Dzień 10
198 przypadków
Z nerwów dostałem
obstrukcji, więc miałem dużo czasu na czytanie gazet, które
nabyłem. Dowiedziałem się z nich, że pandemia to syjonistyczny
spisek mający na celu wygubienie chrześcijan, a w Indiach zaczęli
dla niepoznaki. To na dokładkę do uchodźców, których
żydomasoneria nasłała na Europę, by się z nami zmieszali i
stworzyli podrasę, którą będzie sterować finansjera z Tel Awiwu
i Nowego Jorku. Ponadto ze zdziwieniem odkryłem, ilu jest w Polsce
zakamuflowanych Żydów, o których nie miałem pojęcia. Nie dość,
że pół rządu i trzy czwarte opozycji, to jeszcze ta znana aktorka
z tego serialu, ten słynny reżyser i większość moich ulubionych
pisarzy. Przerażająca wizja macek resortowej żydokomuny
oplatającej kraj sprawiła, że puściły mi w końcu zwieracze.
Uroniwszy łezkę za Wielką Lechię, podtarłem się artykułem o
chemicznych smugach kondensacyjnych, wymyłem ręce i zdezynfekowałem
moim wiernym odkażaczem. Zamknąłem drzwi wejściowe na łańcuch i
wyjrzałem zza firanki, czy aby nie idą judejscy roszczeniowcy,
restytuować sobie moje mienie. Co prawda mieszkałem w wielkiej
płycie, ale nigdy nic nie wiadomo.
Czułem, że dla zdrowia
psychicznego powinienem przerzucić się na prasę kolorową, ale te
kartki w „Chwili dla Ciebie” czy Tele Tygodniu” były takie
nieprzyjemnie śliskie i lichej jakości... Chyba zacząłem dostawać
rozstroju nerwowego.
Trudno mi było mym
prostym rozumem faceta, w którego ponadtrzydziestoletnim życiu nie
wydarzyło się nigdy nic bardziej katastroficznego od pękniętej
prezerwatywy, ogarnąć prędkość wydarzeń ostatnich dni. Czułem
się jak Ferdek Kiepski w tym odcinku, w którym odkrywa, że zaczyna
się starzeć i wszyscy wokół niego poruszają się w
przyspieszonym tempie, a on stoi jak ta gapa. To tak jakbyś chciał
usiąść na kanapie i zorientował się, że nie tylko ktoś ci ją
usunął spod tyłka, ale jeszcze zburzył dom, a na jego miejscu
wybetonował plac zabaw i właśnie usiadłeś dupą na karuzeli.
Jeszcze dwa miesiące
temu cała ta epidemia działa się gdzieś za wielką wodą, wśród
nie-białych ludzi. Miesiąc później była już w Europie, ale
wciąż z dala od naszej spokojnej prowincji; Mediolan, Lombardia –
to dla człowieka, który ostatnio najdalej był w Mysiadle, bo
zasnął w autobusie nocnym, nazwy tak egzotyczne jak Kuala Lumpur
czy Maui. Tydzień temu pojawił się wreszcie u nas, więc
pomyśleliśmy: „OK, teraz trzeba myć ręce przez 20 sekund i
rozejrzeć się za alternatywami dla papieru toaletowego”. A potem
wypadki potoczyły się lawinowo – pierwsze ofiary śmiertelne,
zamknięte biura, zamknięte szkoły, zamknięte supermarkety,
zamknięte lasy, ludzie mają gremialnie siedzieć w domach i
oszczędnie dawkować zupki chińskie. A teraz jeszcze Krzysztof
Ibisz. Jeśli nawet człowiek pokroju pana Krzysztofa Ibisza złapał
krwioletowicę, to znaczy, że każdy z nas może może złapać
krwioletowicę, to już nie abstrakcja. To ujmujące nas za mosznę
lodowate palce rzeczywistości.
Jak coś takiego może
się dziać tu, w Pierwszym Świecie, w Unii Europejskiej, w Polsce,
a co najważniejsze – w MOIM życiu? Nasz kraj może bidny,
pochmurny i paździerzowy, ale ma swoje zalety: nie ma trzęsień
ziemi, tsunami, wulkanów, malarii, muchy tse-tse, skorpionów,
czarnych mamb i czarnych wdów, terrorystów, separatystów, nawet
gangsterzy już w większości na emeryturze. Jest nudno, ale
przewidywalnie; niewytwornie, ale przytulnie i swojsko jak w garnku z
bigosem. Tak lubimy i nie chcemy tego zmieniać. Niech sobie na febrę
i gorączkę nilową umierają kolorowi gdzieś daleko w tropikalnym
buszu. Niby też ludzie, ale przecież wszyscy czujemy, że tak w
sumie nie do końca. To jak z tymi kilkudziesięcioma
„Kanadyjczykami” w zestrzelonym przez Iran samolocie – po
poskrobaniu okazuje się, że to Irańczycy z kanadyjskim paszportem,
a więc tacy niezupełnie prawdziwi Kanadyjczycy, nie ci, których
pra-pra-pradziad Jean-Philippe tłukł bobry w krzakach nad jeziorem
Ontario i strzelał do Irokezów. Owszem, odbyła się rytualna
żałoba nad „obywatelami kanadyjskimi”, ale czuć było między
wierszami, że gdyby zamiast brązowawych imigrantów zginęła
frankofońska wycieczka z Montrealu, to reakcja byłaby dużo
silniejsza, a na Zatokę Perską mogłaby nawet wpłynąć fregata
HMCS „Poutine” z arsenałem
syropu klonowego i uprzejmości na pokładzie. Tak samo u nas, nawet
Olisadebe był takim niby-Polakiem, strzelającą gole maskotką, a
co dopiero zwykłemu kebabiarzowi Ahmedowi czy majtkarzowi Nguyenowi
o polskości marzyć. Jeszcze ich dzieci i wnuki będą przyszywane,
niepełne i choćby po polsku mówiły od urodzenia i lepiej od nas,
to najgrzeczniejszym komentarzem, jaki usłyszą, będzie „pan to
pewnie z daleka?” Z tego daleka, gdzie dzikusy strzelają do siebie
ze starych kałachów i padają od jadu, trucizn, wirusów i
bakterii. Całego tego syfu, który powinien był zostać tam na
miejscu, tam daleko-daleko.
Poza
tym mamy przecież XXI wiek. Dżuma, ospa, polio – wszystko to
przeszłość. Teraz mamy lekarstwa, sprzęt i wiedzę, żadna
epidemia nie powinna nam być straszna. A tu jakaś żałosna grypa z
zaszlamionego bazaru w dziczy rzuca na kolana cały cywilizowany
świat. Gdzie szczepionka, ja się pytam? Gdzie pierdolona
szczepionka?! Niech rządy sypną jajogłowym hajsu i niech ci
wymyślą jakiś farmaceutyk, ale na jednej nodze! Jak słyszę, że
szczepionka będzie za rok-półtora, to aż mnie skręca. Za jaki
rok, ja chcę na zaraz! Ja żądam, ja się, kurwa, domagam!!! Czemu
nie można w miesiąc? Mają te lśniące laboratoria, te doktoraty,
te miliony dolarów, to w czym problem? Niech testują na bezdomnych,
do czegoś się wreszcie przydadzą. Albo na Hindusach, to w końcu
ich wina. Oni to gówno wypuścili w świat, niech teraz płacą. Ja
chcę normalnie żyć, ja chcę wyjść na koncert albo do baru, chcę
dotykać twarzy, chcę trzywarstwowego, tłoczonego rumiankowego
papieru toaletowego. Nie chcę się już bać i myć trzy razy chleba
pod bieżącą wodą. Żądam swojego cywilizowanego, zachodniego,
nowoczesnego stylu życia z powrotem.
Na
ulicach obchodzę wszystkich szerokim łukiem, żeby na mnie nie
nadyszeli swoim wirusem. Teraz o każdej porze można kogoś z psem
na spacerze spotkać, dzieciaki nie chodzą do szkoły, to się
szwendają po okolicy, rowerzyści nadjeżdżają znienacka, ciągnąc
za sobą kondensacyjną smugę zarazków jak te chemtraile co według
moich gazet Żydzi zrzucają z samolotów. Najgorsi jednak są
joggerzy, ci przekonani o własnej zajebistości niewolnicy ruchu,
którym by się świat zawalił, jakby te parę tygodni posiedzieli,
kurwa, na kanapie. Biegnie toto, zieje, sapie, z otwartej gęby
wyrzuca aerozol śliny i wirusów, wszystkich ma w dupie, wszystkich
wkoło by zaraził, byle tylko wyrobić normę kilosów na apce.
Robię uniki, odwracam głowę, a i tak mam wrażenie, jakbym był
cały oblepiony kleistym choróbskiem.
Pod
blokiem jakieś zamieszanie, okazało się, że ktoś podpierdolił
na policję pana Mariana z pierwszego piętra, że głośno kicha
przez otwarte okno. Właśnie go, wierzgającego i protestującego
paramedycy pakowali do karetki. Ratownicy byli zabezpieczeni jak stan
naszej służby zdrowia pozwalał: jeden miał na twarzy okulary
pływackie i maseczkę uszytą chyba ze starej piżamy; drugi mignął
mi tylko przez chwilę, ale mógłbym przysiąc, że owinął sobie
głowę foliową teczką na dokumenty. Sąsiedzi, najwyraźniej
przekonani, że od kogoś niekichającego
zarazić się nie można, stali w grupce i obserwowali scenę z
obłudnym zatroskaniem skrywającym niezdrową fascynację cudzym
nieszczęściem. Pani Petunia, z której domu katolicki głos
dobiegał ostatnio głośniej niż zwykle, stała na balkonie i po
chrześcijańsku pomstowała na „sodomię i gomorię”, ateistów,
antychrystów i „leźbijki” z szóstego piętra, które Pan Bóg
pokarze trądem, paraliżem i uschniętym sromem. Ktoś się zaśmiał,
ktoś oburzył, pan Stefan poinformował wszystkich przejętym
głosem, że do najbliższego wydania niedzielnej gazety dołączony
będzie cudowny medalik Maryi Łaskawej, pani Krystyna potwierdziła,
dodając, że i święty obrazek warto w oknie wystawić. Pan
Wojciesław zapytał z przekąsem, czy trzeba jeszcze drzwi jagnięcą
krwią skropić, ale go zakrzyczano, a pani Petunia spróbowała
opluć z balkonu, mało co nie spadając we własne hortensje. Potem
rozmowa zeszła na nową lokatorkę z ostatniego piętra, która
podobno była pielęgniarką i pracowała w szpitalu gdzie, kto wie,
może zwożono chorych na krwioletowicę, jak właśnie pana Mariana.
Pani Grażyna oświadczyła, że kategorycznie sobie nie życzy, żeby
„ktoś taki” chodził po tej samej klatce schodowej co ona,
jeździł tą samą windą i rozsiewał wszędzie to paskudztwo, co
pewnie z pracy przyniosła. Pan Janusz próbował ją mitygować, że
statystycznie, matematycznie, szanse na zarażenie są znikome, ale
większość osób poparła głośno jego żonę. Zapachniało
linczem; gdybym miał choć trochę kręgosłupa, stanąłbym w
obronie tej pielęgniarki, ale tylko wstrzymałem oddech, zamknąłem
oczy i przepchałem się do wejścia.
W
domu zmieniłem ubrania, a buty wystawiłem za drzwi, pomny SMS-a od
Julity z życzliwą informacją, że wirus utrzymuje się na
podeszwach nawet do 24 godzin. Po wymyciu rąk zacząłem metodycznie
przemywać spirytusem wszystkie zakupy. Dziwne, że nigdy wcześniej
o tym nie myślałem, przecież kładziemy te wszystkie produkty
spożywcze razem w lodówce, potem tą samą ręką dotykamy sera czy
wędliny jak i słoika dżemu oślizgłego od miliarda różnych
bakterii albo opakowania chipsów, na które ktoś nacharkał ebolą.
Oczywiście teraz tą samą ręką dotykałem najpierw nieodkażonego
produktu, potem ręcznika ze spirytusem, potem drzwi od lodówki,
potem znów spirytusu, potem plecaka, potem stołu – mikroby mogły
być już wszędzie. Poza tym jak długo i jak dokładnie trzeba
było przecierać opakowanie jogurtu, żeby je odkazić? Czy mam już
wirusy na włosach? Czy jeśli dotknę skażoną ręką kurtki, potem
spodni, potem umyję ręce, ale dotknę spodni, potem się podrapię
po policzku, to umrę? Zacisnąłem oczy i pucowałem butelkę po
butelce chmielowego uspokajacza, starając się nie myśleć.
Myślenie tylko szkodziło.
W tle grało, a raczej gadało radio. Pan premier przekonywał głosem
mężnym i stanowczym, że jesteśmy zwarci i gotowi do walki, nie
oddamy ani guzika i że w ogóle idzie nam świetnie i w tej walce
wyprzedziliśmy już Europę i pół świata. Testów u nas robi się
bardzo dużo, a że mniej niż wszędzie indziej to dlatego, że
więcej nie potrzeba, bo Polacy to naród północny i, jak wszystkim
wiadomo, zahartowany w bojach z grypą i anginą. Nasze organizmy po
prostu radzą sobie z infekcjami lepiej niż ciepłolubnych mięczaków
z południa. Minister z brodą chwalił lekarzy i personel medyczny
za zaangażowanie i poświęcenie, tylko poprosił, żeby się nie
odzywali. Poprosił za pomocą rozporządzenia. Szczyt zachorowań
dopiero przed nami, więc lekarze i pielęgniarki powinni rzucić
wszystkie siły na szaniec walki z krwioletowicą, a nie mleć
językiem po mediach i to zwłaszcza tych podejrzanie
nieprzychylnych. Za niesubordynację mogą czekać ich konsekwencje
służbowe, nawet w postaci obcięcia premii. Na sugestię
dziennikarzy, że w państwowy personel medyczny chyba nie dostaje
premii, pan minister bardzo się zdziwił, bo on jest z zawodu
lekarzem i premię pobiera co miesiąc. W tym momencie konferencja
została zakończona, więc nie dowiedziałem się ile i za co
konkretnie pan minister dostaję premię, ale mogę sobie wyobrazić,
że za piękną brodę i te oczy podkrążone.
O zachodzie słońca wyszedłem na mojego kojącego nerwy papieroska.
Wieczór był ciepły i jakoś tak nieprzystająco optymistyczny.
Zaczynały kwitnąć bzy, między blokami obijał się krzyk
pierwszych powracających z zimowiska jerzyków. Na drzwiach
wejściowych do bloku naklejono obwieszczenie informujące, iż rada
osiedla organizuje walne zebranie w celu przedyskutowania reguł
„social distansingu”. Pan Czesław właśnie mówił do pana
Stefana, że to pewnie o tych imigrantów chodzi, co do nas
przyjeżdżają tylko po socjal i na dansingi, polskie dziewczyny
bałamucić. Wyminąłem sąsiadów i odszedłem na bezpieczną
odległość, rozkoszować się moją nikotyną w spokoju. Azaliż
pod krzakiem bzu ujrzałem jakiegoś pochylonego w pół zażywnego
jegomościa, którego rozpoznałem nie tyle po przetartym siedzeniu
sztruksów, co po głosie.
– Fafik! Noż, Fafik, cholero ty!
– Panie Bronku?
– Uszanowanie, panie Czarku. No wlazła cholera w krzaczory i
wyliźć nie chce. – Pan Bronek wyprostował się z trudem i
stęknięciem. – Chyba mu się udziela atmosfera, jak to mówiom.
Wstydliwy się jakiś zrobił, strachliwy. Dobra, tam se sraj, jak
musisz! Pan kopsnie fajeczkie, panie somsiad, pustom paczkie w
kurtkie wziąłem.
Kopsnąłem, ognia użyczyłem i puściliśmy sobie zgodnie dymka,
zapatrzeni w krzew bzu, pod którym Fafik załatwiał interes. Po
otaczającej pana Bronka aurze i poczerwieniałym nosie poznałem, że
nie żałuje sobie swojego lekarstwa.
– No i patrz pan, jednak kwarantannę nam zasolili – odezwał się
od niechcenia. – Mówiłem, żeby tego letko nie traktować, bo się
jeszcze możem nogamy nakryć. I co, łazisz pan do roboty czy tkwisz
w chałupie i na łonlajnach robisz?
– Na łon... online, znaczy, tak. A jak tam u pana z pracą?
Przestój?
– No, fuszek trochu mniej, nie powiem, przerzedziło się. Ale
zupełnego zastoju w interesie tyż ni ma. Hydraulik, wiesz pan, jest
jak lekarz – takoż profesja niezbędna, choć nie zawsze pierwszej
potrzeby. Jak panu kranik cieknie, to się pan możesz parę tygodni
wstrzymać z wizytom, ale jak kolanko puści, to nie ma przebacz,
trza walić do specjalisty.
Obok przeszła roześmiana grupka nastolatków, wśród nich Adrian,
syn Nowaków z piętra wyżej. Ukłonił się nawet i dobry wieczór
nam powiedział, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, kątem oka
dostrzegłem jak pan Bronek spurpurowiał na twarzy.
– Do domu!!! – ryknął jak niedźwiedź. – Kwarantannę
uskuteczniać! Co to za włóczęgi, o zakazie zgromadzeń nie
słyszeli? Rodzice wiedzom, że się tak razem szwendacie? Żebym ja
im nie powiedział, wszystkich was tu znam, młokosy. I co się tak
gapicie jak Żyd na chałkie? Won mnie stond w te pędy!
Dzieciaki stały przerażone i zbaraniałe, popatrzyły na siebie,
popatrzyły na mnie, ale że też zrobiłem groźną minę, to się
potulnie rozeszły, każde w swoją stronę. Pan Bronek oddychał
ciężko przez chwilę, otarł czoło i strzepnął zamaszystym
ruchem papierosa.
– Gówniarzeria bezmózga. Jak se wcześniej nad rzeczkie na spacer
poszłem, to tam całe tabuny tych szczeniaków siedzom. Młodsze,
starsze, jedne to się nawet z piwskiem specjalnie nie kryjom i te
swoje hipisowskie świństwo jarajom. No normalnie się pętakom w
dupach poprzewracało i myślom, że wakacje majom. Na co dzień nie
idzie ich z domu wygonić, żeby se w piłkie pograli czy kota
poganiali jak za moich czasów, tylko nad tym srajfonami siedzom,
blade i miętkie. Wiem, bo wnuka mam. Ale jak im raz pan powiesz, że
kwarantanna, że izolacja, żeby se w swojem pokoju troszku
posiedzieli, to nie! Akurat wtedy muszom smarkacze zrobić naprzeciw
i wyjść się spotkać ze swoimi głupimi, małymi przyjaciółmi.
Muszom, bo się, kurwa, uduszom. A potem przyniesom do domu to
wirusisko, matkie rodzicielkie zarażom, łojca dobrodzieja zarażom
albo babkie seniorkie, co z racji wieku w grupie najwyższego
zagrożenia kojfnięciem się znajduje. I wtedy to płacz bydzie i
zgrzytanie zębów. Na miejscu rodziców to bym baczniej zafajdańców
pilnował i pas puścił w ruch, jakbym przez okno ze znajomkami
obaczył.
– Albo pod kluczem trzymać...
– Alibo pod kluczem trzymać, słusznie, panie Czarku. Nie
rozbrabniać się z tałatajstwem.
– Bo rozpuszczona ta dzisiejsza smarkateria. Bezstresowo chowana.
Dzieciaki od małego potrzebują dyscypliny, a nie „projektu
dziecko”. Balet, pianino, lekcje chińskiego w przedszkolu, a jak
przychodzi co do czego, to się okazuje, że żadnych wartości im
nie wpojono. Nie to co kiedyś. Jak mnie ojciec na sylwestra sprał
to do Wielkanocy jak w zegarku chodziłem.
– O to, to, dobrze pan prawisz. Na mnie staruszek nieboszczyk nigdy
ręki nie podniósł, bo wiedział, że ciężkom ma od roboty w
hucie Lenina. Ale za to matula to mnie potrafiła złoić aż
fyrgało. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. – Moresu mnie to
nauczyło. Ale teraz, panie, ponoć bachorowi nawet klapsa nie można
zasadzić, bo na kolegium pana podadzom. Upadek obyczajów.
– Upadek. I rozkład.
– Rozkład, proszę pana i zepsucie.
Pokiwałem głową, pan Bronek pokiwał głową i tak dopaliliśmy
papierosy milcząco zjednoczeni w potępieniu degrengolady czasów
obecnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz