środa, 13 maja 2020

Dzień 13


Dzień 13
553 przypadki

  Lina. Lina okrętowa namoczona w morskiej wodzie. Tak podobno podcierali się żeglarze. Takie śmieszki-heheszki można przeczytać w internecie. Wcale nie było mi do śmiechu. Nie miałem w domu nawet kawałka sznurka. Poza tym dlaczego w ogóle to rozważałem, co za durna idea. Równie dobrze mógłbym użyć tej szczeciniastej szczotki, co stoi obok sedesu. Uczucie pewnie zbliżone do wcierania soli w odbyt. Rzymianie z kolei wykorzystywali w tym celu gąbkę na patyku. Gąbka to zupełnie inna rozmowa, mięciutka i chłonna. Gąbki też nie miałem. Nawet o patyk byłoby trudno bo parki i lasy zamknęli. Myślałem raz, czy się nie przekraść na ukradkowy spacer, ale zabawa w kotka i myszkę z gajowym Gugałą to chuj nie relaks.
  Minister z brodą zmienił dziś zdanie i powiedział, żeby jednak nosić maseczki. Fantastycznie. Moja dostawa „masek 100% skutecznosc” spod Iwanofrankowska opóźniała się. Kilkakrotnie ponaglałem niesolidnego sprzedawcę, aż w końcu wystawiłem mu takiego sążnistego negatywa, że mu w pięty poszło. Dopiero wtedy doczekałem się odpowiedzi. „Іди в сраку.” Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć cyrylicę z czasów nauki w podstawówce. I...d...ź... w... s...r...a.. O, ty łobuzie!
  Z oburzenia aż dech mi zaparło i przez chwilę zastanawiałem się, czy krwioletowicy od tego nie dostałem, ale pięćdziesiątce z pieprzem mi przeszło. Musiałem sobie radzić inaczej. W internecie mnóstwo porad, jak uszyć samemu maseczkę. Co za fantazje! Tak jakby każdy trzymał w domu igłę i nitkę i jeszcze potrafił coś z tym zrobić. Nie, nie dam sobie wmówić, że prawdziwy mężczyzna potrafi przyszyć sobie guzik. Jak mi guzik odpadnie, to wyrzucam koszulę. W moich heteroseksualnych żyłach płynie burbon, nikotyna i cholesterol z krwistych steków, nie będę wzroku tracił nad jakimś babskim ścibieniem. Wyciągnąłem z komody starą maseczkę antysmogową bez filtra i wypchałem ją swoimi bardzo męskimi gaciami. Nie dało się w tym oddychać, ale czułem się trochę chroniony, a majtki prawie nie wystawały.
  Wracając z małej wyprawy do Żabki po najpotrzebniejsze produkty (fajki, piwo, nutella, pieprz do wódki i te takie dropsy w śmiesznej tubce, które wypadają, jak się naciśnie dyspenser), natknąłem się na Huberta, patriotycznie wzmożonego sąsiada z góry. Właściwie codziennie kogoś spotykałem, czy nikt z mojego bloku nie traktował tej kwarantanny poważnie?! Hubert trzymał pod pachą jeden z tych judeosceptycznych periodyków, co sam wcześniej nabyłem, choć w odróżnieniu ode mnie nie wydawał się z tym szczególnie kryć.
  – Czołemwielkiejpolsce – przywitał się z taką naturalnością, z jaką inni mówią „siema”.
  – Mmhohemm – odparłem, bo co miałem zrobić.
  – 5G – oświadczył niepytany, stukając palcem w gazetę. – Zawsze mówiłem, że tak będzie. Krwioletowica, czy jak tam ją inżynierowie śmierci nazwali, to oczywisty efekt promieniowania 5G.
  – Mmahe eho ewhe mihme mema.
  – Co? Weź zdejm, Czaro, tę pedalską maseczkę, bo brzmisz jak jakiś ciapak.
Westchnąłem i rozczepiłem rzep, pilnując, żeby gacie nie wyleciały na ziemię.
  – Powiedziałem, że tego jeszcze nigdzie nie ma.
  – Czego?
  – No, 5G.
  – Ale będzie. I po to jest ten wirus, żeby przykryć skutki jego wprowadzenia. Rząd światowy chce nas zatruć falami elektromagnetycznymi.
  – Sieć 5G wywołała chorobę, żeby odwrócić naszą uwagę od chorób, jakie wywoła?
  – Spisek! – wrzasnął, opluwając gazetę. – I szpiegostwo. Jak powiedział Stalin, żeby wygrać bitwę, potrzeba setek tysięcy żołnierzy, ale żeby zwycięstwo poszło na marne, potrzeba paru szpiegów.
  – Jaką bitwę...?
  – O Prawdę, naiwniaku. Chcą cię zniewolić, ogłupić, zamienić w bezmózgiego arbeitera.
  – O Boże, kto?
  – Eskimosi. – Mrugnął porozumiewawczo. – I ich popychadła: Gatesy, Sorosy, Tuski. Wcisnęli ci tę maseczkę, która tak cię przed niczym nie chroni. To zmowa korporacji, żeby sprzedać ludziom gówno, którego nie potrzebują.
  – Nie kupiłem jej teraz, to moja maseczka antysmogowa.
  – Ha! Co ty, Czaro, dziecko? W smog wierzysz? Może jeszcze w efekt cieplarniany? – zakpił.
  – Chyba mylisz efekt cieplarniany z globalnym ociepleniem...
  – Żadnego smogu u nas nie ma, a poza tym to Niemcy go napędzają wiatrakami ze swojej strony granicy.
  – Nie rozumiem, to jest, czy go nie ma...?
  – Zamach! – zawył. – Nie ma człowieka, nie ma problemu, mawiał towarzysz
Stalin.
  Zawsze zastanawiała mnie słabo skrywana fascynacja, jaką tzw. środowiska niepodległościowe żywiły dla totalitarnego komunizmu. Płomienny, acz nieco spóźniony antykomunista Hubert zdawał się przywoływać te wszystkie cytaty ze Stalina z jakimś osobliwym rodzajem szacunku.
  – Weź, stary, wywal to i zaczerpnij pełną piersią naszego cudownego, polskiego powietrza – powiedział z nagłym rozrzewnieniem. – Tego prastarego, lechickiego aromatu wolności, którym oddychali przed tobą bohaterowie: Kościuszko i Piłsudski, Dmowski i Piasecki, Kapitan „Bury” i Major „Łupaszko”... – zaszkliły mu się oczy.
  Aromat wolności woniał podejrzanie jak kupa Fafika, gdyż staliśmy obok krzaku bzu.
  – Wiesz, kto tego wirusa roznosi? – Hubert zniżył głos do nienawistnego warkotu. – Feminazistki, które spółkują z czarnuchami w modnych klubach. Ględzą o dyskryminacji i opresji, a tak naprawdę tylko czarny kutas im w głowie. I w dupie. A potem zarażają białych mężczyzn, którymi gardzą. To przypadek, że umiera więcej mężczyzn niż kobiet? To chytry plan lesbijek, żeby nas wytępić, a tych, co nie umrą, zdominować i rządzić nimi.
  – Lesbijkom czarny kutas w głowie?
  – Wszystko dla idei! Idee są potężniejsze od karabinów, jak mówił...
  – Tak, domyślam się kto. Ja tam czytałem, że więcej mężczyzn umiera, bo prowadzą niezdrowy tryb życia. – Pomyślałem o zawartości swojej reklamówki.
  – Niezdrowy! Ha! A co, mamy jeść jarmuż – wymówił ostatnie słowo tonem kapiącym od pogardy.   – Czy ty wiesz, co to zdrowie? Zdrowie to dusza patriotyczna i niezłomna. Zdrowie to umysł nieprzemakalny na lewacką homopropagandę i syjonistyczny gebelsizm. Zdrowie to ciało hartowane na rajdach ku czci wyklętych. – Spróbował wciągnąć wystający spod koszulki brzuch, z połowicznym sukcesem. – Nie mów mi o zdrowiu, bo jedyne lekarstwo, jakiego potrzebuję, to czerwona pigułka. Ale ty oczywiście pewnie czekasz na szczepionkę?
  – Tak – westchnąłem, wiedząc, że to pułapka.
  – Otwórz oczy! To wszystko spisek koncernów farmaceutycznych. Wierzysz, że jakaś nowa choroba pojawiła się tak znienacka? Najpierw opracowali i wypuścili wirusa, potem sprzedadzą za ciężkie pieniądze szczepionkę. Geszeft jest geszeft, dziadek Mosze byłby dumny.
  – To... to kto w końcu chce nas pozarażać, rząd światowy, korporacje czy feministki?
  – Dokładnie! – ryknął. – Ja żadnego świństwa od nich nie przyjmę, syna też zaszczepić nie dam.
  – O, spotykasz się z kimś?
  – ...to nie jest tematem rozmowy.
  – Jasne... Słuchaj, muszę iść, bo tę... zupę zostawiłem na gazie.
  – Pamiętaj, to Oni za wszystko odpowiadają! Nie bądź lemingiem! Myśl samodzielnie, tak jak ci mówię!
  Obiecałem solennie, że będę się miał na baczności i zostawiłem go dłubiącego w uchu i mamroczącego coś o „zmowie” i „zdradzie”.
  Po całym bloku niosło się pukanie, stukanie i wiercenie; przynajmniej pięciu sąsiadów stwierdziło, że kwarantanna to idealny czas na remont. W powietrzu unosił się drażniący pył i smród akrylu, na półpiętrach stały worki z cementem i wiadra farby. W mieszkaniu otworzyłem okna, po czym zamknąłem okna, bo było jeszcze gorzej. Wyciągnąłem telefon i sprawdziłem SMS-y; przyszedł newsletter od pizzerii, z którego cały czas zapominałem się wypisać.
  „Pizza Kondominos. Super promocja na kwarantannę, zamów online 2 pizze w cenie 1 z kodem EPIDEMIA. Bezkontaktowa dostawa!”
  Ta, żeby mnie do niej jakiś gorączkujący kucharz nachyrchlał czy mściwy dostawca napluł. Czy może ją mi „bezkontaktowo” teleportujecie prosto z pieca? Będziecie musieli się bardziej postarać z tą promocją zanim podejmę ryzyko. Miałem dzień wolny, więc uwaliłem się na kanapę i zagłębiłem w lekturze „Wichrowych Wzgórz”. Och, ileż ten biedny Heathcliff wycierpiał!
  W pewnym momencie musiałem przysnąć, bo do przytomności przywróciło mnie buczenie telefonu. Julita? Dziwne... Odebrałem.
  – Ha...halo?
  – Halo, Czarek? Tu Julita.
  – Tak, wiem...
  – Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale czy mógłbyś do mnie zajrzeć? Mam mały problem i potrzebuję pomocy...
  – Eee, tak, jasne, pewnie. – Przetarłem oczy. – Teraz?
  – Jakbyś mógł. Nie musisz brać maseczki.
  Nie musiałem brać maseczki? Trochę mnie to zdziwiło, ale tym lepiej. Wypchana bielizną nie nadawała się do interakcji społecznych; szczerze mówiąc, ledwo do czego się nadawała.
  Ogarnąłem się szybko, przegryzłem dropsa i zszedłem trzy piętra niżej do Julity. Pod drzwiami leżał foliowy worek, pewnie ze śmieciami. Zapukałem; po chwili uchylił się wizjer i dobiegł do mnie lekko stłumiony głos sąsiadki.
  – Hej, otwórz worek na wycieraczce.
  – Okej...
  Zajrzałem do foliowej torby – była tam świeża maseczka chirurgiczna, opakowanie lateksowych rękawiczek, gogle, ochraniacze na buty i mała butelka odkażacza.
  – Zdezynfekuj się i załóż to wszystko, proszę.
  Zerknąłem na drzwi; klapka wizjera była wciąż otwarta, a za nią mrugało rybie oko Julity. Poczułem się jak w „Milczeniu owiec”. It rubs the lotion on its skin...
  Po spełnieniu przez mnie wszystkich wymogów bezpieczeństwa rozległ się trzask czterech zamków, drzwi rozwarły się na oścież i dostąpiłem zaszczytu wejścia do środka.
  Nigdy wcześniej nie byłem w mieszkaniu Julity, ale miało taki sam układ jak to wynajmowane przez Sarę i Milę – niewielki pokój dzienny z dwoma sypialniami i ślepą kuchnią; w odróżnieniu od staroświecko urządzonego lokalu dziewczyn, u Julity kuchnię połączono z salonem, więc całość robiła wrażenie przestronniejszej. Duży pokój był skąpo umeblowany i nieskazitelnie czysty. Na śnieżnobiałych ścianach wisiało kilka trudnych do zidentyfikowania obrazów, na kredensie stała taca ze sztucznymi owocami. Rzucał się w oczy brak telewizora; w jego miejsce było spore, zarośnięte podwodną roślinnością akwarium. Przez uchylone drzwi jednej z sypialni widziałem starannie zasłane łózko z kapą i... czy to była kolekcja porcelanowych lalek?
  – Przepraszam za chaos. – Julita poprawiła poduszkę na sofie i przekręciła leżący na szklanym stoliku magazyn. – Zaproponowałabym ci coś do picia, ale... – wskazała przepraszająco na maseczkę. Sama też miała na sobie gogle i rękawiczki, a do tego płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem.
  – Spoko. Rybki się pochowały? – spytałem, pochylając się nad akwarium.
  – Och, nie, to akwarium typu holenderskiego, same roślinki. Nigdy nie męczyłabym ryb w tak małym akwenie.
  – Eee, same wodorosty, tak? No... gustownie. To w czym potrzebujesz pomocy?
  – Mój komputer się popsuł albo ma jakiegoś wirusa czy coś. Pomyślałam, że może się znasz, bo... tak trochę wyglądasz. Mógłbyś rzucić okiem? Leży koło okna.
  – Ja...jak ja wyglądam? – zapytałem niepewnie, poprawiając okulary i odruchowo wygładzając flanelową koszulę.
  – No wiesz... – Zrobiła nieokreślony gest ręką, unikając kontaktu wzrokowego.
  Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale podszedłem do biurka, na którym leżał laptop.
  – Stój! Pająk! Pająk. Pająk.
  Posłusznie się zatrzymałem, wytężając wzrok, ale nigdzie nie dostrzegłem żadnego pajęczaka. Julita okręciła się wokół własnej osi, dała susa do kuchni, wyciągnęła z szafki wielki sprej na owady i szufelkę, wyminęła mnie, mrucząc pod nosem „pająk pająk”, i psiknęła pod parapet. Dusiła ten przycisk przez dobre pięć sekund, aż zacząłem się krztusić pomimo maseczki. Wreszcie zgarnęła na szufelkę jakąś mikroskopijną czarną kropkę i wyrzuciła ją za okno.
  – No – odetchnęła z poczuciem dobrze wykonanej misji.
  – Pająki są pożyteczne, wiesz? – zauważyłem. – Zjadają insekty i w ogóle...
  – I co w ogóle?
  – No... w sumie to tylko tyle robią... A nie wystarczy?
  – W moim domu nie ma i nie będzie ani owadów, ani innego obrzydlistwa. Sama sobie poradzę, dziękuję bardzo.
  Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na biały laptop. O w mordę, przecież to nie komputer, to Mac.
– To Mac – powtórzyłem na głos.
  – Oczywiście, że to Mac. Przecież wiesz, gdzie pracuję. W agencji reklamowej musimy używać Maków, to jest w naszym katechizmie.
  – Hmmm, ale ja się za bardzo nie znam na Makach... – podrapałem się w zakłopotaniu po potylicy.
  – Ach. Przepraszam więc, miałam nadzieję... Zazwyczaj proszę o pomoc kolegę, ale dzisiaj nie mógł przyjechać, bo umarł na krwioletowicę.
  – Co takiego?!
  – No mówię, umarł na krwioletowicę. Trzecia ofiara PBF w Polsce, oczywiście musiało się to mnie przytrafić – fuknęła z ponurą irytacją.
  – ...tobie?
  – Myślisz, że śmierć w moim otoczeniu pozytywnie wpływa na moją psychikę? Młody facet, bez chorób współistniejących, to tylko potwierdza, że każdego z nas może to spotkać. Aż musiałam lekarza o clonazepam poprosić, tylko nie wiem, jak wykupię, bo pod aptekami ustawiają się kolejki pokasłujących staruchów. Czekam na hazmat suit z Alibaby, powinien niedługo przyjść, zamówiłam go miesiąc temu.
  – Miesiąc...? To na dwa tygodnie przed pierwszym zachorowaniem – wykrztusiłem, próbując ogarnąć wszystko naraz.
  – No. A co, nie miałam racji? – zapytała niemal z tryumfem w głosie. – Dobrze, słuchaj, przepraszam, że cię na próżno ściągałam...
  – Czekaj, też mam kolegę, fana Maków. Zadzwonię do niego, może coś nam podpowie. – Wciąż trochę oszołomiony wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Daniela.
  Powiedzieć, że Daniel był fanem Maków, to nic nie powiedzieć. W odróżnieniu od typowych Apple-zombich, Daniel był z firmą od zawsze, na dobre i na złe: od pionierskich dni Apple II i czarno-białego Macintosha, przez chude lata 90., aż po białe słuchawki Steve'a Jobsa i złote czasy naciągania ludzi o przeroście dochodów nad zdrowym rozsądkiem na sprzęt dwa razy droższy od konkurencji, ale za to z niczym niekompatybilny. Za równowartość zgromadzonych przez Daniela macbooków, iphone'ów, i ipadów można by wykarmić somalijską wioskę przez dwa lata. Poza tym, co rzadkość, koleś się na tej całej szarlotce autentycznie znał, więc jeśli ktoś mógł nam pomóc, to właśnie on.
Po kilkunastu sygnałach w słuchawce odezwał się jakiś dziwnie zapłakany głos Daniela.
  – Halo...?
  – Halo, siema, stary, słuchaj, jestem u koleżanki i mamy problem z jej macbookiem... – Otworzyłem laptopa i nacisnąłem parę klawiszy. – Powiem ci, co się dzieje, to może nam doradzisz...
  – Co się dzieje...? Co się dzieje...? Nikt nie wie, co się dzieje! Nikt!!! O tempora, o mores – załkał kumpel.
  – Tem...tempura? O czym ty mówisz?
  – Nie słyszałeś? Wirus! Straszny wirus!
  – No tak, wirus, z Indii – powiedziałem powoli, zastanawiając się, czy Daniel nie postradał zmysłów.    – Dobrze się czujesz? Trzeba wezwać pogotowie?
  – Nie pogotowie, karawan! Do moich ukochanych jabłuszek...Mój iMac, mój Mac Pro, mój MacBook Air, mój iPhone 11 Pro Max...
  – Ale co się stało?
