ponad 70 lat. To oczywiście ludzkie dramaty, prawda, dla spadkob... to znaczy dzieci i wnuków. Ale statystyk, proszę pana, nie może mieć serca, musi patrzeć chłodnym okiem. Ci starsi ludzie, nie będąc już, prawda, w wieku produkcyjnym, statystycznie, ekonomicznie rzecz biorąc, nie stanowią dla państwa i społeczeństwa, jakby to powiedzieć... wartości dodanej.
  – Surwiwal owde fitest. Tylko najsilniejsi przetrwają. Naród hartuje się w ogniu godziny próby. – Hubert podrapał się po pokrytym alergiczną wysypką cofniętym podbródku.
  – ...Taaak. No więc z punktu widzenia czysto statystycznego, podkreślam, naukowego, to nie jest jakiś istotny ubytek dla społeczeństwa rozumianego jako całość. A nawet można by tak trochę kontrowersyjnie stwierdzić, że zaistniałe... okoliczności... mogą wręcz zaowocować pewną ulgą, pewną oszczędnością dla, rozumie pan, systemu emerytalnego, ubezpieczeń społecznych i tak, prawda, dalej. To znaczy wiadomo, że ja po ludzku serdecznie współczuję, ale, proszę pana, statystyk serca nie ma.
  – Na pohybel starym komuchom!
  – Co? Eee, nie no, nie wszyscy to komuniści...
  – O tym tam mówię – Hubert wskazał głową za nasze plecy.
  Odwróciliśmy się, by ujrzeć wysokiego starca z siwymi, krzaczastymi brwiami, zmierzającego powoli w naszą stronę.
  – Myślisz, że nie słyszałem, gnoju?! – zagrzmiał ponurym basem pan Wojciesław i pogroził laską. – Nic szacunku dla kombatantów!!!
  – Kombatant... Chyba od batowania żołnierzy wyklętych – Hubert rzucił z hardą miną, ale przezornie zszedł z pola rażenia wywijającej groźnie dębowej lagi.
  – Biłem się pod Lenino!
  Z marsową miną pan Wojciesław kuśtykał niewzruszenie w stronę klatki, zmuszając nas, chcąc nie chcąc, do rozstąpienia się. Pomimo dziewięćdziesiątki na karku przewyższał nas wszystkich przynajmniej o głowę. Łysa czaszka z nastroszonymi brwiami kiwała się na długiej, pomarszczonej szyi; z wydatnym, zagiętym nosem wyglądał jak kondor szykujący się do rozprucia brzucha padliny. Emerytowany oficer zawodowy, w ludowym Wojsku Polskim – jak lubił podkreślać – od jego początku do końca, berlingowiec, uczestnik Akcji „Wisła” i Operacji „Dunaj”, weteran czerwca i grudnia, choć niekoniecznie po stronie, której historia przyznała rację.
  Na szczycie schodków sięgnął szponiastą dłonią do kieszeni tweedów i wysupłał z nich najpierw kraciastą chusteczkę do nosa, potem rolkę miętówek, drobne, aż wreszcie dogrzebał się do kluczyka od drzwi bloku. Odwrócił się jeszcze i mrużąc jedno oko wycelował długi palec w stronę Huberta.
  – Pamiętam tych twoich „żołnierzy wyklętych”, szczylu. Tchórzy, kurokradów i stodolnianych gwałcicieli. Jakeśmy urządzili takiemu jednemu bandycie obławę pod Żurominem, to go wieśniacy sami złapali, skrępowali postronkiem jak świniaka i nam na miedzy położyli, tak jego bandę przez te wszystkie lata ukochali.
  Hubert, któremu w bezpiecznej odległości od okutej mosiądzem laski wróciła odwaga, wypiął chudą pierś i zakrzyknął:
  – Niech żyje niezłomne i niepokorne podziemie niepodległościowe! Wiwat „Ogień”! Wiwat „Bury”! Wiwat Brygada Świętokrzyska!
  Po czym odwrócił się na pięcie, dosiadł swojego roweru i z przeraźliwym skrzypieniem odcwałował w dal, powiewając za sobą biało-czerwoną chorągiewką. Pan Wojciesław sarknął pogardliwie i podjął próbę trzaśnięcia z godnością drzwiami do klatki, ale mechanizm samozamykacza udaremnił jego plany. Drzwi domykały się więc flegmatycznie, niespiesznie pogrążając w mroku burczącego starca, grzebiącego w drugiej kieszeni w poszukiwaniu kluczyka od skrzynki.
  Pan Janusz mrugał przez chwilę zdezorientowany i wybity ze swoich socjologicznych dywagacji, aż wreszcie, zorientowawszy się, że wciąż ma jednego słuchacza, spróbował ułapić mnie za guzik od kurtki, by kontynuować. Wysmyrgnąłem mu się jak wąż i wymówiwszy się pozostawioną na gazie zupą, wróciłem do domu.
  Z telewizora premier głosił, że się nie spodziewaliśmy, ale się przygotowywaliśmy i jesteśmy gotowi jak nigdy. Minister z brodą mówił, żeby wszystko zamknąć, chociaż nawet jak zamkniemy, to i tak się pochorujemy, więc równie dobrze możemy nie nosić tych maseczek, co ich już i tak nie ma. Był jeszcze prezydent, chyba na biwaku, bo w zielonym swetrze, ale odruchowo przełączyłem, wiedząc, że już niczego istotnego nie usłyszę. Na drugim kanale arcybiskup groził palcem, że pandemia to kara boża za ekologizm i elgiebetyzm, i że powinniśmy tłumnie udać się do kościołów, by przebłagać Pana. Na szczęście przebłagać Pana można też na podany u dołu ekranu numer konta – zaleca się próbować do skutku.
  Do pracy nie musiałem iść, bo kazali nam wszystkim trzymać się, kurwa, z daleka i przejść na home office. Dłubię ten home office już trzeci dzień i zaczynam się zastanawiać po ki chuj ja właściwie chodziłem tyle lat do tej roboty. Po 45 minutach podróży w korku i ścisku jesteś zmęczony jeszcze zanim zaczniesz pracę, w biurze i tak nikt nikogo nie lubi, na open spejsie gwar jak na Koszykach, przytulności zero bo nam w ramach refurbiszmentu zlikwidowali boksy i teraz kulimy się nad tymi maleńkimi chromebookami przy długich stołach jak w barze mlecznym, co chwila ktoś ma prezentację, szkolenie, daily huddle czy inną sraczkę werbalną, więc wszyscy drepczą gęsiego z tymi identycznymi laptopikami do małej salki bez okien wyglądającej jak ubecka katownia, wysłuchują czyichś mózgopierdów, zgadzają się ze sobą, idą na fajka, potem na lunch, potem na fajka po lunchu, potem na kolejne spotkanie, potem próbują sobie przypomnieć, gdzie siedzieli na open spejsie, potem się okazuje, że wzięli z lunchu cudzego chromebooka, aż wreszcie fajrant, można odwiesić kielnię i zejść z budowy, w sam czas na godzinny korek powrotny do domu. W domu porno, drzemka, mikrofala i zanim się obejrzysz jest już ciemno i pozostaje tylko piwko i kwejk. Teraz od piwka można zacząć dzień, a na resztę jest czas i w pracy. W ogóle jak nikt gitary nie zawraca, to jakoś więcej się robi tego czasu i wydajniej wszystko idzie. Tylko szef nie może się o tym dowiedzieć, bo dopierdoli drugie tyle roboty; trzeba przeciągać wykonanie zadań do 17, a w międzyczasie można i zaległy serial obejrzeć, i lodówkę wreszcie rozmrozić. Ogólnie git by z tą kwarantanną był, jakbym się nie bał, że wszyscy umrzemy.
  O higienę osobistą musiałem dbać, bo niemal codziennie łaziłem creepować do sąsiadek. Zwłaszcza jak już raz człowiek brodę zgolił, to trzeba być konsekwentnym. „Ładnie ci”, powiedziała przecież... Dziewczyny siedziały uziemione na chacie, zajęcia na uczelni zawieszone, biblioteki (Sara) zamknięte, kluby (Mila) zamknięte jeszcze bardziej, na domówki też ludzie bali się zapraszać, tak więc byłem z grubsza ich jedyną opcją towarzyską. Znosiłem do nich swoje makarony i mrożonki, a Sarze udawało się z tego upitrasić jakiś sensowny obiad dla trojga. Potem graliśmy w Jengę czy inne Dobble; jak Sara odpadała pierwsza spać, to grałem z Milą na konsoli, jak Mila to jeszcze lepiej, bo siadałem z Sarą na kanapie i bajerowałem o książkach. Ta cała „Agnes Grey” nawet szybko poszła, w pracy na kiblu połowę przeczytałem. Wartka acz chwytająca za serce opowieść stawiająca w centrum uwagi niedostatek ról dla wykształconych kobiet, które zmuszone są utrzymywać jako guwernantki, znosząc ucisk i ciemięstwo w zamożnych rodzinach wywodzących swe wartości moralne z ambicji i świadomości klasowej. W dyskusji z Sarą pamiętałem, by więcej słuchać niż mówić, co w tym wypadku przyszło mi dość łatwo. W nagrodę Sara wcisnęła mi „Lokatorkę Wildfell Hall” – drugą i na szczęście ostatnią powieść Anny B. Warto było przedrzeć się przez te babskie czytadła sprzed półtora wieku po to tylko, by ujrzeć jak Sara zmienia się, gdy mówi o literaturze. Migdałowo wykrojone oczy rozbłyskały jak Gwiazdy Polarne, na alabastrowy dekolt wstępował rumieniec, pierś falowała niczym nieposkromiony ocean podczas sztormu. A ja spijałem z jej pełnych, wilgotnych warg słowa takie jak: „dominanta kompozycyjna” „operacje sensotwórcze” i „wątki proto-feministyczne”. Pragnąłem zatracić się bez reszty w odmętach tego głosu, w przepaściach tych oczu, w kanionie tego dekoltu lecz zawsze nieubłaganie wybijała godzina, kiedy musiałem opuścić mą Kalliope i powrócić do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie pozostawało mi jedynie oddać się swej ulubionej wieczornej rozrywce – narzekaniu na baby na forum wykopu.
  Tym razem jednak znienacka otrzymałem powiadomienie, że dodano mnie do nowej aplikacji PBF-Watch – uaktualnianej w czasie rzeczywistym mapy zachorowań i śmierci na krwioletowicę na całym świecie ze szczególnym uwzględnieniem przykładów osób, które zlekceważyły śmiertelne zagrożenie i zapłaciły za to najwyższą cenę. Oto 16-letnia Sigrid ze Sztokholmu, zdrowa, wesoła uczennica szkoły średniej, która planowała zdawać na biotechnologię i marzyła, by pomóc wynaleźć lek na raka, zapadła nagle w krwioletowiczną śpiączkę, a jej szanse przeżycia lekarze oceniają na „śladowe”. A tu historia 28-letniego Estebana z Malagi, wysportowanego ratownika morskiego, maratończyka i trenera personalnego, który zmarł niespodziewanie i gwałtownie po tym jak jego twarz spuchła i sfioletowiała, upodobniając się w ciągu minuty do dojrzałego bakłażana; pozostawił nieutuloną w bólu żonę oraz czworo dzieci – kto wie, czy któreś z nich nie będzie następne? Jeśli jeszcze się nie zesrałeś ze strachu, to może przekona cię przypadek 32-letniego Bartłomieja z Gliwic, który nigdy w życiu nie chorował nawet na przeziębienie, a teraz walczy o życie w szpitalu, bo nie umył rąk po sprawdzeniu skrzynki na listy.
  To zdecydowanie więcej niż byłem przygotowany strawić. Dobrze wiedziałem, komu dziękować za ten prezent. Wszedłem na czat i napisałem tylko jedno słowo:

  „Dlaczego?”
  Julita odpisała w ciągu 30 sekund.
  „Dobrze jest pewne rzeczy wiedzieć jednak. Wolisz iść przez życie niedoinformowany?”
  „Tak! :P ”
  „Ignorancja może oznaczać ŚMIERĆ. ”
  „Chyba jednak wyolbrzymiasz zagrożenie...”
  „To kwestia skali. W porównaniu z pożarami w Australii, szarańczą w Afryce, wycinką Amazonii i nadciągającą suszą w Europie, to może rzeczywiście te kilka tysięcy zgonów nie robi różnicy.”
  „Nienawidzę Cię :( ”
  „Przynajmniej na drogach zrobi się bezpieczniej, jak więcej ludzi będzie siedzieć w domu tak jak ja. W zeszłym roku w naszym kraju w 30288 wypadkach poniosło śmierć 2909 osób. Załączam raport Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji w pdf.”
  „Nie chcę! Nie przeczytam! Zostaw mnie w spokoju!”
  „W porządku. Ostatnią rzeczą, jaka bym chciała, jest psuć Ci wieczór. Ale radzę zaopatrzyć się w maseczki, rękawiczki i gogle zanim wszystko wykupią.”
  „Już wszystko wykupiliście!!! Dobranoc.”
  …
  „Julita?”
  „Słucham?”
  „Masz pożyczyć papier toaletowy? :) ”
Użytkownik Julita M opuścił rozmowę

  Westchnąłem i zamknąłem czat. Sen mnie już ogarniał, ale postanowiłem jeszcze ostatni raz rzucić okiem na wiadomości. Otworzyłem portal informacyjny i zmartwiałem.
  O nie.
  Och nie nie nie.
  Krzysztof Ibisz ma krwioletowicę.
  Shit just got real.


poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dzień 5


Dzień 5
17 przypadków

  Do dupy do niczego te chusteczki. Małe, źle się układają w ręce, a co najgorsze – drą się w najgorszym możliwym momencie. Wysoce niesatysfakcjonujące doświadczenie konsumenckie, 3/10. Papieru w sklepach nadal brak. Ręczniki papierowe też wyszli. Niedobrze. Zaczynam rozważać waciki kosmetyczne sklejone taśmą.
  W pracy kazali mi podpisać oświadczenie, że nie byłem za granicą, nie kontaktowałem się z nikim, kto wrócił zza granicy i w ogóle nie znam nikogo, kto poruszał się dalej niż w promieniu kilometra ode mnie. W biurze wszędzie rozstawione płyny do odkażania rąk. Ludzie żartują, ale czuć napięcie; w stołówce każdy siada tak, żeby ktoś mu przypadkiem w tajską zupę nie nakichał. Szefowie przebąkują coś o pracy zdalnej. W radiu premier mówi, że będzie dobrze, bo się przygotowywaliśmy od dawna. Minister (chyba ten z brodą) grozi, że będą tysiące zachorowań, ale żeby nie kupować maseczek, tylko zostawić je dla chorych i personelu medycznego. W biurze wszyscy rzucają się do komputerów, kupować maseczki. Na allegro ceny kompletu 10 szt. wahają się od obiadu w dobrej restauracji po używanego volkswagena golfa. Kupuję od użytkownika „med_pro_lux_pol” ostatni zestaw czegoś, co wygląda jak uszyte z poszarzałych ściereczek od naczyń podpaski, za równowartość moich tegorocznych planów wakacyjnych. „HIT!! Maski na Krwioletowica bezpieczenstwo 100%!! Ochron siebie, rodzina i bilskich!! Zapadna technologiia, 100% skutecznosc!!!!” – krzyczało wielką, kolorową czcionką. Wysyłka gdzieś z obwodu iwanofrankiwskiego. Biorę. Drżącymi, spoconymi palcami finalizuję transakcję i oddycham głęboko z miną zwycięzcy. Sprawdzam jeszcze ceny preparatów do dezynfekcji, ale okazuje się, że musiałbym zastawić nerkę i czekać miesiąc na dostawę z Shenyang albo Hangzhou.
  W przerwach na papierosa zauważyłem, że zastanawiająco przerzedziła się liczba wystawionych pojemników z dezynfektantem. Mógłbym przysiąc, że jeszcze godzinę temu jeden stał obok kawomatu. Dwie godziny później zniknął ten z parapetu. Dziwne. Na tarasie marznący palacze rozgrzewali się wzajemnie świeżymi newsami z internetu. Podobno wirus przenosi się na odległość dwóch metrów i utrzymuje na przedmiotach do dziewięciu godzin. Podobno można tygodniami nie wykazywać objawów i nieświadomie zarażać innych. Podobno nawet jak człowiek wyzdrowieje, to nie nabiera odporności i drugie zakażenie jest śmiertelne. Podobno chorzy w zaawansowanym stadium dostają nadludzkiej siły i agresji. Podobno odkryli, że rutinoscorbin zabija wirusa. Podobno próbowali leczyć pacjenta tym rutinoscorbinem ale wpadł w szał i zdemolował szpital. Podobno wirus przenosi się na odległość trzech metrów i utrzymuje na przedmiotach do dwunastu godzin. Podobno epidemia w Indiach zwalnia. Podobno epidemia w Indiach przyspiesza. Podobno w Indiach nie ma żadnej epidemii, została sfingowana i to wszystko to element wojny nowej generacji. Trzęsąc się od wiatru i emocji miałem wrażenie, że słucham strasznych opowieści przy ognisku. Nie, nie, nie. Nie wolno panikować. Najważniejsze są opanowanie i zimna krew. Żadna epidemia nas nie pokona, jeśli zachowamy spokój, dyscyplinę i podstawowe reguły współżycia społecznego.
  Wychodząc z pracy, ukradłem butelkę odkażacza z recepcji.
  Na klatce schodowej minąłem się z Julitą z trzeciego piętra, opancerzoną w zieloną maseczkę chirurgiczną i lateksowe rękawice. Oczywiście. Jeśli ktokolwiek trzymałby w domu takie rzeczy na czarną godzinę to właśnie Julita, neurotyczna trzydziestolatka, która praktycznie nie wychodziła z mieszkania w obawie przed mikrobami, bandziorami i wypadkami samochodowymi. Jedyna znana mi osoba, która będąc poza domem potrafiła się martwić, że padnie jednocześnie ofiarą napadu i włamania. Popełniłem kiedyś błąd akceptując jej zaproszenie na FB, wskutek czego do dziś czytam przerażające posty i otrzymuje linki do najbardziej ponurych i przygnębiających informacji z kraju i ze świata. Wiedzieliście że 43% pilotów linii lotniczych zasypia podczas lotu, a 33% budząc się, odkrywa, iż ich drugi pilot również śpi? Ja już wiem. W odwecie podzieliłem się badaniem dowodzącym, że mamy czterokrotnie większe prawdopodobieństwo stracić życie na skutek wypadnięcia z łóżka niż w katastrofie lotniczej. Niestety doprowadziło to tylko do wojny na posępne statystyki, czego efektem jest moja wcześniej wspomniana rezerwa wobec publicznych basenów.
  Julita wymamrotała coś do mnie głosem stłumionym przez maseczkę, lecz ja pomachałem jej tylko z wymuszonym uśmiechem i uciekłem do mieszkania. Nie miałem siły słuchać, że co roku do oceanu wrzuca się trzy razy więcej ton śmieci niż wyławia z niego ryb. Albo, co bardziej prawdopodobne, czegoś strasznego o krwioletowicy. Nic złego się nie dzieje, wyszoruję ręce i będzie dobrze. Trzeba tylko poświęcić szczególną uwagę przestrzeniom między palcami, każdy kciuk myć osobno, wewnętrzną powierzchnią prawej dłoni namydlić grzbiet lewej dłoni... I powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze. Hm, takie długie mycie rąk nawet relaksuje. Czy zawsze trzeba było myć 20 sekund? Jakim cudem ja jeszcze żyję? Wytarłem pomarszczone jak rodzynki palce do sucha i poczułem się świeżo i bezpiecznie. Zdobyczny odkażacz ustawiłem na honorowym miejscu półeczki, między resztką sprezentowanych mi parę lat temu zagranicznych perfum i dezodorantem marki Axe, na którego efekt w postaci goniących mnie, oszalałych z żądzy kobiet wciąż czekałem. Z ulgą podrapałem się wreszcie po nosie, drugą ręką sprawdzając telefon, na który właśnie przyszedł mi SMS. Od Julity.
  „Czy wiesz ze dlugotrwałe mycie rak rozszerza pory co ulatwia zarazkom wnikniecie do organizmu? To UDOWODNIONE!”
  Noż chuj by to strzelił. W jednej chwili mój błogi nastrój diabli wzięli. Popatrzyłem z nagłym wstrętem na swoje zaróżowione, pachnące mydełkiem dłonie, po czym wylałem na nie hojną dawkę dezynfektantu. Na nos też. I na telefon. Bladź złowroga.
  Po obiedzie składającym się z ryżu i z ryżu oparłem się pokusie sprawdzenia wiadomości w Internecie i zamiast tego zdecydowałem się wykazać zmysłem praktycznym i zamówić zakupy spożywcze z dostawą do domu. Bardzo urzekł mnie pomysł – siedzisz sobie jak książę, bezpieczny od przenoszonych drogą kropelkową patogenów, a dostawcy targają po schodach zgrzewki wody i co tam jeszcze. Niestety wykazałem się tym zmysłem odrobinę za późno; po pół godzinie pracowitego wybierania z dość ograniczonego asortymentu mrożonek, nabiału i zupek w proszku okazało się, że najbliższy termin dostawy jest po Wielkanocy. To znaczy pieniążki sklep bardzo chętnie zainkasuje teraz, tylko uprzejmie prosi o miesięczną cierpliwość. Równie uprzejmie poinstruowałem ich, w której jamie jest najodpowiedniejsze miejsce dla ich oferty.
  Na pocieszenie postanowiłem odwiedzić moje sąsiadki. Sara i Mila wróciły dwa dni temu z ferii we włoskich Alpach, ale mężnie stwierdziłem, że takie detale nie powstrzymają mnie przed wizytą u młodych i ładnych dziewczyn płci przeciwnej. Wypsikałem się moim dezodorantem marki Axe, sprawdziłem w lustrze, czy nie mam majeranku między zębami i zapukałem do drzwi naprzeciwko.   Otworzyła Sara.
  – Hej, Czarek. O, zgoliłeś brodę! Ładnie ci.
  – Młodziej, nie?
  – … Ładnie ci. Wchodź!
  Wszedłem do obitego jasną boazerią przedpokoju. W mieszkaniach dziewczyn zawsze tak jakoś inaczej pachnie. Znajomą mi mieszankę woni naczyń w zlewie, skarpetek na podłodze i butelek po piwie zastąpił jakiś trudny do określenia aromat... permanentnej czystości? Osobliwe doświadczenie.
  Mila siedziała na podłodze w salonie i grała na xboksie.
  – Czeeeść, Czareeek! – przywitała się, nie odrywając oczu i rąk od Super Smash Bros.
  – Przepraszam za bałagan. Siadaj, zrobię nam herbaty – zaproponowała Sara i sięgnęła po emaliowany imbryczek w polne kwiaty.
  Zająłem miejsce przy długim stole nakrytym koronkowym obrusem. Na jednym końcu leżało indyjskie kadzidełko i kilka ułożonych w schludny stosik powieści sióstr Brontë, na drugim piętrzyła się sterta pudełek z płytami, papierków po słodyczach i rozsypanych cieni do powiek.
  Sara, miodowa blondynka o wielkich, trochę sennych oczach była studentką ostatniego roku polonistyki. Łagodnego usposobienia, miękka w ruchach, zawsze jakby na wpół nieobecna zdawała się dryfować gdzieś na granicy światów – choć w namacalnej rzeczywistości była solidnie zakotwiczona walorami fizycznymi. Biuściasta Świtezianka była obiektem moich cichych westchnień odkąd wprowadziła się do mieszkania po starym Bzdrygalu parę lat temu.
  Mila, yin do jej yang (albo yang do jej yin, cokolwiek to znaczy) – drobna, żywiołowa dziewczyna z krótkimi, ufarbowanymi na fioletowo włosami i kolczykiem w wardze – była dwa lata młodsza i trzeci rok z rzędu zaczynała pierwszy rok. Najpierw była filozofia, potem kulturoznawstwo, a potem przestałem słuchać. Mila miała to do siebie, że wszędzie jej było pełno, ale przy odrobinie wprawy można było nauczyć się ją wyłączać jak rozszczebiotane dziecko.
  O dziwo z tej dwójki to Sara miała tatuaż – Mila panicznie bała się igieł (choć przebijanie ciała kawałkiem stali grubości ugotowanego spaghetti jakoś jej nie mierziło). Rysunek zaczynał się na szyi i znikał gdzieś w okolicy obojczyka, by na powrót wyłonić się spod rękawa; w zależności od pory roku odsłaniały się różne jego fragmenty, lecz pełnego obrazu wciąż nie dane mi było ujrzeć. Nie traciłem jednak wiary w swój urok osobisty i efekt Axe.
  – Jak ferie? – zapytałem, biorąc do ręki jedną z książek i bezmyślnie wyciągając z niej zakładkę z peruwiańskim motywem.
  – Och, feerycznie! Upojne krajobrazy, jakby żywcem przeniesione z „Heidi” i „Dźwięków muzyki”. Zjawiskowa architektura alpejskich wiosek utulanych do snu śnieżnym puchem. Powietrze krystaliczne, jakbyś pił źródlany potok. Baśń zaklęta w romantyczne tchnienie wspomnień... – Sara uśmiechnęła się rozmarzona i zerknęła na mnie spod miodowej grzywki. Zalotnie? Może zalotnie? Tak, to mogło być zalotnie, chyba...
  – Było MEGA! – Mila rzuciła kontrolerem i wyszczerzyła do mnie opaloną buzię. – Skręciłam nadgarstek na snowboardzie! – dodała z dumą, unosząc na dowód zabandażowaną lewą dłoń.
  – Nie jestem pewien, czy rozumiem powód do radości...
  – Bo wcześniej udało mi się zrobić obłędny frontside 360 na dobre pół metra w górę!
  – Najechała na pieniek w śniegu – uzupełniła Sara, wyciągając porcelanowe filiżanki i nasypując do nich pachnącej herbaty z kolorowego puzderka.
  – Pół. Metra. W górę, yo. To się liczy. – Mila wstała z podłogi, podciągając workowate spodnie ze wzorem „neonowy wymiot”, które wyglądały jakby przehibernowały na dnie szafy od 1991 roku.
  – Okej... Ale poza tym dobrze się czujecie? Żadnego kataru, bólu stawów, fioletowej wysypki...? Nikt nie kichał w samolocie? – Zapytałem, wciskając po kryjomu zakładkę w losowe miejsce książki.
  – Co jest, Czaruś, boisz się nas? – Mila specjalnie przysunęła się tak blisko, że poczułem bananowy zapach dziecięcej pasty do zębów.
  – Nie no, nie boje się, tylko się... troszczę.
  – Eeej, Sara, Czarek się boi, że dżumę od nas złapie!
  – To może nie powinieneś był przychodzić do domu morowego? – powiedziała Sara na wpół żartem, ale z jednak z delikatnym wyrzutem w głosie. – Ty nie słodzisz, prawda? Mila, tobie już nasypałam.
  – Ooo, weź, tylko jedna łyżeczka? Trzcinowego możesz nasypać więcej...
  – Nie ma różnicy między cukrem białym a brązowym, jedno i drugie to sacharoza. A poza tym ile dziś zjadłaś toblerone?
  Mila fuknęła coś pod nosem i siadła po turecku na odsuniętym krześle. Sara podeszła z herbatą do stołu, zamiatając parkiet długą, czarną spódnicą. Zauważyłem, że była boso; Mila miała na stopach pięciopalczaste skarpetki w tęczowe paski.
  – I może zacznij myć zęby pastą dla dorosłych, taką z fluorem? – dodałem, zerkając na kupkę nieuprzątniętych sreberek po czekoladzie.
  – Nieee-e... One wszystkie smakują paskudnie – skrzywiła się, biorąc filiżankę w obie ręce jak Oliver Twist miskę kleiku.
  Sara usiadła obok mnie, wstrząsnęła lekko głową, rozsypując złote włosy na ciemnej bluzce i uniosła do ust parującą filiżankę.
  – Serio, Czarek, jak wylatywałyśmy z Lombardii, to nie było dantejskich scen na lotnisku ani trupów na ulicach. Media trochę przejaskrawiają to, co się tam dzieje. Ludzie chorują, niektórzy umierają, ale to jeszcze nie „Maska śmierci szkarłatnej”.
  Też upiłem łyk herbaty. Była wściekle aromatyczna i pełna ususzonych płatków kwiatów i kawałków owoców, które szybko pęczniały w gorącej wodzie.
  – Przecież nigdy nie mówiłem, że się boję. Niczego się nie boję. A już najmniej jakiegoś bengalskiego przeziębienia. – Z zaciętą miną pociągnąłem solidny łyk napoju i rozkaszlałem się, kiedy płatek jaśminu przykleił mi się do gardła.
  – Oczywiście. – Sara uśmiechnęła się uroczo. – Hej, chcesz obejrzeć nasze zdjęcia z ferii?
  – Ech... pewnie...
O niczym innym nie marzyłem jak o fotkach lasek seksownie zakutanych po same oczy w kołnierze, czapki i szaliki. Zaraz wyciągnęły się w moją stronę dwa szerokoekranowe smartfony. Zgodnie z przewidywaniami zdjęcia były paradą czerwonych nosów i jaskrawych kurtek na tle tej czy innej góry. Przez lustrzane gogle nawet nie wiedziałem, która dziewczyna jest która, dopóki nie nauczyłem się kojarzyć wzrostu z kolorem czapki. Pamiętałem, żeby w odpowiednich momentach wymruczeć, że siedemnasta panorama doliny jest „magiczna”, a rozpaczliwa próba podciągnięcia nosa deski to „odlotowy trik”.
  – OK, starczy – zlitowała się wreszcie Mila. – Głodna się zrobiłam od tej herbaty. Zamówię nam coś.
  – Przecież w lodówce jest garnek potrawki z brukselki od mojej mamy...
  – NIE. – Mila uniosła palec z krótko przyciętym, ale pomalowanym fluorescencyjnym lakierem paznokciem. – Są granice. Pogadajcie sobie o Orzeszkowej czy co tam Sarcia lubi. Ja zamówię nam prawdziwe żarło.
  – No dobrze, tylko wegetariańskie.
  – ...srańskie. Tak, słonko.
  Mila zabrała telefon i wyszła na balkon. Zostałem sam na sam z Sarą. Potarłem uda nagle spoconymi dłońmi i rozejrzałem się po pokoju. Mój wzrok padł na stosik książek.
  – Więęęc... siostry Brontë, co? One napisały tę, „Jane Austen”?
  – „Jane Eyre” – odpowiedziała Sara z niewinnym uśmiechem. – I nie wszystkie, tylko Charlotte. Ale książki Jane Austen też mam gdzieś na półce.
  – A... aha. Heh... To może... pożyczę?
  – Serio? Chcesz pożyczyć babską literaturę z XIX wieku?
  – Hej, wiesz, kończyłem anglistykę, więc wiktoriańska literatura to w sam raz dla mnie. Tyle że na studiach nie było czasu tego wszystkiego czytać, wiesz sama jak to jest. Ty chyba też nie czytasz wszystkiego, co ci każą?
  – Wszystko – odrzekła poważnie. – I jeszcze więcej.
  Oj. Oj, kujwa.
  Desperacko pragnąc zatrzeć złe wrażenie, wygrzebałem książkę ze spodu stosika i zzezowałem na tytuł.
  – „Agnes Grey” – przeczytałem powoli na głos i natychmiast złapałem się na tym, że brzmię jak przygłup.
  – Naprawdę chcesz? No dobrze, to teraz musisz ją przeczytać i powiedzieć mi, co o niej myślisz.
  – Aż tak interesuje cię moje zdanie? – zapytałem, unosząc szelmowsko brew.
  – No oczywiście. Uwielbiam dyskusje o książkach.
  – Z... z każdym...?
  – Słucham? – spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
  W tym momencie, może na szczęście, Mila wróciła z balkonu.
  – Dobra, kićki, falafle idą. Zagrajmy tymczasem w jakąś planszówę, to odciągnie Czarka myśli od śmierci w męczarniach.
  – Spoko, tylko nie w Pandemię. Od tej ironii mogą rozboleć mnie zęby.
  – Ale wiecie, że nie przepadam za wojną i przemocą – skrzywiła się Sara. – Bez tych mutantów, robotów i potworów. Może coś spokojniejszego i pozbawionego wrogości? Carcassone?
  Resztę wieczoru spędziliśmy oddając się spokojnej, pozbawionej wrogości rywalizacji przy prawdziwej grze familijnej, idealnej na spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi czy przełamanie pierwszych lodów, potrafiącej znaleźć wspólny mianownik dla każdej grupy ludzi. Przy hummusie i herbatce. Żeby się utwierdzić w wątłym poczuciu własnej męskości, musiałem przed snem wyskoczyć po piwo i krwistego hamburgera.
  W nocy od zgagi śniły mi się trędowate siostry Austen grające w Monopoly.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Dzień 3


Dzień 3
4 przypadki

  Najpierw zabrakło papieru. Toaletowego, bo do drukarki piętrzyły się całe ryzy. Był też listowy, kolorowy, wizytówkowy a nawet ryżowy. Tylko półki opatrzone znakiem „pap. toalet.” świeciły pustkami. Nie było nawet jednej ironicznie osamotnionej rolki dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji. Te widoczne na zdjęciach w portalach społecznościowych i informacyjnych musiały być aranżacją dla potrzeb artystycznych. Nikt nie zostawiłby ostatniego opakowania srajtaśmy, ani z grzeczności, ani tym bardziej z braku potrzeby. Szybko znikały też ręczniki papierowe, chusteczki higieniczne, lignina. Co poniektórzy panowie, pchając wózki wyładowane zapasami, spoglądali też z namysłem na półki z podpaskami. Ubiegały ich jednak panie, łapczywie zagarniając naręcza alwaysów i tampaksów. Nieopodal ziała kolejna wyrwa w asortymencie – na półce z mydłami. Największym powodzeniem cieszyły się te antybakteryjne w płynie, choć nikt nie potrafiłby powiedzieć, jakie bakterie te żele zwalczają w porównaniu z mydłem nieantybakteryjnym i czemu właściwie miałyby pomóc na wirusy. Co ciekawe szampony i żele pod prysznic nie schodziły wcale szybciej niż zwykle, jakby nowo odkryta higiena rodaków kończyła się na pasku od zegarka i kajdanie.
  „Zrób zapasy, bo ludzie wszystko wykupią”, ostrzegali ludzie, którzy już sami zdążyli wszystko wykupić. Stałem więc i ja w kolejce w supermarkecie, z wózkiem pełnym chusteczek i prowiantu. Dookoła tłoczyła się zwarta masa ludzi i kratowanej stali, cisnących się na siebie, oddychających na siebie, zaglądających sobie nawzajem w zakupy, żeby upewnić się, czy o czymś nie zapomnieli. Kobiety stawiały przeważnie na produkty sypkie, obmyślając już 101 przepisów na risotto, kaszotto i pastotto, którymi w najbliższych tygodniach będą napychać mniej lub bardziej protestującą rodzinę. Mężczyźni starali się, żeby w koszyku nie zabrakło kilogramowych opakowań kiełbasy śląskiej i podwawelskiej, zafoliowanych szynek, puszek pasztetów i mielonki. Niektórzy kitrali też na dnie wózka cztero – i sześciopaki piwa, korzystając z chwili nieuwagi żony, która w tym czasie toczyła boje o groszek konserwowy czy kukurydzę. I jeszcze mąka. Po 3-4 kilo na wózek. Co ludzie robią z taką ilością mąki w domu? Będą wpierdalać łychami jak im zabraknie kaszotto w dziesiątym tygodniu apokalipsy?
  Społeczeństwo jeszcze spoglądało na siebie bardziej z wywołanym rywalizacją znużeniem niż nieufnością. Część zakupowiczów koncentrowała się tylko na przesuwaniu siłą woli taśmy na kasie, inni ochuchiwali się zapamiętale, wymieniając uwagi, spostrzeżenia i najnowsze informacje zasłyszane w telewizorze i w innych kolejkach. Czasem tylko gdy ktoś kaszlnął lub siąknął głośniej nosem, skupiała się na nim na chwilę nieżyczliwa uwaga otoczenia. Gdyby namierzonemu przyszło zakasłać po raz drugi, czy nie daj Boże kichnąć, kolejka potrafiła jak jeden organizm sprężyć się i zewrzeć, niby mimochodem wypychając podejrzane ciało obce na zewnątrz i tłumacząc spokojnie protestującemu delikwentowi, że „pan tu wcale nie stał”. Drapało mnie trochę w gardle, bo mi pękła paczka mąki w wózku, ale ze łzami w oczach powstrzymywałem się od kaszlnięcia, nie chcąc wylądować z powrotem na końcu ogonka.
  Do domu wracałem autobusem. Trzymałem się lewą ręką poręczy, w prawej miałem uwieszone siaty. Zawsze trzymam się lewą ręką, takie przyzwyczajenie, gdyż prawą jem coś, jak jestem na mieście. To znaczy jem twarzą, ale prawą ręką trzymam jedzenie. Albo tic-taca sobie wezmę. Lewą też naciskam guziki i klamki. I członek trzymam, jak się odlewam. No oczywiście, że myję potem ręce, ale to i tak dobry nawyk. Bo na przykład w plenerze nie umyjesz, a po piwku się chce. Z drugiej wszakże strony, pomyślałem sobie teraz, jaką ja mam pewność, że ten facet, z którym się witam, też dochował należnej higieny mikcyjnej? Ja tu dokładam starań, a tymczasem jego członkobakterie przechodzą po uścisku dłoni na na mojego hamburgera. Może stąd się wziął żółwik? Z racjonalnej nieufności? W jakimś badaniu w USA wykryto na orzeszkach w barze obecność kilku różnych rodzajów moczu. A w Kanadzie stwierdzili, że na 1/3 basenu olimpijskiego przypada 75 litrów uryny. 75! Uryny! W Kanadzie! Najuprzejmiejszym kraju świata. Strach pomyśleć ile szczą u nas... Kiedy udało mi się usiąść, sprawdziłem w telefonie, czy fist-bump jest rzeczywiście bardziej higieniczny niż hand-shake. Oczywiście, że zrobiono na ten temat badania. No i wychodzi, że tak. Czyli wszyscy powinniśmy zacząć przybijać żółwika? Ziomeczki na spotkaniach biznesowych, mordeczki składając ziomeczkowi kondolencje na pogrzebie, prezydent podczas wręczania ziomeczkom nominacji profesorskich i generalskich. Chociaż teraz to w ogóle zalecają, żeby się witać łokciem albo nogą. Na youtubie sobie obejrzałem. Oczywiście po powrocie do domu trzeba zdezynfekować telefon. Czy spodnie od siedzenia w autobusie też? Ręce myć przez 20 sekund, to wiem. Szarym mydłem, którego ostatnie sztuki udało mi się wyszarpać w Rossmanie tylko dlatego, że było koło południa, a starzy ludzie wolno chodzą. I twarzy nie dotykać. Ale jak wymyję ręce, to już mogę dotykać twarzy? Czy powinienem twarz też wymyć? Zaraz, a mydło mam wymyć po myciu? Bo przecież wirusy i cudze członkobakterie się przyczają w pianie do następnego razu. Sprawdzam w googlach. O dziwo nikt takiego pytania wcześniej nie zadał. Jestem albo pionierem albo paranoikiem. Kurwa, teraz muszę znów wymyć ręce, bo zapomniałem odkazić telefon.
  Krwioletowica. Tak to cholerstwo nazwano. Po angielsku „purple blood fever”, PBF, po lekarsku coś niezrozumiałego z numerkiem na końcu. Po polsku zdecydowanie najładniej, romantycznie tak nawet. Zaczęło się w Indiach, podobno jedzą tam krokodyle mózgi, czy małpim gównem chleb smarują, dzikusy jebane. No i sto tysięcy Hindusów to złapało od tej jednej kanapki z łajnem, a potem się toto rozpełzło na Azję, Amerykę i teraz Europę. Włochy w kwarantannie, Hiszpania za chwilę, teraz podeszło na północ. W Islandii podobno pół kraju się zaraziło na meczu curlingu. Nie wiem, kto to zawlókł tak daleko, ale sami są sobie winni, skoro się ostatnio taką modną turystyczną miejscówką zrobili. Do nas mało kto przyjeżdża niezmuszony, więc oczywiście pierwszy przypadek to „biznesmen” zwożący używane samochody z Reichu. Fura mu padła przy granicy, to wsiadł w pekaesa no i pewnie poczęstował wirusem cały autokar, którego pasażerowie się potem rozjechali w Polskę. Mówią, że będzie epidemia. Nie wiem, czy się bać. Przeżyłem już kilka epidemii – grypę ptasią, krowią, świńską. Najgorzej było przy tej ostatniej, tyle kartonowych pudełek ze świnkami morskimi zakopanych po parkach i ogrodach... dostałem wtedy 36,8 i kataru, ale może to z empatii.
  Pierwsze objawy krwioletowicy to ataki kichania, zaburzenia mowy i fioletowe wypieki na twarzy. Potem krwotoki, gorączka, napady agresji, w najgorszym razie kończy się śpiączką i śmiercią. Niektórzy uspokajają, że większość ofiar śmiertelnych to osoby starsze z chorobami współistniejącymi (nauczyliśmy się wszyscy nowego słówka do Scrabble), a młodzi przechodzą w większości bezobjawowo, albo są odporni. Nie wiem, czy 35 lat jeszcze mnie kwalifikuje do „młodych”. Na wszelki wypadek zgoliłem brodę, bo zaczynała siwieć. Teraz w lustrze czuję się młodziej, ale nadal stękam przy wstawaniu z kanapy.
  Rozpakowałem zakupy. Nigdy nie byłem dobry w planowaniu. Dlatego też okazało się, że mam cztery pudełka ryżu i dwie kaszy na jedną paczkę mrożonych warzyw oraz siedem twarożków, trzy opakowania sera, dwa opakowania salami i jeden niewielki bochenek chleba. I mąkę.
  Resztę dania spędziłem oglądając telewizję i czytając internet, gdzie wszyscy chcieli mnie przestraszyć. Wirusolodzy, epidemiolodzy, ekonomiści, znajomi z FB, a najbardziej taki minister z rudą brodą, który twierdził, że od początku mówił, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Stojącemu obok premierowi chyba się to za bardzo nie podobało, bo miał jakąś taką krzywą twarz.
  Wieczorem wyszedłem przed blok na papieroska. Na dole spotkałem pana Bronka na spacerze z pieskiem. Spacery te zazwyczaj sprowadzały się do tego, że pan Bronek filozoficznie ćmił peta pod klatką, podczas gdy cierpiący na wieczne zatwardzenia kundelek załatwiał się w hortensjach pani Petunii (lub petuniach pani Hortensji, czy jakie tam zielsko kwitło pod oknem staruszki z parteru). Poczucie godności osobistej oraz wydatny brzuch pana Bronka wzbraniały go przed sprzątaniem po pupilu, więc psie kupy użyźniały rabatki.
  – I co, panie Czarku, przylazło wreszcie do nas, nie? – zagaił, częstując ogniem.
  – Oj tam, przylazło, nie przylazło, rozejdzie się po kościach. Do końca miesiąca będzie po epidemii – odparłem bardziej dla dodania sobie otuchy niż próby przekonania kogokolwiek.
  Pan Bronek pokręcił głową.
  – No nie wiem, jak to tam będzie. Słyszałeś pan, że to badziewie to pewnie w laboratoriach wyhodowali i im uciekło albo specjalnie wypuścili, żeby te, broń biologicznom testować.
  – Kto?
  – Ruskie, pewnie. Albo i ciapate. – Zaciągnął się szlugiem, którego miał zwyczaj trzymać w szczerbie po górnej lewej trójce, niewzruszenie ignorując lecący mu do oczu dym. – Kto ich tam wie.
  – No ale zaraz się ciepło zrobi – powiedziałem z nadzieją. – Globalne ocieplenie i w ogóle. Kto by tam na katar wiosną umierał.
  – I w maju śnieg widziałem – odrzekł pan Bronek fatalistycznie. – Grunt to odporność, panie Czarku. Ruch na świeżem powietrzu, jak widać, na ten przykład. Snu dużo; ja przed dziewiątom się jeszcze na drugi bok nie przewracam. Tytuń – ochronna warstwa substancji smołowych pokrywa drogi oddechowe i nie przepuszcza zarazków. No i najważniejsze: setka z pieprzem na noc. Albo dwie. Mój świętej pamięci ojczulek zimom co wieczór setę z pieprzem wypijał i żył aż umarł.
  – Zdrowo?
  – Jako i ja. – Pan Bronek uderzył się w pierś, zakaszlał i splunął siarczyście, nie wyjmując peta z ust. – Kataru, w każdem bądź razie, nie miał.
  – Hm. – Wpatrzyłem się z powątpiewaniem we własnego papierosa.
  – Tym mniemniej jakąś ostrożność trza zachować. Te studenciary z pańskiego piętra... – Wskazał głową w ogólnym kierunku bloku. – To zdaje się z zagranicy, z nartów ostatnio wróciły. Pan tam uważa, bo nie wiadomo, czy świństwa jakiego nie przywiozły.
  – Ludzie w ogóle pałętają się po świecie, zamiast w domu na dupie siedzieć – wyrzuciłem z siebie z nagłą złością. – Jak nie plaże, to góry, jak nie góry, to mury czy inne ruiny. Baby to już najbardziej. „Zwiedzać” im się chce, „poznawać inne kultury” albo, kurwa, „odkrywać siebie” w jakimś Tybecie czy Gangesie. I potem wracają albo z czerniakiem od słońca, albo z jakimś pasożytem od „zgłębiania tajników lokalnej kuchni”, albo tak jak teraz przywloką wirusa do uczciwych ludzi, co w domu siedzą i nie rujnują planety turystyką. „Nowe kultury”, kurwa mać. Jak chcą zobaczyć, jak skośnooki wpierdala kurze łapki, to niech sobie do Wólki Kosowskiej pojadą. Ja panu powiem, panie Bronku, że od pięciu lat nigdzie nie wyjeżdżałem. Po co mi? Mam w domu książki, Netflixa, konsolę i gry na Steamie, a jak sobie chce coś obejrzeć, to na zdjęciu w internecie wystarczy albo na Google Street View można całe miasto zwiedzić.
  – Ja to akurat tego co pan, to nie bardzo, bo połowy nie zrozumiałem, a do literek to, tego, oczów nie mam, od maleńkości mnie się męczom. Ale w ogólności się zgadzam. Ja, proszę pana, w wolnych chwilach stolarkie uskuteczniam.
  – Stolarkę?
  – Stolarkie – potwierdził. – Strugam se, piłuję, hebluję, bejcuję. A to taborecik sobie pieprznę a to półeczkie, córce kuchnie zrobię. Czasem Jezuska z pniaczka wyjebię. Bardzo odpręża i czas daje, żeby się, wiesz pan, nad światem i życiem zadumać.
  – I co pan wydumał?
  – Że wszystko chuj. – Upuścił niedopałek i roztarł obcasem. – Marność, rozumie się. Tak jak pan mówisz, ludziska jeżdżom se po świecie, gały wytrzeszczajom, wszystko chcom poznać, dotknąć, naobglądać się, języków obcych się naumieć. A na końcu i tak wszyscy umrom, więc co komu po tem? Gówno, panie kochany, gówno. Alibo biega taki co rano, nie pali, nie pije, mięsa nie jje i zielsko tylko wtranżala, do roboti na rowerku zachrzania – a potem go skoda fabia na światłach pierdolnie i to by było na tyle. Grób, kiła i mogiła. To na co to wszystko? Na jajco, panie kochany, na jajco. Uszanowanie. Fafik!
  Pan Bronek zagwizdał na psa, któremu w końcu udało się wypróżnić i właśnie z zainteresowaniem obwąchiwał efekty swojego wysiłku, ukłonił się i skierował kroki w stronę drzwi do klatki, zostawiając mnie sam na sam z na wpół wypalonym papierosem i plątaniną myśli.