Dzień 13
553 przypadki
Lina. Lina okrętowa
namoczona w morskiej wodzie. Tak podobno podcierali się żeglarze.
Takie śmieszki-heheszki można przeczytać w internecie. Wcale nie
było mi do śmiechu. Nie miałem w domu nawet kawałka sznurka. Poza
tym dlaczego w ogóle to rozważałem, co za durna idea. Równie
dobrze mógłbym użyć tej szczeciniastej szczotki, co stoi obok
sedesu. Uczucie pewnie zbliżone do wcierania soli w odbyt. Rzymianie
z kolei wykorzystywali w tym celu gąbkę na patyku. Gąbka to
zupełnie inna rozmowa, mięciutka i chłonna. Gąbki też nie
miałem. Nawet o patyk byłoby trudno bo parki i lasy zamknęli.
Myślałem raz, czy się nie przekraść na ukradkowy spacer, ale
zabawa w kotka i myszkę z gajowym Gugałą to chuj nie relaks.
Minister z brodą zmienił
dziś zdanie i powiedział, żeby jednak nosić maseczki.
Fantastycznie. Moja dostawa „masek 100% skutecznosc” spod
Iwanofrankowska opóźniała się. Kilkakrotnie ponaglałem
niesolidnego sprzedawcę, aż w końcu wystawiłem mu takiego
sążnistego negatywa, że mu w pięty poszło. Dopiero wtedy
doczekałem się odpowiedzi. „Іди в сраку.” Zmarszczyłem
brwi, próbując sobie przypomnieć cyrylicę z czasów nauki w
podstawówce. I...d...ź... w... s...r...a.. O, ty łobuzie!
Z oburzenia aż dech mi
zaparło i przez chwilę zastanawiałem się, czy krwioletowicy od
tego nie dostałem, ale pięćdziesiątce z pieprzem mi przeszło.
Musiałem sobie radzić inaczej. W internecie mnóstwo porad, jak
uszyć samemu maseczkę. Co za fantazje! Tak jakby każdy trzymał w
domu igłę i nitkę i jeszcze potrafił coś z tym zrobić. Nie, nie
dam sobie wmówić, że prawdziwy mężczyzna potrafi przyszyć sobie
guzik. Jak mi guzik odpadnie, to wyrzucam koszulę. W moich
heteroseksualnych żyłach płynie burbon, nikotyna i cholesterol z
krwistych steków, nie będę wzroku tracił nad jakimś babskim
ścibieniem. Wyciągnąłem z komody starą maseczkę antysmogową
bez filtra i wypchałem ją swoimi bardzo męskimi gaciami. Nie dało
się w tym oddychać, ale czułem się trochę chroniony, a majtki
prawie nie wystawały.
Wracając z małej
wyprawy do Żabki po najpotrzebniejsze produkty (fajki, piwo,
nutella, pieprz do wódki i te takie dropsy w śmiesznej tubce, które
wypadają, jak się naciśnie dyspenser), natknąłem się na
Huberta, patriotycznie wzmożonego sąsiada z góry. Właściwie
codziennie kogoś spotykałem, czy nikt z mojego bloku nie traktował
tej kwarantanny poważnie?! Hubert trzymał pod pachą jeden z tych
judeosceptycznych periodyków, co sam wcześniej nabyłem, choć w
odróżnieniu ode mnie nie wydawał się z tym szczególnie kryć.
– Czołemwielkiejpolsce
– przywitał się z taką naturalnością, z jaką inni mówią
„siema”.
– Mmhohemm –
odparłem, bo co miałem zrobić.
– 5G – oświadczył
niepytany, stukając palcem w gazetę. – Zawsze mówiłem, że tak
będzie. Krwioletowica, czy jak tam ją inżynierowie śmierci
nazwali, to oczywisty efekt promieniowania 5G.
– Mmahe eho ewhe mihme
mema.
– Co? Weź zdejm,
Czaro, tę pedalską maseczkę, bo brzmisz jak jakiś ciapak.
Westchnąłem i
rozczepiłem rzep, pilnując, żeby gacie nie wyleciały na ziemię.
– Powiedziałem, że
tego jeszcze nigdzie nie ma.
– Czego?
– No, 5G.
– Ale będzie. I po to
jest ten wirus, żeby przykryć skutki jego wprowadzenia. Rząd
światowy chce nas zatruć falami elektromagnetycznymi.
– Sieć 5G wywołała
chorobę, żeby odwrócić naszą uwagę od chorób, jakie wywoła?
– Spisek! – wrzasnął,
opluwając gazetę. – I szpiegostwo. Jak powiedział Stalin, żeby
wygrać bitwę, potrzeba setek tysięcy żołnierzy, ale żeby
zwycięstwo poszło na marne, potrzeba paru szpiegów.
– Jaką bitwę...?
– O Prawdę, naiwniaku.
Chcą cię zniewolić, ogłupić, zamienić w bezmózgiego arbeitera.
– O Boże, kto?
– Eskimosi. – Mrugnął
porozumiewawczo. – I ich popychadła: Gatesy, Sorosy, Tuski.
Wcisnęli ci tę maseczkę, która tak cię przed niczym nie chroni.
To zmowa korporacji, żeby sprzedać ludziom gówno, którego nie
potrzebują.
– Nie kupiłem jej
teraz, to moja maseczka antysmogowa.
– Ha! Co ty, Czaro,
dziecko? W smog wierzysz? Może jeszcze w efekt cieplarniany? –
zakpił.
– Chyba mylisz efekt
cieplarniany z globalnym ociepleniem...
– Żadnego smogu u nas
nie ma, a poza tym to Niemcy go napędzają wiatrakami ze swojej
strony granicy.
– Nie rozumiem, to
jest, czy go nie ma...?
– Zamach! – zawył. –
Nie ma człowieka, nie ma problemu, mawiał towarzysz
Stalin.
Stalin.
Zawsze zastanawiała mnie
słabo skrywana fascynacja, jaką tzw. środowiska niepodległościowe
żywiły dla totalitarnego komunizmu. Płomienny, acz nieco spóźniony
antykomunista Hubert zdawał się przywoływać te wszystkie cytaty
ze Stalina z jakimś osobliwym rodzajem szacunku.
– Weź, stary, wywal to
i zaczerpnij pełną piersią naszego cudownego, polskiego powietrza
– powiedział z nagłym rozrzewnieniem. – Tego prastarego,
lechickiego aromatu wolności, którym oddychali przed tobą
bohaterowie: Kościuszko i Piłsudski, Dmowski i Piasecki, Kapitan
„Bury” i Major „Łupaszko”... – zaszkliły mu się oczy.
Aromat wolności woniał
podejrzanie jak kupa Fafika, gdyż staliśmy obok krzaku bzu.
– Wiesz, kto tego
wirusa roznosi? – Hubert zniżył głos do nienawistnego warkotu. –
Feminazistki, które spółkują z czarnuchami w modnych klubach.
Ględzą o dyskryminacji i opresji, a tak naprawdę tylko czarny
kutas im w głowie. I w dupie. A potem zarażają białych mężczyzn,
którymi gardzą. To przypadek, że umiera więcej mężczyzn niż
kobiet? To chytry plan lesbijek, żeby nas wytępić, a tych, co nie
umrą, zdominować i rządzić nimi.
– Lesbijkom czarny
kutas w głowie?
– Wszystko dla idei!
Idee są potężniejsze od karabinów, jak mówił...
– Tak, domyślam się
kto. Ja tam czytałem, że więcej mężczyzn umiera, bo prowadzą
niezdrowy tryb życia. – Pomyślałem o zawartości swojej
reklamówki.
– Niezdrowy! Ha! A co,
mamy jeść jarmuż –
wymówił ostatnie słowo tonem kapiącym od pogardy. – Czy ty
wiesz, co to zdrowie? Zdrowie to dusza patriotyczna i niezłomna.