  – Nie żyją – zaszlochał. – Wszystkie nie żyją. Wszystkie komputery, wszystkie telefony, tablety, wszystkie produkty Apple na całym świecie nagle przestały działać. Umarły. Jak jakiś globalny wirus albo czarna magia... Nie oszczędziło nawet smartwatchy, nawet ipodów, nawet starusieńkich power maków. To koniec! Koniec wszystkiego, co piękne, wszystkiego, co wzniosłe, co szlachetne...
  – Fabryki Apple zatrudniają chińskie dzieci do produkcji smartfonów – nadmieniłem cierpko.
  – Oszczerstwo! – wydarł się do słuchawki. – To wina podwykonawców! Ach, zresztą, jakie to ma już dziś znaczenie? To Armageddon, Ragnarok, zmierzch ludzkości...
  – Ale... jeżeli twój iphone nie działa, to jak teraz ze mną rozmawiasz?
  – Przez saaamsuuungaaa – rozryczał się na całego.
  O, Boże. Zerknąłem na Julitę i pokręciłem głową. Daniel dalej coś bełkotał, mogłem tylko potakiwać.
  – Aha. Aha. Tak. Rozumiem. Aha. Bardzo mi przykro. Jestem z tobą. Tak. Tak, wiem, ze teraz nic nie ma znaczenia, ale może zamów sobie pizzę, jest taka promocja... Nie, dziękuję, nie wsadzę jej sobie w... Nie, nie nienawidzę cię, wybaczam ci. Słuchaj, połóż się... połóż się, spróbuj zasnąć. Tak, wiem, że to nie zły sen, ale postaraj się odpocząć. Zadzwonię jutro. Tak na samsunga, bardzo mi przykro... Możemy przez Skype'a... tak, wiem, że to teraz Microsoft. Po prostu się połóż, ok? Cześć, trzymaj się.
  Odwróciłem się do sąsiadki, która patrzyła na mnie pytająco.
  – Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie. Kolega mówi, że wszystkie komputery Apple przestały działać.
  – Och, hm. To znaczy, że nikt w agencji nie będzie mógł pracować, nie tylko ja. – Maseczka na jej twarzy poruszyła się, jakby zrobiła jakiś grymas, którego nie byłem w stanie rozszyfrować.
  – Wszyscy u was pracują na Makach?
  – Wszyscy kreatywni. W księgowości i kadrach mają pecety, bo słyszałam, jak szef mówił, że poważni pracownicy muszą mieć prawdziwe komputery, cokolwiek to znaczy. – Wzięła się pod boki i wygięła brwi w łuk, jakby występowała w starym sitcomie.
  Zaczęło mi się robić nieswojo, więc pożegnałem się i opuściłem to dziwne miejsce. Po stronie plusów zapisałem fakt, że mogłem zatrzymać jednorazową maseczkę, którą zamierzałem prać codziennie. Po drugiej stronie... ech, chyba też powinienem położyć się do łóżka i spróbować przespać tę całą głupią pandemię.
  Tej nocy śniła mi się olbrzymia pizza z hamburgerami, spaghetti i kebabowym brzegiem. Pulchne klopsiki i połyskliwe oliwki pieściły mój wzrok, moje nozdrza drażniła zmysłowa mieszanka oregano, musztardy i ostrego sosu. Jednak ilekroć próbowałem zatopić zęby w tej uczcie, ktoś mi ją usuwał spod nosa. Płakałem, szarpałem, błagałem, ale nie dane mi było nawet polizać. Na granicy pola widzenia majaczyły groźne sylwetki, kołysały się pejsy i krawaty, rozbrzmiewały ponure inkantacje w starolesbisjkim. Mroczne siły tego świata sprzysięgły się, bym już nigdy nie zaznał smaku niczego lepszego od mrożonej fasolki.
  Obudziłem się zlany potem i zwinięty w pozycji płodowej zjadłem zawartość całej tubki dropsów ze śmiesznym dyspenserem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz