sobota, 25 kwietnia 2020

Dzień 8


Dzień 8
74 przypadki

  Waciki kosmetyczne sklejone taśmą były katastrofą. Nie chcę o tym rozmawiać. W obliczu grożącego mi kryzysu toaletowego postanowiłem udać się do kiosku po zapas mięciutkich gazet. Niestety okazało się, że jak zwykle byłem ostatnim, który wpadł na taki genialny pomysł i została już tylko prasa antysemicka. Kupiłem dziesięć egzemplarzy, unikając kontaktu wzrokowego z panią kioskarką i zaniosłem je pod płaszczem do domu.
  Pod blokiem spotkałem sąsiadów. Pan Janusz, który mieszkał piętro nade mną z żoną Grażyną i nastoletnim synem Adrianem, dyskutował o czymś z Hubertem z dziewiątego – gościem pod czterdziestkę, strzygącym się na wojskowo, ubierającym się w (chyba zawsze to samo) moro i jeżdżącym rozklekotanym rowerem z biało-czerwonym proporczykiem. Przystanąłem posłuchać, tylko tak, by nie stać po wiatr od Huberta, który częste mycie i pranie ubrań uważał najwyraźniej za lewacką fanaberię.
  – …Więc powiadam panu – perorował pan Janusz – że statystycznie nie ma się czego obawiać. Owszem, po ludzku te 10 tys. ofiar śmiertelnych we Włoszech robi wrażenie, ale na 60 mln mieszkańców to jest ledwie półtora setnej promila. Okiem statystyka, to jest, proszę pana, nic. Owszem, empatia, ludzkie tragedie, tak, tak. Ale statystyk, proszę pana, nie ma empatii. Trzyma się twardych danych.
  – Jak mawiał batiuszka Stalin, śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to statystyka – wtrącił Hubert.
  – ...Taaak. No i nie zapominajmy, że dane uśrednione zaciemniają nam obraz. Rozłożenie zgonów nie jest bynajmniej równomierne – 90% zmarłych miało ponad 70 lat. To oczywiście ludzkie dramaty, prawda, dla spadkob... to znaczy dzieci i wnuków. Ale statystyk, proszę pana, nie może mieć serca, musi patrzeć chłodnym okiem. Ci starsi ludzie, nie będąc już, prawda, w wieku produkcyjnym, statystycznie, ekonomicznie rzecz biorąc, nie stanowią dla państwa i społeczeństwa, jakby to powiedzieć... wartości dodanej.
  – Surwiwal owde fitest. Tylko najsilniejsi przetrwają. Naród hartuje się w ogniu godziny próby. – Hubert podrapał się po pokrytym alergiczną wysypką cofniętym podbródku.
  – ...Taaak. No więc z punktu widzenia czysto statystycznego, podkreślam, naukowego, to nie jest jakiś istotny ubytek dla społeczeństwa rozumianego jako całość. A nawet można by tak trochę kontrowersyjnie stwierdzić, że zaistniałe... okoliczności... mogą wręcz zaowocować pewną ulgą, pewną oszczędnością dla, rozumie pan, systemu emerytalnego, ubezpieczeń społecznych i tak, prawda, dalej. To znaczy wiadomo, że ja po ludzku serdecznie współczuję, ale, proszę pana, statystyk serca nie ma.
  – Na pohybel starym komuchom!
  – Co? Eee, nie no, nie wszyscy to komuniści...
  – O tym tam mówię – Hubert wskazał głową za nasze plecy.
  Odwróciliśmy się, by ujrzeć wysokiego starca z siwymi, krzaczastymi brwiami, zmierzającego powoli w naszą stronę.
  – Myślisz, że nie słyszałem, gnoju?! – zagrzmiał ponurym basem pan Wojciesław i pogroził laską. – Nic szacunku dla kombatantów!!!
  – Kombatant... Chyba od batowania żołnierzy wyklętych – Hubert rzucił z hardą miną, ale przezornie zszedł z pola rażenia wywijającej groźnie dębowej lagi.
  – Biłem się pod Lenino!
  Z marsową miną pan Wojciesław kuśtykał niewzruszenie w stronę klatki, zmuszając nas, chcąc nie chcąc, do rozstąpienia się. Pomimo dziewięćdziesiątki na karku przewyższał nas wszystkich przynajmniej o głowę. Łysa czaszka z nastroszonymi brwiami kiwała się na długiej, pomarszczonej szyi; z wydatnym, zagiętym nosem wyglądał jak kondor szykujący się do rozprucia brzucha padliny. Emerytowany oficer zawodowy, w ludowym Wojsku Polskim – jak lubił podkreślać – od jego początku do końca, berlingowiec, uczestnik Akcji „Wisła” i Operacji „Dunaj”, weteran czerwca i grudnia, choć niekoniecznie po stronie, której historia przyznała rację.
  Na szczycie schodków sięgnął szponiastą dłonią do kieszeni tweedów i wysupłał z nich najpierw kraciastą chusteczkę do nosa, potem rolkę miętówek, drobne, aż wreszcie dogrzebał się do kluczyka od drzwi bloku. Odwrócił się jeszcze i mrużąc jedno oko wycelował długi palec w stronę Huberta.
  – Pamiętam tych twoich „żołnierzy wyklętych”, szczylu. Tchórzy, kurokradów i stodolnianych gwałcicieli. Jakeśmy urządzili takiemu jednemu bandycie obławę pod Żurominem, to go wieśniacy sami złapali, skrępowali postronkiem jak świniaka i nam na miedzy położyli, tak jego bandę przez te wszystkie lata ukochali.
  Hubert, któremu w bezpiecznej odległości od okutej mosiądzem laski wróciła odwaga, wypiął chudą pierś i zakrzyknął:
  – Niech żyje niezłomne i niepokorne podziemie niepodległościowe! Wiwat „Ogień”! Wiwat „Bury”! Wiwat Brygada Świętokrzyska!
  Po czym odwrócił się na pięcie, dosiadł swojego roweru i z przeraźliwym skrzypieniem odcwałował w dal, powiewając za sobą biało-czerwoną chorągiewką. Pan Wojciesław sarknął pogardliwie i podjął próbę trzaśnięcia z godnością drzwiami do klatki, ale mechanizm samozamykacza udaremnił jego plany. Drzwi domykały się więc flegmatycznie, niespiesznie pogrążając w mroku burczącego starca, grzebiącego w drugiej kieszeni w poszukiwaniu kluczyka od skrzynki.
  Pan Janusz mrugał przez chwilę zdezorientowany i wybity ze swoich socjologicznych dywagacji, aż wreszcie, zorientowawszy się, że wciąż ma jednego słuchacza, spróbował ułapić mnie za guzik od kurtki, by kontynuować. Wysmyrgnąłem mu się jak wąż i wymówiwszy się pozostawioną na gazie zupą, wróciłem do domu.
  Z telewizora premier głosił, że się nie spodziewaliśmy, ale się przygotowywaliśmy i jesteśmy gotowi jak nigdy. Minister z brodą mówił, żeby wszystko zamknąć, chociaż nawet jak zamkniemy, to i tak się pochorujemy, więc równie dobrze możemy nie nosić tych maseczek, co ich już i tak nie ma. Był jeszcze prezydent, chyba na biwaku, bo w zielonym swetrze, ale odruchowo przełączyłem, wiedząc, że już niczego istotnego nie usłyszę. Na drugim kanale arcybiskup groził palcem, że pandemia to kara boża za ekologizm i elgiebetyzm, i że powinniśmy tłumnie udać się do kościołów, by przebłagać Pana. Na szczęście przebłagać Pana można też na podany u dołu ekranu numer konta – zaleca się próbować do skutku.
  Do pracy nie musiałem iść, bo kazali nam wszystkim trzymać się, kurwa, z daleka i przejść na home office. Dłubię ten home office już trzeci dzień i zaczynam się zastanawiać po ki chuj ja właściwie chodziłem tyle lat do tej roboty. Po 45 minutach podróży w korku i ścisku jesteś zmęczony jeszcze zanim zaczniesz pracę, w biurze i tak nikt nikogo nie lubi, na open spejsie gwar jak na Koszykach, przytulności zero bo nam w ramach refurbiszmentu zlikwidowali boksy i teraz kulimy się nad tymi maleńkimi chromebookami przy długich stołach jak w barze mlecznym, co chwila ktoś ma prezentację, szkolenie, daily huddle czy inną sraczkę werbalną, więc wszyscy drepczą gęsiego z tymi identycznymi laptopikami do małej salki bez okien wyglądającej jak ubecka katownia, wysłuchują czyichś mózgopierdów, zgadzają się ze sobą, idą na fajka, potem na lunch, potem na fajka po lunchu, potem na kolejne spotkanie, potem próbują sobie przypomnieć, gdzie siedzieli na open spejsie, potem się okazuje, że wzięli z lunchu cudzego chromebooka, aż wreszcie fajrant, można odwiesić kielnię i zejść z budowy, w sam czas na godzinny korek powrotny do domu. W domu porno, drzemka, mikrofala i zanim się obejrzysz jest już ciemno i pozostaje tylko piwko i kwejk. Teraz od piwka można zacząć dzień, a na resztę jest czas i w pracy. W ogóle jak nikt gitary nie zawraca, to jakoś więcej się robi tego czasu i wydajniej wszystko idzie. Tylko szef nie może się o tym dowiedzieć, bo dopierdoli drugie tyle roboty; trzeba przeciągać wykonanie zadań do 17, a w międzyczasie można i zaległy serial obejrzeć, i lodówkę wreszcie rozmrozić. Ogólnie git by z tą kwarantanną był, jakbym się nie bał, że wszyscy umrzemy.
  O higienę osobistą musiałem dbać, bo niemal codziennie łaziłem creepować do sąsiadek. Zwłaszcza jak już raz człowiek brodę zgolił, to trzeba być konsekwentnym. „Ładnie ci”, powiedziała przecież... Dziewczyny siedziały uziemione na chacie, zajęcia na uczelni zawieszone, biblioteki (Sara) zamknięte, kluby (Mila) zamknięte jeszcze bardziej, na domówki też ludzie bali się zapraszać, tak więc byłem z grubsza ich jedyną opcją towarzyską. Znosiłem do nich swoje makarony i mrożonki, a Sarze udawało się z tego upitrasić jakiś sensowny obiad dla trojga. Potem graliśmy w Jengę czy inne Dobble; jak Sara odpadała pierwsza spać, to grałem z Milą na konsoli, jak Mila to jeszcze lepiej, bo siadałem z Sarą na kanapie i bajerowałem o książkach. Ta cała „Agnes Grey” nawet szybko poszła, w pracy na kiblu połowę przeczytałem. Wartka acz chwytająca za serce opowieść stawiająca w centrum uwagi niedostatek ról dla wykształconych kobiet, które zmuszone są utrzymywać jako guwernantki, znosząc ucisk i ciemięstwo w zamożnych rodzinach wywodzących swe wartości moralne z ambicji i świadomości klasowej. W dyskusji z Sarą pamiętałem, by więcej słuchać niż mówić, co w tym wypadku przyszło mi dość łatwo. W nagrodę Sara wcisnęła mi „Lokatorkę Wildfell Hall” – drugą i na szczęście ostatnią powieść Anny B. Warto było przedrzeć się przez te babskie czytadła sprzed półtora wieku po to tylko, by ujrzeć jak Sara zmienia się, gdy mówi o literaturze. Migdałowo wykrojone oczy rozbłyskały jak Gwiazdy Polarne, na alabastrowy dekolt wstępował rumieniec, pierś falowała niczym nieposkromiony ocean podczas sztormu. A ja spijałem z jej pełnych, wilgotnych warg słowa takie jak: „dominanta kompozycyjna” „operacje sensotwórcze” i „wątki proto-feministyczne”. Pragnąłem zatracić się bez reszty w odmętach tego głosu, w przepaściach tych oczu, w kanionie tego dekoltu lecz zawsze nieubłaganie wybijała godzina, kiedy musiałem opuścić mą Kalliope i powrócić do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie pozostawało mi jedynie oddać się swej ulubionej wieczornej rozrywce – narzekaniu na baby na forum wykopu.
  Tym razem jednak znienacka otrzymałem powiadomienie, że dodano mnie do nowej aplikacji PBF-Watch – uaktualnianej w czasie rzeczywistym mapy zachorowań i śmierci na krwioletowicę na całym świecie ze szczególnym uwzględnieniem przykładów osób, które zlekceważyły śmiertelne zagrożenie i zapłaciły za to najwyższą cenę. Oto 16-letnia Sigrid ze Sztokholmu, zdrowa, wesoła uczennica szkoły średniej, która planowała zdawać na biotechnologię i marzyła, by pomóc wynaleźć lek na raka, zapadła nagle w krwioletowiczną śpiączkę, a jej szanse przeżycia lekarze oceniają na „śladowe”. A tu historia 28-letniego Estebana z Malagi, wysportowanego ratownika morskiego, maratończyka i trenera personalnego, który zmarł niespodziewanie i gwałtownie po tym jak jego twarz spuchła i sfioletowiała, upodobniając się w ciągu minuty do dojrzałego bakłażana; pozostawił nieutuloną w bólu żonę oraz czworo dzieci – kto wie, czy któreś z nich nie będzie następne? Jeśli jeszcze się nie zesrałeś ze strachu, to może przekona cię przypadek 32-letniego Bartłomieja z Gliwic, który nigdy w życiu nie chorował nawet na przeziębienie, a teraz walczy o życie w szpitalu, bo nie umył rąk po sprawdzeniu skrzynki na listy.
  To zdecydowanie więcej niż byłem przygotowany strawić. Dobrze wiedziałem, komu dziękować za ten prezent. Wszedłem na czat i napisałem tylko jedno słowo:

  „Dlaczego?”
  Julita odpisała w ciągu 30 sekund.
  „Dobrze jest pewne rzeczy wiedzieć jednak. Wolisz iść przez życie niedoinformowany?”
  „Tak! :P ”
  „Ignorancja może oznaczać ŚMIERĆ. ”
  „Chyba jednak wyolbrzymiasz zagrożenie...”
  „To kwestia skali. W porównaniu z pożarami w Australii, szarańczą w Afryce, wycinką Amazonii i nadciągającą suszą w Europie, to może rzeczywiście te kilka tysięcy zgonów nie robi różnicy.”
  „Nienawidzę Cię :( ”
  „Przynajmniej na drogach zrobi się bezpieczniej, jak więcej ludzi będzie siedzieć w domu tak jak ja. W zeszłym roku w naszym kraju w 30288 wypadkach poniosło śmierć 2909 osób. Załączam raport Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji w pdf.”
  „Nie chcę! Nie przeczytam! Zostaw mnie w spokoju!”
  „W porządku. Ostatnią rzeczą, jaka bym chciała, jest psuć Ci wieczór. Ale radzę zaopatrzyć się w maseczki, rękawiczki i gogle zanim wszystko wykupią.”
  „Już wszystko wykupiliście!!! Dobranoc.”
  …
  „Julita?”
  „Słucham?”
  „Masz pożyczyć papier toaletowy? :) ”
Użytkownik Julita M opuścił rozmowę

  Westchnąłem i zamknąłem czat. Sen mnie już ogarniał, ale postanowiłem jeszcze ostatni raz rzucić okiem na wiadomości. Otworzyłem portal informacyjny i zmartwiałem.
  O nie.
  Och nie nie nie.
  Krzysztof Ibisz ma krwioletowicę.
  Shit just got real.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz