środa, 13 maja 2020

Dzień 13


Dzień 13
553 przypadki

  Lina. Lina okrętowa namoczona w morskiej wodzie. Tak podobno podcierali się żeglarze. Takie śmieszki-heheszki można przeczytać w internecie. Wcale nie było mi do śmiechu. Nie miałem w domu nawet kawałka sznurka. Poza tym dlaczego w ogóle to rozważałem, co za durna idea. Równie dobrze mógłbym użyć tej szczeciniastej szczotki, co stoi obok sedesu. Uczucie pewnie zbliżone do wcierania soli w odbyt. Rzymianie z kolei wykorzystywali w tym celu gąbkę na patyku. Gąbka to zupełnie inna rozmowa, mięciutka i chłonna. Gąbki też nie miałem. Nawet o patyk byłoby trudno bo parki i lasy zamknęli. Myślałem raz, czy się nie przekraść na ukradkowy spacer, ale zabawa w kotka i myszkę z gajowym Gugałą to chuj nie relaks.
  Minister z brodą zmienił dziś zdanie i powiedział, żeby jednak nosić maseczki. Fantastycznie. Moja dostawa „masek 100% skutecznosc” spod Iwanofrankowska opóźniała się. Kilkakrotnie ponaglałem niesolidnego sprzedawcę, aż w końcu wystawiłem mu takiego sążnistego negatywa, że mu w pięty poszło. Dopiero wtedy doczekałem się odpowiedzi. „Іди в сраку.” Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć cyrylicę z czasów nauki w podstawówce. I...d...ź... w... s...r...a.. O, ty łobuzie!
  Z oburzenia aż dech mi zaparło i przez chwilę zastanawiałem się, czy krwioletowicy od tego nie dostałem, ale pięćdziesiątce z pieprzem mi przeszło. Musiałem sobie radzić inaczej. W internecie mnóstwo porad, jak uszyć samemu maseczkę. Co za fantazje! Tak jakby każdy trzymał w domu igłę i nitkę i jeszcze potrafił coś z tym zrobić. Nie, nie dam sobie wmówić, że prawdziwy mężczyzna potrafi przyszyć sobie guzik. Jak mi guzik odpadnie, to wyrzucam koszulę. W moich heteroseksualnych żyłach płynie burbon, nikotyna i cholesterol z krwistych steków, nie będę wzroku tracił nad jakimś babskim ścibieniem. Wyciągnąłem z komody starą maseczkę antysmogową bez filtra i wypchałem ją swoimi bardzo męskimi gaciami. Nie dało się w tym oddychać, ale czułem się trochę chroniony, a majtki prawie nie wystawały.
  Wracając z małej wyprawy do Żabki po najpotrzebniejsze produkty (fajki, piwo, nutella, pieprz do wódki i te takie dropsy w śmiesznej tubce, które wypadają, jak się naciśnie dyspenser), natknąłem się na Huberta, patriotycznie wzmożonego sąsiada z góry. Właściwie codziennie kogoś spotykałem, czy nikt z mojego bloku nie traktował tej kwarantanny poważnie?! Hubert trzymał pod pachą jeden z tych judeosceptycznych periodyków, co sam wcześniej nabyłem, choć w odróżnieniu ode mnie nie wydawał się z tym szczególnie kryć.
  – Czołemwielkiejpolsce – przywitał się z taką naturalnością, z jaką inni mówią „siema”.
  – Mmhohemm – odparłem, bo co miałem zrobić.
  – 5G – oświadczył niepytany, stukając palcem w gazetę. – Zawsze mówiłem, że tak będzie. Krwioletowica, czy jak tam ją inżynierowie śmierci nazwali, to oczywisty efekt promieniowania 5G.
  – Mmahe eho ewhe mihme mema.
  – Co? Weź zdejm, Czaro, tę pedalską maseczkę, bo brzmisz jak jakiś ciapak.
Westchnąłem i rozczepiłem rzep, pilnując, żeby gacie nie wyleciały na ziemię.
  – Powiedziałem, że tego jeszcze nigdzie nie ma.
  – Czego?
  – No, 5G.
  – Ale będzie. I po to jest ten wirus, żeby przykryć skutki jego wprowadzenia. Rząd światowy chce nas zatruć falami elektromagnetycznymi.
  – Sieć 5G wywołała chorobę, żeby odwrócić naszą uwagę od chorób, jakie wywoła?
  – Spisek! – wrzasnął, opluwając gazetę. – I szpiegostwo. Jak powiedział Stalin, żeby wygrać bitwę, potrzeba setek tysięcy żołnierzy, ale żeby zwycięstwo poszło na marne, potrzeba paru szpiegów.
  – Jaką bitwę...?
  – O Prawdę, naiwniaku. Chcą cię zniewolić, ogłupić, zamienić w bezmózgiego arbeitera.
  – O Boże, kto?
  – Eskimosi. – Mrugnął porozumiewawczo. – I ich popychadła: Gatesy, Sorosy, Tuski. Wcisnęli ci tę maseczkę, która tak cię przed niczym nie chroni. To zmowa korporacji, żeby sprzedać ludziom gówno, którego nie potrzebują.
  – Nie kupiłem jej teraz, to moja maseczka antysmogowa.
  – Ha! Co ty, Czaro, dziecko? W smog wierzysz? Może jeszcze w efekt cieplarniany? – zakpił.
  – Chyba mylisz efekt cieplarniany z globalnym ociepleniem...
  – Żadnego smogu u nas nie ma, a poza tym to Niemcy go napędzają wiatrakami ze swojej strony granicy.
  – Nie rozumiem, to jest, czy go nie ma...?
  – Zamach! – zawył. – Nie ma człowieka, nie ma problemu, mawiał towarzysz
Stalin.
  Zawsze zastanawiała mnie słabo skrywana fascynacja, jaką tzw. środowiska niepodległościowe żywiły dla totalitarnego komunizmu. Płomienny, acz nieco spóźniony antykomunista Hubert zdawał się przywoływać te wszystkie cytaty ze Stalina z jakimś osobliwym rodzajem szacunku.
  – Weź, stary, wywal to i zaczerpnij pełną piersią naszego cudownego, polskiego powietrza – powiedział z nagłym rozrzewnieniem. – Tego prastarego, lechickiego aromatu wolności, którym oddychali przed tobą bohaterowie: Kościuszko i Piłsudski, Dmowski i Piasecki, Kapitan „Bury” i Major „Łupaszko”... – zaszkliły mu się oczy.
  Aromat wolności woniał podejrzanie jak kupa Fafika, gdyż staliśmy obok krzaku bzu.
  – Wiesz, kto tego wirusa roznosi? – Hubert zniżył głos do nienawistnego warkotu. – Feminazistki, które spółkują z czarnuchami w modnych klubach. Ględzą o dyskryminacji i opresji, a tak naprawdę tylko czarny kutas im w głowie. I w dupie. A potem zarażają białych mężczyzn, którymi gardzą. To przypadek, że umiera więcej mężczyzn niż kobiet? To chytry plan lesbijek, żeby nas wytępić, a tych, co nie umrą, zdominować i rządzić nimi.
  – Lesbijkom czarny kutas w głowie?
  – Wszystko dla idei! Idee są potężniejsze od karabinów, jak mówił...
  – Tak, domyślam się kto. Ja tam czytałem, że więcej mężczyzn umiera, bo prowadzą niezdrowy tryb życia. – Pomyślałem o zawartości swojej reklamówki.
  – Niezdrowy! Ha! A co, mamy jeść jarmuż – wymówił ostatnie słowo tonem kapiącym od pogardy.   – Czy ty wiesz, co to zdrowie? Zdrowie to dusza patriotyczna i niezłomna. Zdrowie to umysł nieprzemakalny na lewacką homopropagandę i syjonistyczny gebelsizm. Zdrowie to ciało hartowane na rajdach ku czci wyklętych. – Spróbował wciągnąć wystający spod koszulki brzuch, z połowicznym sukcesem. – Nie mów mi o zdrowiu, bo jedyne lekarstwo, jakiego potrzebuję, to czerwona pigułka. Ale ty oczywiście pewnie czekasz na szczepionkę?
  – Tak – westchnąłem, wiedząc, że to pułapka.
  – Otwórz oczy! To wszystko spisek koncernów farmaceutycznych. Wierzysz, że jakaś nowa choroba pojawiła się tak znienacka? Najpierw opracowali i wypuścili wirusa, potem sprzedadzą za ciężkie pieniądze szczepionkę. Geszeft jest geszeft, dziadek Mosze byłby dumny.
  – To... to kto w końcu chce nas pozarażać, rząd światowy, korporacje czy feministki?
  – Dokładnie! – ryknął. – Ja żadnego świństwa od nich nie przyjmę, syna też zaszczepić nie dam.
  – O, spotykasz się z kimś?
  – ...to nie jest tematem rozmowy.
  – Jasne... Słuchaj, muszę iść, bo tę... zupę zostawiłem na gazie.
  – Pamiętaj, to Oni za wszystko odpowiadają! Nie bądź lemingiem! Myśl samodzielnie, tak jak ci mówię!
  Obiecałem solennie, że będę się miał na baczności i zostawiłem go dłubiącego w uchu i mamroczącego coś o „zmowie” i „zdradzie”.
  Po całym bloku niosło się pukanie, stukanie i wiercenie; przynajmniej pięciu sąsiadów stwierdziło, że kwarantanna to idealny czas na remont. W powietrzu unosił się drażniący pył i smród akrylu, na półpiętrach stały worki z cementem i wiadra farby. W mieszkaniu otworzyłem okna, po czym zamknąłem okna, bo było jeszcze gorzej. Wyciągnąłem telefon i sprawdziłem SMS-y; przyszedł newsletter od pizzerii, z którego cały czas zapominałem się wypisać.
  „Pizza Kondominos. Super promocja na kwarantannę, zamów online 2 pizze w cenie 1 z kodem EPIDEMIA. Bezkontaktowa dostawa!”
  Ta, żeby mnie do niej jakiś gorączkujący kucharz nachyrchlał czy mściwy dostawca napluł. Czy może ją mi „bezkontaktowo” teleportujecie prosto z pieca? Będziecie musieli się bardziej postarać z tą promocją zanim podejmę ryzyko. Miałem dzień wolny, więc uwaliłem się na kanapę i zagłębiłem w lekturze „Wichrowych Wzgórz”. Och, ileż ten biedny Heathcliff wycierpiał!
  W pewnym momencie musiałem przysnąć, bo do przytomności przywróciło mnie buczenie telefonu. Julita? Dziwne... Odebrałem.
  – Ha...halo?
  – Halo, Czarek? Tu Julita.
  – Tak, wiem...
  – Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czy mógłbyś do mnie zajrzeć? Mam mały problem i potrzebuję pomocy...
  – Eee, tak, jasne, pewnie. – Przetarłem oczy. – Teraz?
  – Jakbyś mógł. Nie musisz brać maseczki.
  Nie musiałem brać maseczki? Trochę mnie to zdziwiło, ale tym lepiej. Wypchana bielizną nie nadawała się do interakcji społecznych; szczerze mówiąc, ledwo do czego się nadawała.
  Ogarnąłem się szybko, przegryzłem dropsa i zszedłem trzy piętra niżej do Julity. Pod drzwiami leżał foliowy worek, pewnie ze śmieciami. Zapukałem; po chwili uchylił się wizjer i dobiegł do mnie lekko stłumiony głos sąsiadki.
  – Hej, otwórz worek na wycieraczce.
  – Okej...
  Zajrzałem do foliowej torby – była tam świeża maseczka chirurgiczna, opakowanie lateksowych rękawiczek, gogle, ochraniacze na buty i mała butelka odkażacza.
  – Zdezynfekuj się i załóż to wszystko, proszę.
  Zerknąłem na drzwi; klapka wizjera była wciąż otwarta, a za nią mrugało rybie oko Julity. Poczułem się jak w „Milczeniu owiec”. It rubs the lotion on its skin...
  Po spełnieniu przez mnie wszystkich wymogów bezpieczeństwa rozległ się trzask czterech zamków, drzwi rozwarły się na oścież i dostąpiłem zaszczytu wejścia do środka.
  Nigdy wcześniej nie byłem w mieszkaniu Julity, ale miało taki sam układ jak to wynajmowane przez Sarę i Milę – niewielki pokój dzienny z dwoma sypialniami i ślepą kuchnią; w odróżnieniu od staroświecko urządzonego lokalu dziewczyn, u Julity kuchnię połączono z salonem, więc całość robiła wrażenie przestronniejszej. Duży pokój był skąpo umeblowany i nieskazitelnie czysty. Na śnieżnobiałych ścianach wisiało kilka trudnych do zidentyfikowania obrazów, na kredensie stała taca ze sztucznymi owocami. Rzucał się w oczy brak telewizora; w jego miejsce było spore, zarośnięte podwodną roślinnością akwarium. Przez uchylone drzwi jednej z sypialni widziałem starannie zasłane łózko z kapą i... czy to była kolekcja porcelanowych lalek?
  – Przepraszam za chaos. – Julita poprawiła poduszkę na sofie i przekręciła leżący na szklanym stoliku magazyn. – Zaproponowałabym ci coś do picia, ale... – wskazała przepraszająco na maseczkę. Sama też miała na sobie gogle i rękawiczki, a do tego płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem.
  – Spoko. Rybki się pochowały? – spytałem, pochylając się nad akwarium.
  – Och, nie, to akwarium typu holenderskiego, same roślinki. Nigdy nie męczyłabym ryb w tak małym akwenie.
  – Eee, same wodorosty, tak? No... gustownie. To w czym potrzebujesz pomocy?
  – Mój komputer się popsuł albo ma jakiegoś wirusa czy coś. Pomyślałam, że może się znasz, bo... tak trochę wyglądasz. Mógłbyś rzucić okiem? Leży koło okna.
  – Ja...jak ja wyglądam? – zapytałem niepewnie, poprawiając okulary i odruchowo wygładzając flanelową koszulę.
  – No wiesz... – Zrobiła nieokreślony gest ręką, unikając kontaktu wzrokowego.
  Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale podszedłem do biurka, na którym leżał laptop.
  – Stój! Pająk! Pająk. Pająk.
  Posłusznie się zatrzymałem, wytężając wzrok, ale nigdzie nie dostrzegłem żadnego pajęczaka. Julita okręciła się wokół własnej osi, dała susa do kuchni, wyciągnęła z szafki wielki sprej na owady i szufelkę, wyminęła mnie, mrucząc pod nosem „pająk pająk”, i psiknęła pod parapet. Dusiła ten przycisk przez dobre pięć sekund, aż zacząłem się krztusić pomimo maseczki. Wreszcie zgarnęła na szufelkę jakąś mikroskopijną czarną kropkę i wyrzuciła ją za okno.
  – No – odetchnęła z poczuciem dobrze wykonanej misji.
  – Pająki są pożyteczne, wiesz? – zauważyłem. – Zjadają insekty i w ogóle...
  – I co w ogóle?
  – No... w sumie to tylko tyle robią... A nie wystarczy?
  – W moim domu nie ma i nie będzie ani owadów, ani innego obrzydlistwa. Sama sobie poradzę, dziękuję bardzo.
  Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na biały laptop. O w mordę, przecież to nie komputer, to Mac.
– To Mac – powtórzyłem na głos.
  – Oczywiście, że to Mac. Przecież wiesz, gdzie pracuję. W agencji reklamowej musimy używać Maków, to jest w naszym katechizmie.
  – Hmmm, ale ja się za bardzo nie znam na Makach... – podrapałem się w zakłopotaniu po potylicy.
  – Ach. Przepraszam więc, miałam nadzieję... Zazwyczaj proszę o pomoc kolegę, ale dzisiaj nie mógł przyjechać, bo umarł na krwioletowicę.
  – Co takiego?!
  – No mówię, umarł na krwioletowicę. Trzecia ofiara PBF w Polsce, oczywiście musiało się to mnie przytrafić – fuknęła z ponurą irytacją.
  – ...tobie?
  – Myślisz, że śmierć w moim otoczeniu pozytywnie wpływa na moją psychikę? Młody facet, bez chorób współistniejących, to tylko potwierdza, że każdego z nas może to spotkać. Aż musiałam lekarza o clonazepam poprosić, tylko nie wiem, jak wykupię, bo pod aptekami ustawiają się kolejki pokasłujących staruchów. Czekam na hazmat suit z Alibaby, powinien niedługo przyjść, zamówiłam go miesiąc temu.
  – Miesiąc...? To na dwa tygodnie przed pierwszym zachorowaniem – wykrztusiłem, próbując ogarnąć wszystko naraz.
  – No. A co, nie miałam racji? – zapytała niemal z tryumfem w głosie. – Dobrze, słuchaj, przepraszam, że cię na próżno ściągałam...
  – Czekaj, też mam kolegę, fana Maków. Zadzwonię do niego, może coś nam podpowie. – Wciąż trochę oszołomiony wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Daniela.
  Powiedzieć, że Daniel był fanem Maków, to nic nie powiedzieć. W odróżnieniu od typowych Apple-zombich, Daniel był z firmą od zawsze, na dobre i na złe: od pionierskich dni Apple II i czarno-białego Macintosha, przez chude lata 90., aż po białe słuchawki Steve'a Jobsa i złote czasy naciągania ludzi o przeroście dochodów nad zdrowym rozsądkiem na sprzęt dwa razy droższy od konkurencji, ale za to z niczym niekompatybilny. Za równowartość zgromadzonych przez Daniela macbooków, iphone'ów, i ipadów można by wykarmić somalijską wioskę przez dwa lata. Poza tym, co rzadkość, koleś się na tej całej szarlotce autentycznie znał, więc jeśli ktoś mógł nam pomóc, to właśnie on.
Po kilkunastu sygnałach w słuchawce odezwał się jakiś dziwnie zapłakany głos Daniela.
  – Halo...?
  – Halo, siema, stary, słuchaj, jestem u koleżanki i mamy problem z jej macbookiem... – Otworzyłem laptopa i nacisnąłem parę klawiszy. – Powiem ci, co się dzieje, to może nam doradzisz...
  – Co się dzieje...? Co się dzieje...? Nikt nie wie, co się dzieje! Nikt!!! O tempora, o mores – załkał kumpel.
  – Tem...tempura? O czym ty mówisz?
  – Nie słyszałeś? Wirus! Straszny wirus!
  – No tak, wirus, z Indii – powiedziałem powoli, zastanawiając się, czy Daniel nie postradał zmysłów.    – Dobrze się czujesz? Trzeba wezwać pogotowie?
  – Nie pogotowie, karawan! Do moich ukochanych jabłuszek...Mój iMac, mój Mac Pro, mój MacBook Air, mój iPhone 11 Pro Max...
  – Ale co się stało?
  – Nie żyją – zaszlochał. – Wszystkie nie żyją. Wszystkie komputery, wszystkie telefony, tablety, wszystkie produkty Apple na całym świecie nagle przestały działać. Umarły. Jak jakiś globalny wirus albo czarna magia... Nie oszczędziło nawet smartwatchy, nawet ipodów, nawet starusieńkich power maków. To koniec! Koniec wszystkiego, co piękne, wszystkiego, co wzniosłe, co szlachetne...
  – Fabryki Apple zatrudniają chińskie dzieci do produkcji smartfonów – nadmieniłem cierpko.
  – Oszczerstwo! – wydarł się do słuchawki. – To wina podwykonawców! Ach, zresztą, jakie to ma już dziś znaczenie? To Armageddon, Ragnarok, zmierzch ludzkości...
  – Ale... jeżeli twój iphone nie działa, to jak teraz ze mną rozmawiasz?
  – Przez saaamsuuungaaa – rozryczał się na całego.
  O, Boże. Zerknąłem na Julitę i pokręciłem głową. Daniel dalej coś bełkotał, mogłem tylko potakiwać.
  – Aha. Aha. Tak. Rozumiem. Aha. Bardzo mi przykro. Jestem z tobą. Tak. Tak, wiem, ze teraz nic nie ma znaczenia, ale może zamów sobie pizzę, jest taka promocja... Nie, dziękuję, nie wsadzę jej sobie w... Nie, nie nienawidzę cię, wybaczam ci. Słuchaj, połóż się... połóż się, spróbuj zasnąć. Tak, wiem, że to nie zły sen, ale postaraj się odpocząć. Zadzwonię jutro. Tak na samsunga, bardzo mi przykro... Możemy przez Skype'a... tak, wiem, że to teraz Microsoft. Po prostu się połóż, ok? Cześć, trzymaj się.
  Odwróciłem się do sąsiadki, która patrzyła na mnie pytająco.
  – Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie. Kolega mówi, że wszystkie komputery Apple przestały działać.
  – Och, hm. To znaczy, że nikt w agencji nie będzie mógł pracować, nie tylko ja. – Maseczka na jej twarzy poruszyła się, jakby zrobiła jakiś grymas, którego nie byłem w stanie rozszyfrować.
  – Wszyscy u was pracują na Makach?
  – Wszyscy kreatywni. W księgowości i kadrach mają pecety, bo słyszałam, jak szef mówił, że poważni pracownicy muszą mieć prawdziwe komputery, cokolwiek to znaczy. – Wzięła się pod boki i wygięła brwi w łuk, jakby występowała w starym sitcomie.
  Zaczęło mi się robić nieswojo, więc pożegnałem się i opuściłem to dziwne miejsce. Po stronie plusów zapisałem fakt, że mogłem zatrzymać jednorazową maseczkę, którą zamierzałem prać codziennie. Po drugiej stronie... ech, chyba też powinienem położyć się do łóżka i spróbować przespać tę całą głupią pandemię.
  Tej nocy śniła mi się olbrzymia pizza z hamburgerami, spaghetti i kebabowym brzegiem. Pulchne klopsiki i połyskliwe oliwki pieściły mój wzrok, moje nozdrza drażniła zmysłowa mieszanka oregano, musztardy i ostrego sosu. Jednak ilekroć próbowałem zatopić zęby w tej uczcie, ktoś mi ją usuwał spod nosa. Płakałem, szarpałem, błagałem, ale nie dane mi było nawet polizać. Na granicy pola widzenia majaczyły groźne sylwetki, kołysały się pejsy i krawaty, rozbrzmiewały ponure inkantacje w starolesbisjkim. Mroczne siły tego świata sprzysięgły się, bym już nigdy nie zaznał smaku niczego lepszego od mrożonej fasolki.
  Obudziłem się zlany potem i zwinięty w pozycji płodowej zjadłem zawartość całej tubki dropsów ze śmiesznym dyspenserem.


sobota, 2 maja 2020

Dzień 10


Dzień 10
198 przypadków

  Z nerwów dostałem obstrukcji, więc miałem dużo czasu na czytanie gazet, które nabyłem. Dowiedziałem się z nich, że pandemia to syjonistyczny spisek mający na celu wygubienie chrześcijan, a w Indiach zaczęli dla niepoznaki. To na dokładkę do uchodźców, których żydomasoneria nasłała na Europę, by się z nami zmieszali i stworzyli podrasę, którą będzie sterować finansjera z Tel Awiwu i Nowego Jorku. Ponadto ze zdziwieniem odkryłem, ilu jest w Polsce zakamuflowanych Żydów, o których nie miałem pojęcia. Nie dość, że pół rządu i trzy czwarte opozycji, to jeszcze ta znana aktorka z tego serialu, ten słynny reżyser i większość moich ulubionych pisarzy. Przerażająca wizja macek resortowej żydokomuny oplatającej kraj sprawiła, że puściły mi w końcu zwieracze. Uroniwszy łezkę za Wielką Lechię, podtarłem się artykułem o chemicznych smugach kondensacyjnych, wymyłem ręce i zdezynfekowałem moim wiernym odkażaczem. Zamknąłem drzwi wejściowe na łańcuch i wyjrzałem zza firanki, czy aby nie idą judejscy roszczeniowcy, restytuować sobie moje mienie. Co prawda mieszkałem w wielkiej płycie, ale nigdy nic nie wiadomo.
  Czułem, że dla zdrowia psychicznego powinienem przerzucić się na prasę kolorową, ale te kartki w „Chwili dla Ciebie” czy Tele Tygodniu” były takie nieprzyjemnie śliskie i lichej jakości... Chyba zacząłem dostawać rozstroju nerwowego.
  Trudno mi było mym prostym rozumem faceta, w którego ponadtrzydziestoletnim życiu nie wydarzyło się nigdy nic bardziej katastroficznego od pękniętej prezerwatywy, ogarnąć prędkość wydarzeń ostatnich dni. Czułem się jak Ferdek Kiepski w tym odcinku, w którym odkrywa, że zaczyna się starzeć i wszyscy wokół niego poruszają się w przyspieszonym tempie, a on stoi jak ta gapa. To tak jakbyś chciał usiąść na kanapie i zorientował się, że nie tylko ktoś ci ją usunął spod tyłka, ale jeszcze zburzył dom, a na jego miejscu wybetonował plac zabaw i właśnie usiadłeś dupą na karuzeli.
  Jeszcze dwa miesiące temu cała ta epidemia działa się gdzieś za wielką wodą, wśród nie-białych ludzi. Miesiąc później była już w Europie, ale wciąż z dala od naszej spokojnej prowincji; Mediolan, Lombardia – to dla człowieka, który ostatnio najdalej był w Mysiadle, bo zasnął w autobusie nocnym, nazwy tak egzotyczne jak Kuala Lumpur czy Maui. Tydzień temu pojawił się wreszcie u nas, więc pomyśleliśmy: „OK, teraz trzeba myć ręce przez 20 sekund i rozejrzeć się za alternatywami dla papieru toaletowego”. A potem wypadki potoczyły się lawinowo – pierwsze ofiary śmiertelne, zamknięte biura, zamknięte szkoły, zamknięte supermarkety, zamknięte lasy, ludzie mają gremialnie siedzieć w domach i oszczędnie dawkować zupki chińskie. A teraz jeszcze Krzysztof Ibisz. Jeśli nawet człowiek pokroju pana Krzysztofa Ibisza złapał krwioletowicę, to znaczy, że każdy z nas może może złapać krwioletowicę, to już nie abstrakcja. To ujmujące nas za mosznę lodowate palce rzeczywistości.
  Jak coś takiego może się dziać tu, w Pierwszym Świecie, w Unii Europejskiej, w Polsce, a co najważniejsze – w MOIM życiu? Nasz kraj może bidny, pochmurny i paździerzowy, ale ma swoje zalety: nie ma trzęsień ziemi, tsunami, wulkanów, malarii, muchy tse-tse, skorpionów, czarnych mamb i czarnych wdów, terrorystów, separatystów, nawet gangsterzy już w większości na emeryturze. Jest nudno, ale przewidywalnie; niewytwornie, ale przytulnie i swojsko jak w garnku z bigosem. Tak lubimy i nie chcemy tego zmieniać. Niech sobie na febrę i gorączkę nilową umierają kolorowi gdzieś daleko w tropikalnym buszu. Niby też ludzie, ale przecież wszyscy czujemy, że tak w sumie nie do końca. To jak z tymi kilkudziesięcioma „Kanadyjczykami” w zestrzelonym przez Iran samolocie – po poskrobaniu okazuje się, że to Irańczycy z kanadyjskim paszportem, a więc tacy niezupełnie prawdziwi Kanadyjczycy, nie ci, których pra-pra-pradziad Jean-Philippe tłukł bobry w krzakach nad jeziorem Ontario i strzelał do Irokezów. Owszem, odbyła się rytualna żałoba nad „obywatelami kanadyjskimi”, ale czuć było między wierszami, że gdyby zamiast brązowawych imigrantów zginęła frankofońska wycieczka z Montrealu, to reakcja byłaby dużo silniejsza, a na Zatokę Perską mogłaby nawet wpłynąć fregata HMCS „Poutine” z arsenałem syropu klonowego i uprzejmości na pokładzie. Tak samo u nas, nawet Olisadebe był takim niby-Polakiem, strzelającą gole maskotką, a co dopiero zwykłemu kebabiarzowi Ahmedowi czy majtkarzowi Nguyenowi o polskości marzyć. Jeszcze ich dzieci i wnuki będą przyszywane, niepełne i choćby po polsku mówiły od urodzenia i lepiej od nas, to najgrzeczniejszym komentarzem, jaki usłyszą, będzie „pan to pewnie z daleka?” Z tego daleka, gdzie dzikusy strzelają do siebie ze starych kałachów i padają od jadu, trucizn, wirusów i bakterii. Całego tego syfu, który powinien był zostać tam na miejscu, tam daleko-daleko.
  Poza tym mamy przecież XXI wiek. Dżuma, ospa, polio – wszystko to przeszłość. Teraz mamy lekarstwa, sprzęt i wiedzę, żadna epidemia nie powinna nam być straszna. A tu jakaś żałosna grypa z zaszlamionego bazaru w dziczy rzuca na kolana cały cywilizowany świat. Gdzie szczepionka, ja się pytam? Gdzie pierdolona szczepionka?! Niech rządy sypną jajogłowym hajsu i niech ci wymyślą jakiś farmaceutyk, ale na jednej nodze! Jak słyszę, że szczepionka będzie za rok-półtora, to aż mnie skręca. Za jaki rok, ja chcę na zaraz! Ja żądam, ja się, kurwa, domagam!!! Czemu nie można w miesiąc? Mają te lśniące laboratoria, te doktoraty, te miliony dolarów, to w czym problem? Niech testują na bezdomnych, do czegoś się wreszcie przydadzą. Albo na Hindusach, to w końcu ich wina. Oni to gówno wypuścili w świat, niech teraz płacą. Ja chcę normalnie żyć, ja chcę wyjść na koncert albo do baru, chcę dotykać twarzy, chcę trzywarstwowego, tłoczonego rumiankowego papieru toaletowego. Nie chcę się już bać i myć trzy razy chleba pod bieżącą wodą. Żądam swojego cywilizowanego, zachodniego, nowoczesnego stylu życia z powrotem.
  Na ulicach obchodzę wszystkich szerokim łukiem, żeby na mnie nie nadyszeli swoim wirusem. Teraz o każdej porze można kogoś z psem na spacerze spotkać, dzieciaki nie chodzą do szkoły, to się szwendają po okolicy, rowerzyści nadjeżdżają znienacka, ciągnąc za sobą kondensacyjną smugę zarazków jak te chemtraile co według moich gazet Żydzi zrzucają z samolotów. Najgorsi jednak są joggerzy, ci przekonani o własnej zajebistości niewolnicy ruchu, którym by się świat zawalił, jakby te parę tygodni posiedzieli, kurwa, na kanapie. Biegnie toto, zieje, sapie, z otwartej gęby wyrzuca aerozol śliny i wirusów, wszystkich ma w dupie, wszystkich wkoło by zaraził, byle tylko wyrobić normę kilosów na apce. Robię uniki, odwracam głowę, a i tak mam wrażenie, jakbym był cały oblepiony kleistym choróbskiem.
  Pod blokiem jakieś zamieszanie, okazało się, że ktoś podpierdolił na policję pana Mariana z pierwszego piętra, że głośno kicha przez otwarte okno. Właśnie go, wierzgającego i protestującego paramedycy pakowali do karetki. Ratownicy byli zabezpieczeni jak stan naszej służby zdrowia pozwalał: jeden miał na twarzy okulary pływackie i maseczkę uszytą chyba ze starej piżamy; drugi mignął mi tylko przez chwilę, ale mógłbym przysiąc, że owinął sobie głowę foliową teczką na dokumenty. Sąsiedzi, najwyraźniej przekonani, że od kogoś niekichającego zarazić się nie można, stali w grupce i obserwowali scenę z obłudnym zatroskaniem skrywającym niezdrową fascynację cudzym nieszczęściem. Pani Petunia, z której domu katolicki głos dobiegał ostatnio głośniej niż zwykle, stała na balkonie i po chrześcijańsku pomstowała na „sodomię i gomorię”, ateistów, antychrystów i „leźbijki” z szóstego piętra, które Pan Bóg pokarze trądem, paraliżem i uschniętym sromem. Ktoś się zaśmiał, ktoś oburzył, pan Stefan poinformował wszystkich przejętym głosem, że do najbliższego wydania niedzielnej gazety dołączony będzie cudowny medalik Maryi Łaskawej, pani Krystyna potwierdziła, dodając, że i święty obrazek warto w oknie wystawić. Pan Wojciesław zapytał z przekąsem, czy trzeba jeszcze drzwi jagnięcą krwią skropić, ale go zakrzyczano, a pani Petunia spróbowała opluć z balkonu, mało co nie spadając we własne hortensje. Potem rozmowa zeszła na nową lokatorkę z ostatniego piętra, która podobno była pielęgniarką i pracowała w szpitalu gdzie, kto wie, może zwożono chorych na krwioletowicę, jak właśnie pana Mariana. Pani Grażyna oświadczyła, że kategorycznie sobie nie życzy, żeby „ktoś taki” chodził po tej samej klatce schodowej co ona, jeździł tą samą windą i rozsiewał wszędzie to paskudztwo, co pewnie z pracy przyniosła. Pan Janusz próbował ją mitygować, że statystycznie, matematycznie, szanse na zarażenie są znikome, ale większość osób poparła głośno jego żonę. Zapachniało linczem; gdybym miał choć trochę kręgosłupa, stanąłbym w obronie tej pielęgniarki, ale tylko wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i przepchałem się do wejścia.
  W domu zmieniłem ubrania, a buty wystawiłem za drzwi, pomny SMS-a od Julity z życzliwą informacją, że wirus utrzymuje się na podeszwach nawet do 24 godzin. Po wymyciu rąk zacząłem metodycznie przemywać spirytusem wszystkie zakupy. Dziwne, że nigdy wcześniej o tym nie myślałem, przecież kładziemy te wszystkie produkty spożywcze razem w lodówce, potem tą samą ręką dotykamy sera czy wędliny jak i słoika dżemu oślizgłego od miliarda różnych bakterii albo opakowania chipsów, na które ktoś nacharkał ebolą. Oczywiście teraz tą samą ręką dotykałem najpierw nieodkażonego produktu, potem ręcznika ze spirytusem, potem drzwi od lodówki, potem znów spirytusu, potem plecaka, potem stołu – mikroby mogły być już wszędzie. Poza tym jak długo i jak dokładnie trzeba było przecierać opakowanie jogurtu, żeby je odkazić? Czy mam już wirusy na włosach? Czy jeśli dotknę skażoną ręką kurtki, potem spodni, potem umyję ręce, ale dotknę spodni, potem się podrapię po policzku, to umrę? Zacisnąłem oczy i pucowałem butelkę po butelce chmielowego uspokajacza, starając się nie myśleć. Myślenie tylko szkodziło.
  W tle grało, a raczej gadało radio. Pan premier przekonywał głosem mężnym i stanowczym, że jesteśmy zwarci i gotowi do walki, nie oddamy ani guzika i że w ogóle idzie nam świetnie i w tej walce wyprzedziliśmy już Europę i pół świata. Testów u nas robi się bardzo dużo, a że mniej niż wszędzie indziej to dlatego, że więcej nie potrzeba, bo Polacy to naród północny i, jak wszystkim wiadomo, zahartowany w bojach z grypą i anginą. Nasze organizmy po prostu radzą sobie z infekcjami lepiej niż ciepłolubnych mięczaków z południa. Minister z brodą chwalił lekarzy i personel medyczny za zaangażowanie i poświęcenie, tylko poprosił, żeby się nie odzywali. Poprosił za pomocą rozporządzenia. Szczyt zachorowań dopiero przed nami, więc lekarze i pielęgniarki powinni rzucić wszystkie siły na szaniec walki z krwioletowicą, a nie mleć językiem po mediach i to zwłaszcza tych podejrzanie nieprzychylnych. Za niesubordynację mogą czekać ich konsekwencje służbowe, nawet w postaci obcięcia premii. Na sugestię dziennikarzy, że w państwowy personel medyczny chyba nie dostaje premii, pan minister bardzo się zdziwił, bo on jest z zawodu lekarzem i premię pobiera co miesiąc. W tym momencie konferencja została zakończona, więc nie dowiedziałem się ile i za co konkretnie pan minister dostaję premię, ale mogę sobie wyobrazić, że za piękną brodę i te oczy podkrążone.
  O zachodzie słońca wyszedłem na mojego kojącego nerwy papieroska. Wieczór był ciepły i jakoś tak nieprzystająco optymistyczny. Zaczynały kwitnąć bzy, między blokami obijał się krzyk pierwszych powracających z zimowiska jerzyków. Na drzwiach wejściowych do bloku naklejono obwieszczenie informujące, iż rada osiedla organizuje walne zebranie w celu przedyskutowania reguł „social distansingu”. Pan Czesław właśnie mówił do pana Stefana, że to pewnie o tych imigrantów chodzi, co do nas przyjeżdżają tylko po socjal i na dansingi, polskie dziewczyny bałamucić. Wyminąłem sąsiadów i odszedłem na bezpieczną odległość, rozkoszować się moją nikotyną w spokoju. Azaliż pod krzakiem bzu ujrzałem jakiegoś pochylonego w pół zażywnego jegomościa, którego rozpoznałem nie tyle po przetartym siedzeniu sztruksów, co po głosie.
  – Fafik! Noż, Fafik, cholero ty!
  – Panie Bronku?
  – Uszanowanie, panie Czarku. No wlazła cholera w krzaczory i wyliźć nie chce. – Pan Bronek wyprostował się z trudem i stęknięciem. – Chyba mu się udziela atmosfera, jak to mówiom. Wstydliwy się jakiś zrobił, strachliwy. Dobra, tam se sraj, jak musisz! Pan kopsnie fajeczkie, panie somsiad, pustom paczkie w kurtkie wziąłem.
  Kopsnąłem, ognia użyczyłem i puściliśmy sobie zgodnie dymka, zapatrzeni w krzew bzu, pod którym Fafik załatwiał interes. Po otaczającej pana Bronka aurze i poczerwieniałym nosie poznałem, że nie żałuje sobie swojego lekarstwa.
  – No i patrz pan, jednak kwarantannę nam zasolili – odezwał się od niechcenia. – Mówiłem, żeby tego letko nie traktować, bo się jeszcze możem nogamy nakryć. I co, łazisz pan do roboty czy tkwisz w chałupie i na łonlajnach robisz?
  – Na łon... online, znaczy, tak. A jak tam u pana z pracą? Przestój?
  – No, fuszek trochu mniej, nie powiem, przerzedziło się. Ale zupełnego zastoju w interesie tyż ni ma. Hydraulik, wiesz pan, jest jak lekarz – takoż profesja niezbędna, choć nie zawsze pierwszej potrzeby. Jak panu kranik cieknie, to się pan możesz parę tygodni wstrzymać z wizytom, ale jak kolanko puści, to nie ma przebacz, trza walić do specjalisty.
  Obok przeszła roześmiana grupka nastolatków, wśród nich Adrian, syn Nowaków z piętra wyżej. Ukłonił się nawet i dobry wieczór nam powiedział, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, kątem oka dostrzegłem jak pan Bronek spurpurowiał na twarzy.
  – Do domu!!! – ryknął jak niedźwiedź. – Kwarantannę uskuteczniać! Co to za włóczęgi, o zakazie zgromadzeń nie słyszeli? Rodzice wiedzom, że się tak razem szwendacie? Żebym ja im nie powiedział, wszystkich was tu znam, młokosy. I co się tak gapicie jak Żyd na chałkie? Won mnie stond w te pędy!
  Dzieciaki stały przerażone i zbaraniałe, popatrzyły na siebie, popatrzyły na mnie, ale że też zrobiłem groźną minę, to się potulnie rozeszły, każde w swoją stronę. Pan Bronek oddychał ciężko przez chwilę, otarł czoło i strzepnął zamaszystym ruchem papierosa.
  – Gówniarzeria bezmózga. Jak se wcześniej nad rzeczkie na spacer poszłem, to tam całe tabuny tych szczeniaków siedzom. Młodsze, starsze, jedne to się nawet z piwskiem specjalnie nie kryjom i te swoje hipisowskie świństwo jarajom. No normalnie się pętakom w dupach poprzewracało i myślom, że wakacje majom. Na co dzień nie idzie ich z domu wygonić, żeby se w piłkie pograli czy kota poganiali jak za moich czasów, tylko nad tym srajfonami siedzom, blade i miętkie. Wiem, bo wnuka mam. Ale jak im raz pan powiesz, że kwarantanna, że izolacja, żeby se w swojem pokoju troszku posiedzieli, to nie! Akurat wtedy muszom smarkacze zrobić naprzeciw i wyjść się spotkać ze swoimi głupimi, małymi przyjaciółmi. Muszom, bo się, kurwa, uduszom. A potem przyniesom do domu to wirusisko, matkie rodzicielkie zarażom, łojca dobrodzieja zarażom albo babkie seniorkie, co z racji wieku w grupie najwyższego zagrożenia kojfnięciem się znajduje. I wtedy to płacz bydzie i zgrzytanie zębów. Na miejscu rodziców to bym baczniej zafajdańców pilnował i pas puścił w ruch, jakbym przez okno ze znajomkami obaczył.
  – Albo pod kluczem trzymać...
  – Alibo pod kluczem trzymać, słusznie, panie Czarku. Nie rozbrabniać się z tałatajstwem.
  – Bo rozpuszczona ta dzisiejsza smarkateria. Bezstresowo chowana. Dzieciaki od małego potrzebują dyscypliny, a nie „projektu dziecko”. Balet, pianino, lekcje chińskiego w przedszkolu, a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że żadnych wartości im nie wpojono. Nie to co kiedyś. Jak mnie ojciec na sylwestra sprał to do Wielkanocy jak w zegarku chodziłem.
  – O to, to, dobrze pan prawisz. Na mnie staruszek nieboszczyk nigdy ręki nie podniósł, bo wiedział, że ciężkom ma od roboty w hucie Lenina. Ale za to matula to mnie potrafiła złoić aż fyrgało. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. – Moresu mnie to nauczyło. Ale teraz, panie, ponoć bachorowi nawet klapsa nie można zasadzić, bo na kolegium pana podadzom. Upadek obyczajów.
  – Upadek. I rozkład.
  – Rozkład, proszę pana i zepsucie.
  Pokiwałem głową, pan Bronek pokiwał głową i tak dopaliliśmy papierosy milcząco zjednoczeni w potępieniu degrengolady czasów obecnych.