Zdrowie to umysł nieprzemakalny na lewacką homopropagandę i
syjonistyczny gebelsizm. Zdrowie to ciało hartowane na rajdach ku
czci wyklętych. – Spróbował wciągnąć wystający spod koszulki
brzuch, z połowicznym sukcesem. – Nie mów mi o zdrowiu, bo jedyne
lekarstwo, jakiego potrzebuję, to czerwona pigułka. Ale ty
oczywiście pewnie czekasz na szczepionkę?
–
Tak – westchnąłem, wiedząc, że to pułapka.
–
Otwórz oczy! To wszystko spisek koncernów farmaceutycznych.
Wierzysz, że jakaś nowa choroba pojawiła się tak znienacka?
Najpierw opracowali i wypuścili wirusa, potem sprzedadzą za ciężkie
pieniądze szczepionkę. Geszeft jest geszeft, dziadek Mosze byłby
dumny.
–
To... to kto w końcu chce nas pozarażać, rząd światowy,
korporacje czy feministki?
–
Dokładnie! – ryknął. – Ja żadnego świństwa od nich nie
przyjmę, syna też zaszczepić nie dam.
–
O, spotykasz się z kimś?
–
...to nie jest tematem rozmowy.
–
Jasne... Słuchaj, muszę iść, bo tę... zupę zostawiłem na
gazie.
–
Pamiętaj, to Oni za wszystko odpowiadają! Nie bądź lemingiem!
Myśl samodzielnie, tak jak ci mówię!
Obiecałem
solennie, że będę się miał na baczności i zostawiłem go
dłubiącego w uchu i mamroczącego coś o „zmowie” i „zdradzie”.
Po
całym bloku niosło się pukanie, stukanie i wiercenie; przynajmniej
pięciu sąsiadów stwierdziło, że kwarantanna to idealny czas na
remont. W powietrzu unosił się drażniący pył i smród akrylu, na
półpiętrach stały worki z cementem i wiadra farby. W mieszkaniu
otworzyłem okna, po czym zamknąłem okna, bo było jeszcze gorzej.
Wyciągnąłem telefon i sprawdziłem SMS-y; przyszedł newsletter od
pizzerii, z którego cały czas zapominałem się wypisać.
„Pizza Kondominos.
Super promocja na kwarantannę, zamów online 2 pizze w cenie 1 z
kodem EPIDEMIA. Bezkontaktowa dostawa!”
Ta,
żeby mnie do niej jakiś gorączkujący kucharz nachyrchlał czy
mściwy dostawca napluł. Czy może ją mi „bezkontaktowo”
teleportujecie prosto z pieca? Będziecie musieli się bardziej
postarać z tą promocją zanim podejmę ryzyko. Miałem dzień
wolny, więc uwaliłem się na kanapę i zagłębiłem w lekturze
„Wichrowych Wzgórz”. Och, ileż ten biedny Heathcliff
wycierpiał!
W
pewnym momencie musiałem przysnąć, bo do przytomności przywróciło
mnie buczenie telefonu. Julita? Dziwne... Odebrałem.
–
Ha...halo?
–
Halo, Czarek? Tu Julita.
–
Tak, wiem...
–
Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czy mógłbyś do mnie
zajrzeć? Mam mały problem i potrzebuję pomocy...
–
Eee, tak, jasne, pewnie. – Przetarłem oczy. – Teraz?
–
Jakbyś mógł. Nie musisz brać maseczki.
Nie
musiałem brać maseczki? Trochę mnie to zdziwiło, ale tym lepiej.
Wypchana bielizną nie nadawała się do interakcji społecznych;
szczerze mówiąc, ledwo do czego się nadawała.
Ogarnąłem
się szybko, przegryzłem dropsa i zszedłem trzy piętra niżej do
Julity. Pod drzwiami leżał foliowy worek, pewnie ze śmieciami.
Zapukałem; po chwili uchylił się wizjer i dobiegł do mnie lekko
stłumiony głos sąsiadki.
–
Hej, otwórz worek na wycieraczce.
–
Okej...
Zajrzałem
do foliowej torby – była tam świeża maseczka chirurgiczna,
opakowanie lateksowych rękawiczek, gogle, ochraniacze na buty i mała
butelka odkażacza.
–
Zdezynfekuj się i załóż to wszystko, proszę.
Zerknąłem
na drzwi; klapka wizjera była wciąż otwarta, a za nią mrugało
rybie oko Julity. Poczułem się jak w „Milczeniu owiec”. It
rubs the lotion on its skin...
Po
spełnieniu przez mnie wszystkich wymogów bezpieczeństwa rozległ
się trzask czterech zamków, drzwi rozwarły się na oścież i
dostąpiłem zaszczytu wejścia do środka.
Nigdy
wcześniej nie byłem w mieszkaniu Julity, ale miało taki sam układ
jak to wynajmowane przez Sarę i Milę – niewielki pokój dzienny z
dwoma sypialniami i ślepą kuchnią; w odróżnieniu od staroświecko
urządzonego lokalu dziewczyn, u Julity kuchnię połączono z
salonem, więc całość robiła wrażenie przestronniejszej. Duży
pokój był skąpo umeblowany i nieskazitelnie czysty. Na
śnieżnobiałych ścianach wisiało kilka trudnych do
zidentyfikowania obrazów, na kredensie stała taca ze sztucznymi
owocami. Rzucał się w oczy brak telewizora; w jego miejsce było
spore, zarośnięte podwodną roślinnością akwarium. Przez
uchylone drzwi jednej z sypialni widziałem starannie zasłane łózko
z kapą i... czy to była kolekcja porcelanowych lalek?
–
Przepraszam za chaos. – Julita poprawiła poduszkę na sofie i
przekręciła leżący na szklanym stoliku magazyn. –
Zaproponowałabym ci coś do picia, ale... – wskazała
przepraszająco na maseczkę. Sama też miała na sobie gogle i
rękawiczki, a do tego płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem.
– Spoko. Rybki się
pochowały? – spytałem, pochylając się nad akwarium.
– Och, nie, to akwarium
typu holenderskiego, same roślinki. Nigdy nie męczyłabym ryb w tak
małym akwenie.
– Eee, same wodorosty,
tak? No... gustownie. To w czym potrzebujesz pomocy?
– Mój komputer się
popsuł albo ma jakiegoś wirusa czy coś. Pomyślałam, że może
się znasz, bo... tak trochę wyglądasz. Mógłbyś rzucić okiem?
Leży koło okna.
– Ja...jak ja wyglądam?
– zapytałem niepewnie, poprawiając okulary i odruchowo
wygładzając flanelową koszulę.
– No wiesz... –
Zrobiła nieokreślony gest ręką, unikając kontaktu wzrokowego.
Nie miałem pojęcia, o
czym mówi, ale podszedłem do biurka, na którym leżał laptop.
– Stój! Pająk! Pająk.
Pająk.
Posłusznie się
zatrzymałem, wytężając wzrok, ale nigdzie nie dostrzegłem
żadnego pajęczaka. Julita okręciła się wokół własnej osi,
dała susa do kuchni, wyciągnęła z szafki wielki sprej na owady i
szufelkę, wyminęła mnie, mrucząc pod nosem „pająk pająk”, i
psiknęła pod parapet. Dusiła ten przycisk przez dobre pięć
sekund, aż zacząłem się krztusić pomimo maseczki. Wreszcie
zgarnęła na szufelkę jakąś mikroskopijną czarną kropkę i
wyrzuciła ją za okno.
– No – odetchnęła z
poczuciem dobrze wykonanej misji.
– Pająki są
pożyteczne, wiesz? – zauważyłem. – Zjadają insekty i w
ogóle...
– I co w ogóle?
– No... w sumie to
tylko tyle robią... A nie wystarczy?
– W moim domu nie ma i
nie będzie ani owadów, ani innego obrzydlistwa. Sama sobie poradzę,
dziękuję bardzo.
Wzruszyłem ramionami i
spojrzałem na biały laptop. O w mordę, przecież to nie komputer,
to Mac.
– To Mac –
powtórzyłem na głos.
– Oczywiście, że to
Mac. Przecież wiesz, gdzie pracuję. W agencji
reklamowej musimy używać Maków, to jest w naszym katechizmie.
– Hmmm, ale ja się za
bardzo nie znam na Makach... – podrapałem się w zakłopotaniu po
potylicy.
– Ach. Przepraszam
więc, miałam nadzieję... Zazwyczaj proszę o pomoc kolegę, ale
dzisiaj nie mógł przyjechać, bo umarł na krwioletowicę.
– Co takiego?!
– No mówię, umarł na
krwioletowicę. Trzecia ofiara PBF w Polsce, oczywiście musiało się
to mnie przytrafić –
fuknęła z ponurą irytacją.
–
...tobie?
–
Myślisz, że śmierć w moim otoczeniu pozytywnie wpływa na moją
psychikę? Młody facet, bez chorób współistniejących, to tylko
potwierdza, że każdego z nas może to spotkać. Aż musiałam
lekarza o clonazepam poprosić, tylko nie wiem, jak wykupię, bo pod
aptekami ustawiają się kolejki pokasłujących staruchów. Czekam
na hazmat suit z Alibaby, powinien niedługo przyjść, zamówiłam
go miesiąc temu.
–
Miesiąc...? To na dwa tygodnie przed pierwszym zachorowaniem –
wykrztusiłem, próbując ogarnąć wszystko naraz.
–
No. A co, nie miałam racji? – zapytała niemal z tryumfem w
głosie. – Dobrze, słuchaj, przepraszam, że cię na próżno
ściągałam...
–
Czekaj, też mam kolegę, fana Maków. Zadzwonię do niego, może coś
nam podpowie. – Wciąż trochę oszołomiony wyciągnąłem telefon
i wybrałem numer Daniela.
Powiedzieć,
że Daniel był fanem Maków, to nic nie powiedzieć. W odróżnieniu
od typowych Apple-zombich, Daniel był z firmą od zawsze, na dobre i
na złe: od pionierskich dni Apple II i czarno-białego Macintosha,
przez chude lata 90., aż po białe słuchawki Steve'a Jobsa i złote
czasy naciągania ludzi o przeroście dochodów nad zdrowym
rozsądkiem na sprzęt dwa razy droższy od konkurencji, ale za to z
niczym niekompatybilny. Za równowartość zgromadzonych przez
Daniela macbooków, iphone'ów, i ipadów można by wykarmić
somalijską wioskę przez dwa lata. Poza tym, co rzadkość, koleś
się na tej całej szarlotce autentycznie znał, więc jeśli ktoś
mógł nam pomóc, to właśnie on.
Po
kilkunastu sygnałach w słuchawce odezwał się jakiś dziwnie
zapłakany głos Daniela.
–
Halo...?
–
Halo, siema, stary, słuchaj, jestem u koleżanki i mamy problem z
jej macbookiem... – Otworzyłem laptopa i nacisnąłem parę
klawiszy. – Powiem ci, co się dzieje, to może nam doradzisz...
– Co
się dzieje...? Co się dzieje...? Nikt nie wie, co się dzieje!
Nikt!!! O tempora, o
mores
– załkał kumpel.
– Tem...tempura? O czym ty mówisz?
– Nie słyszałeś? Wirus! Straszny wirus!
– No tak, wirus, z Indii – powiedziałem powoli, zastanawiając
się, czy Daniel nie postradał zmysłów. – Dobrze się czujesz?
Trzeba wezwać pogotowie?
– Nie pogotowie, karawan! Do moich ukochanych jabłuszek...Mój
iMac, mój Mac Pro, mój MacBook Air, mój iPhone 11 Pro Max...
– Ale co się stało?
– Nie żyją – zaszlochał. – Wszystkie nie żyją. Wszystkie
komputery, wszystkie telefony, tablety, wszystkie produkty Apple na
całym świecie nagle przestały działać. Umarły. Jak jakiś
globalny wirus albo czarna magia... Nie oszczędziło nawet
smartwatchy, nawet ipodów, nawet starusieńkich power maków. To
koniec! Koniec wszystkiego, co piękne, wszystkiego, co wzniosłe, co
szlachetne...
– Fabryki Apple zatrudniają chińskie dzieci do produkcji
smartfonów – nadmieniłem cierpko.
– Oszczerstwo! – wydarł się do słuchawki. – To wina
podwykonawców! Ach, zresztą, jakie to ma już dziś znaczenie? To
Armageddon, Ragnarok, zmierzch ludzkości...
– Ale... jeżeli twój iphone nie działa, to jak teraz ze mną
rozmawiasz?
– Przez saaamsuuungaaa – rozryczał się na całego.
O, Boże. Zerknąłem na Julitę i pokręciłem głową. Daniel dalej
coś bełkotał, mogłem tylko potakiwać.
– Aha. Aha. Tak. Rozumiem. Aha. Bardzo mi przykro. Jestem z tobą.
Tak. Tak, wiem, ze teraz nic nie ma znaczenia, ale może zamów sobie
pizzę, jest taka promocja... Nie, dziękuję, nie wsadzę jej sobie
w... Nie, nie nienawidzę cię, wybaczam ci. Słuchaj, połóż
się... połóż się, spróbuj zasnąć. Tak, wiem, że to nie zły
sen, ale postaraj się odpocząć. Zadzwonię jutro. Tak na samsunga,
bardzo mi przykro... Możemy przez Skype'a... tak, wiem, że to teraz
Microsoft. Po prostu się połóż, ok? Cześć, trzymaj się.
Odwróciłem się do sąsiadki, która patrzyła na mnie pytająco.
– Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie. Kolega mówi, że
wszystkie komputery Apple przestały działać.
– Och, hm. To znaczy, że nikt w agencji nie będzie mógł
pracować, nie tylko ja. – Maseczka na jej twarzy poruszyła się,
jakby zrobiła jakiś grymas, którego nie byłem w stanie
rozszyfrować.
– Wszyscy
u was pracują na Makach?
– Wszyscy kreatywni. W księgowości i kadrach mają pecety, bo
słyszałam, jak szef mówił, że poważni pracownicy muszą mieć
prawdziwe komputery, cokolwiek to znaczy. – Wzięła się pod boki
i wygięła brwi w łuk, jakby występowała w starym sitcomie.
Zaczęło mi się robić
nieswojo, więc pożegnałem się i opuściłem to dziwne miejsce. Po
stronie plusów zapisałem fakt, że mogłem zatrzymać jednorazową
maseczkę, którą zamierzałem prać codziennie. Po drugiej
stronie... ech, chyba też powinienem położyć się do łóżka i
spróbować przespać tę całą głupią pandemię.
Tej nocy śniła mi się
olbrzymia pizza z hamburgerami, spaghetti i kebabowym brzegiem.
Pulchne klopsiki i połyskliwe oliwki pieściły mój wzrok, moje
nozdrza drażniła zmysłowa mieszanka oregano, musztardy i ostrego
sosu. Jednak ilekroć próbowałem zatopić zęby w tej uczcie, ktoś
mi ją usuwał spod nosa. Płakałem, szarpałem, błagałem, ale nie
dane mi było nawet polizać. Na granicy pola widzenia majaczyły
groźne sylwetki, kołysały się pejsy i krawaty, rozbrzmiewały
ponure inkantacje w starolesbisjkim. Mroczne siły tego świata
sprzysięgły się, bym już nigdy nie zaznał smaku niczego lepszego
od mrożonej fasolki.
Obudziłem się zlany
potem i zwinięty w pozycji płodowej zjadłem zawartość całej
tubki dropsów ze śmiesznym dyspenserem.