sobota, 2 maja 2020

Dzień 10


Dzień 10
198 przypadków

  Z nerwów dostałem obstrukcji, więc miałem dużo czasu na czytanie gazet, które nabyłem. Dowiedziałem się z nich, że pandemia to syjonistyczny spisek mający na celu wygubienie chrześcijan, a w Indiach zaczęli dla niepoznaki. To na dokładkę do uchodźców, których żydomasoneria nasłała na Europę, by się z nami zmieszali i stworzyli podrasę, którą będzie sterować finansjera z Tel Awiwu i Nowego Jorku. Ponadto ze zdziwieniem odkryłem, ilu jest w Polsce zakamuflowanych Żydów, o których nie miałem pojęcia. Nie dość, że pół rządu i trzy czwarte opozycji, to jeszcze ta znana aktorka z tego serialu, ten słynny reżyser i większość moich ulubionych pisarzy. Przerażająca wizja macek resortowej żydokomuny oplatającej kraj sprawiła, że puściły mi w końcu zwieracze. Uroniwszy łezkę za Wielką Lechię, podtarłem się artykułem o chemicznych smugach kondensacyjnych, wymyłem ręce i zdezynfekowałem moim wiernym odkażaczem. Zamknąłem drzwi wejściowe na łańcuch i wyjrzałem zza firanki, czy aby nie idą judejscy roszczeniowcy, restytuować sobie moje mienie. Co prawda mieszkałem w wielkiej płycie, ale nigdy nic nie wiadomo.
  Czułem, że dla zdrowia psychicznego powinienem przerzucić się na prasę kolorową, ale te kartki w „Chwili dla Ciebie” czy Tele Tygodniu” były takie nieprzyjemnie śliskie i lichej jakości... Chyba zacząłem dostawać rozstroju nerwowego.
  Trudno mi było mym prostym rozumem faceta, w którego ponadtrzydziestoletnim życiu nie wydarzyło się nigdy nic bardziej katastroficznego od pękniętej prezerwatywy, ogarnąć prędkość wydarzeń ostatnich dni. Czułem się jak Ferdek Kiepski w tym odcinku, w którym odkrywa, że zaczyna się starzeć i wszyscy wokół niego poruszają się w przyspieszonym tempie, a on stoi jak ta gapa. To tak jakbyś chciał usiąść na kanapie i zorientował się, że nie tylko ktoś ci ją usunął spod tyłka, ale jeszcze zburzył dom, a na jego miejscu wybetonował plac zabaw i właśnie usiadłeś dupą na karuzeli.
  Jeszcze dwa miesiące temu cała ta epidemia działa się gdzieś za wielką wodą, wśród nie-białych ludzi. Miesiąc później była już w Europie, ale wciąż z dala od naszej spokojnej prowincji; Mediolan, Lombardia – to dla człowieka, który ostatnio najdalej był w Mysiadle, bo zasnął w autobusie nocnym, nazwy tak egzotyczne jak Kuala Lumpur czy Maui. Tydzień temu pojawił się wreszcie u nas, więc pomyśleliśmy: „OK, teraz trzeba myć ręce przez 20 sekund i rozejrzeć się za alternatywami dla papieru toaletowego”. A potem wypadki potoczyły się lawinowo – pierwsze ofiary śmiertelne, zamknięte biura, zamknięte szkoły, zamknięte supermarkety, zamknięte lasy, ludzie mają gremialnie siedzieć w domach i oszczędnie dawkować zupki chińskie. A teraz jeszcze Krzysztof Ibisz. Jeśli nawet człowiek pokroju pana Krzysztofa Ibisza złapał krwioletowicę, to znaczy, że każdy z nas może może złapać krwioletowicę, to już nie abstrakcja. To ujmujące nas za mosznę lodowate palce rzeczywistości.
  Jak coś takiego może się dziać tu, w Pierwszym Świecie, w Unii Europejskiej, w Polsce, a co najważniejsze – w MOIM życiu? Nasz kraj może bidny, pochmurny i paździerzowy, ale ma swoje zalety: nie ma trzęsień ziemi, tsunami, wulkanów, malarii, muchy tse-tse, skorpionów, czarnych mamb i czarnych wdów, terrorystów, separatystów, nawet gangsterzy już w większości na emeryturze. Jest nudno, ale przewidywalnie; niewytwornie, ale przytulnie i swojsko jak w garnku z bigosem. Tak lubimy i nie chcemy tego zmieniać. Niech sobie na febrę i gorączkę nilową umierają kolorowi gdzieś daleko w tropikalnym buszu. Niby też ludzie, ale przecież wszyscy czujemy, że tak w sumie nie do końca. To jak z tymi kilkudziesięcioma „Kanadyjczykami” w zestrzelonym przez Iran samolocie – po poskrobaniu okazuje się, że to Irańczycy z kanadyjskim paszportem, a więc tacy niezupełnie prawdziwi Kanadyjczycy, nie ci, których pra-pra-pradziad Jean-Philippe tłukł bobry w krzakach nad jeziorem Ontario i strzelał do Irokezów. Owszem, odbyła się rytualna żałoba nad „obywatelami kanadyjskimi”, ale czuć było między wierszami, że gdyby zamiast brązowawych imigrantów zginęła frankofońska wycieczka z Montrealu, to reakcja byłaby dużo silniejsza, a na Zatokę Perską mogłaby nawet wpłynąć fregata HMCS „Poutine” z arsenałem syropu klonowego i uprzejmości na pokładzie. Tak samo u nas, nawet Olisadebe był takim niby-Polakiem, strzelającą gole maskotką, a co dopiero zwykłemu kebabiarzowi Ahmedowi czy majtkarzowi Nguyenowi o polskości marzyć. Jeszcze ich dzieci i wnuki będą przyszywane, niepełne i choćby po polsku mówiły od urodzenia i lepiej od nas, to najgrzeczniejszym komentarzem, jaki usłyszą, będzie „pan to pewnie z daleka?” Z tego daleka, gdzie dzikusy strzelają do siebie ze starych kałachów i padają od jadu, trucizn, wirusów i bakterii. Całego tego syfu, który powinien był zostać tam na miejscu, tam daleko-daleko.
  Poza tym mamy przecież XXI wiek. Dżuma, ospa, polio – wszystko to przeszłość. Teraz mamy lekarstwa, sprzęt i wiedzę, żadna epidemia nie powinna nam być straszna. A tu jakaś żałosna grypa z zaszlamionego bazaru w dziczy rzuca na kolana cały cywilizowany świat. Gdzie szczepionka, ja się pytam? Gdzie pierdolona szczepionka?! Niech rządy sypną jajogłowym hajsu i niech ci wymyślą jakiś farmaceutyk, ale na jednej nodze! Jak słyszę, że szczepionka będzie za rok-półtora, to aż mnie skręca. Za jaki rok, ja chcę na zaraz! Ja żądam, ja się, kurwa, domagam!!! Czemu nie można w miesiąc? Mają te lśniące laboratoria, te doktoraty, te miliony dolarów, to w czym problem? Niech testują na bezdomnych, do czegoś się wreszcie przydadzą. Albo na Hindusach, to w końcu ich wina. Oni to gówno wypuścili w świat, niech teraz płacą. Ja chcę normalnie żyć, ja chcę wyjść na koncert albo do baru, chcę dotykać twarzy, chcę trzywarstwowego, tłoczonego rumiankowego papieru toaletowego. Nie chcę się już bać i myć trzy razy chleba pod bieżącą wodą. Żądam swojego cywilizowanego, zachodniego, nowoczesnego stylu życia z powrotem.
  Na ulicach obchodzę wszystkich szerokim łukiem, żeby na mnie nie nadyszeli swoim wirusem. Teraz o każdej porze można kogoś z psem na spacerze spotkać, dzieciaki nie chodzą do szkoły, to się szwendają po okolicy, rowerzyści nadjeżdżają znienacka, ciągnąc za sobą kondensacyjną smugę zarazków jak te chemtraile co według moich gazet Żydzi zrzucają z samolotów. Najgorsi jednak są joggerzy, ci przekonani o własnej zajebistości niewolnicy ruchu, którym by się świat zawalił, jakby te parę tygodni posiedzieli, kurwa, na kanapie. Biegnie toto, zieje, sapie, z otwartej gęby wyrzuca aerozol śliny i wirusów, wszystkich ma w dupie, wszystkich wkoło by zaraził, byle tylko wyrobić normę kilosów na apce. Robię uniki, odwracam głowę, a i tak mam wrażenie, jakbym był cały oblepiony kleistym choróbskiem.
  Pod blokiem jakieś zamieszanie, okazało się, że ktoś podpierdolił na policję pana Mariana z pierwszego piętra, że głośno kicha przez otwarte okno. Właśnie go, wierzgającego i protestującego paramedycy pakowali do karetki. Ratownicy byli zabezpieczeni jak stan naszej służby zdrowia pozwalał: jeden miał na twarzy okulary pływackie i maseczkę uszytą chyba ze starej piżamy; drugi mignął mi tylko przez chwilę, ale mógłbym przysiąc, że owinął sobie głowę foliową teczką na dokumenty. Sąsiedzi, najwyraźniej przekonani, że od kogoś niekichającego zarazić się nie można, stali w grupce i obserwowali scenę z obłudnym zatroskaniem skrywającym niezdrową fascynację cudzym nieszczęściem. Pani Petunia, z której domu katolicki głos dobiegał ostatnio głośniej niż zwykle, stała na balkonie i po chrześcijańsku pomstowała na „sodomię i gomorię”, ateistów, antychrystów i „leźbijki” z szóstego piętra, które Pan Bóg pokarze trądem, paraliżem i uschniętym sromem. Ktoś się zaśmiał, ktoś oburzył, pan Stefan poinformował wszystkich przejętym głosem, że do najbliższego wydania niedzielnej gazety dołączony będzie cudowny medalik Maryi Łaskawej, pani Krystyna potwierdziła, dodając, że i święty obrazek warto w oknie wystawić. Pan Wojciesław zapytał z przekąsem, czy trzeba jeszcze drzwi jagnięcą krwią skropić, ale go zakrzyczano, a pani Petunia spróbowała opluć z balkonu, mało co nie spadając we własne hortensje. Potem rozmowa zeszła na nową lokatorkę z ostatniego piętra, która podobno była pielęgniarką i pracowała w szpitalu gdzie, kto wie, może zwożono chorych na krwioletowicę, jak właśnie pana Mariana. Pani Grażyna oświadczyła, że kategorycznie sobie nie życzy, żeby „ktoś taki” chodził po tej samej klatce schodowej co ona, jeździł tą samą windą i rozsiewał wszędzie to paskudztwo, co pewnie z pracy przyniosła. Pan Janusz próbował ją mitygować, że statystycznie, matematycznie, szanse na zarażenie są znikome, ale większość osób poparła głośno jego żonę. Zapachniało linczem; gdybym miał choć trochę kręgosłupa, stanąłbym w obronie tej pielęgniarki, ale tylko wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i przepchałem się do wejścia.
  W domu zmieniłem ubrania, a buty wystawiłem za drzwi, pomny SMS-a od Julity z życzliwą informacją, że wirus utrzymuje się na podeszwach nawet do 24 godzin. Po wymyciu rąk zacząłem metodycznie przemywać spirytusem wszystkie zakupy. Dziwne, że nigdy wcześniej o tym nie myślałem, przecież kładziemy te wszystkie produkty spożywcze razem w lodówce, potem tą samą ręką dotykamy sera czy wędliny jak i słoika dżemu oślizgłego od miliarda różnych bakterii albo opakowania chipsów, na które ktoś nacharkał ebolą. Oczywiście teraz tą samą ręką dotykałem najpierw nieodkażonego produktu, potem ręcznika ze spirytusem, potem drzwi od lodówki, potem znów spirytusu, potem plecaka, potem stołu – mikroby mogły być już wszędzie. Poza tym jak długo i jak dokładnie trzeba było przecierać opakowanie jogurtu, żeby je odkazić? Czy mam już wirusy na włosach? Czy jeśli dotknę skażoną ręką kurtki, potem spodni, potem umyję ręce, ale dotknę spodni, potem się podrapię po policzku, to umrę? Zacisnąłem oczy i pucowałem butelkę po butelce chmielowego uspokajacza, starając się nie myśleć. Myślenie tylko szkodziło.
  W tle grało, a raczej gadało radio. Pan premier przekonywał głosem mężnym i stanowczym, że jesteśmy zwarci i gotowi do walki, nie oddamy ani guzika i że w ogóle idzie nam świetnie i w tej walce wyprzedziliśmy już Europę i pół świata. Testów u nas robi się bardzo dużo, a że mniej niż wszędzie indziej to dlatego, że więcej nie potrzeba, bo Polacy to naród północny i, jak wszystkim wiadomo, zahartowany w bojach z grypą i anginą. Nasze organizmy po prostu radzą sobie z infekcjami lepiej niż ciepłolubnych mięczaków z południa. Minister z brodą chwalił lekarzy i personel medyczny za zaangażowanie i poświęcenie, tylko poprosił, żeby się nie odzywali. Poprosił za pomocą rozporządzenia. Szczyt zachorowań dopiero przed nami, więc lekarze i pielęgniarki powinni rzucić wszystkie siły na szaniec walki z krwioletowicą, a nie mleć językiem po mediach i to zwłaszcza tych podejrzanie nieprzychylnych. Za niesubordynację mogą czekać ich konsekwencje służbowe, nawet w postaci obcięcia premii. Na sugestię dziennikarzy, że w państwowy personel medyczny chyba nie dostaje premii, pan minister bardzo się zdziwił, bo on jest z zawodu lekarzem i premię pobiera co miesiąc. W tym momencie konferencja została zakończona, więc nie dowiedziałem się ile i za co konkretnie pan minister dostaję premię, ale mogę sobie wyobrazić, że za piękną brodę i te oczy podkrążone.
  O zachodzie słońca wyszedłem na mojego kojącego nerwy papieroska. Wieczór był ciepły i jakoś tak nieprzystająco optymistyczny. Zaczynały kwitnąć bzy, między blokami obijał się krzyk pierwszych powracających z zimowiska jerzyków. Na drzwiach wejściowych do bloku naklejono obwieszczenie informujące, iż rada osiedla organizuje walne zebranie w celu przedyskutowania reguł „social distansingu”. Pan Czesław właśnie mówił do pana Stefana, że to pewnie o tych imigrantów chodzi, co do nas przyjeżdżają tylko po socjal i na dansingi, polskie dziewczyny bałamucić. Wyminąłem sąsiadów i odszedłem na bezpieczną odległość, rozkoszować się moją nikotyną w spokoju. Azaliż pod krzakiem bzu ujrzałem jakiegoś pochylonego w pół zażywnego jegomościa, którego rozpoznałem nie tyle po przetartym siedzeniu sztruksów, co po głosie.
  – Fafik! Noż, Fafik, cholero ty!
  – Panie Bronku?
  – Uszanowanie, panie Czarku. No wlazła cholera w krzaczory i wyliźć nie chce. – Pan Bronek wyprostował się z trudem i stęknięciem. – Chyba mu się udziela atmosfera, jak to mówiom. Wstydliwy się jakiś zrobił, strachliwy. Dobra, tam se sraj, jak musisz! Pan kopsnie fajeczkie, panie somsiad, pustom paczkie w kurtkie wziąłem.
  Kopsnąłem, ognia użyczyłem i puściliśmy sobie zgodnie dymka, zapatrzeni w krzew bzu, pod którym Fafik załatwiał interes. Po otaczającej pana Bronka aurze i poczerwieniałym nosie poznałem, że nie żałuje sobie swojego lekarstwa.
  – No i patrz pan, jednak kwarantannę nam zasolili – odezwał się od niechcenia. – Mówiłem, żeby tego letko nie traktować, bo się jeszcze możem nogamy nakryć. I co, łazisz pan do roboty czy tkwisz w chałupie i na łonlajnach robisz?
  – Na łon... online, znaczy, tak. A jak tam u pana z pracą? Przestój?
  – No, fuszek trochu mniej, nie powiem, przerzedziło się. Ale zupełnego zastoju w interesie tyż ni ma. Hydraulik, wiesz pan, jest jak lekarz – takoż profesja niezbędna, choć nie zawsze pierwszej potrzeby. Jak panu kranik cieknie, to się pan możesz parę tygodni wstrzymać z wizytom, ale jak kolanko puści, to nie ma przebacz, trza walić do specjalisty.
  Obok przeszła roześmiana grupka nastolatków, wśród nich Adrian, syn Nowaków z piętra wyżej. Ukłonił się nawet i dobry wieczór nam powiedział, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, kątem oka dostrzegłem jak pan Bronek spurpurowiał na twarzy.
  – Do domu!!! – ryknął jak niedźwiedź. – Kwarantannę uskuteczniać! Co to za włóczęgi, o zakazie zgromadzeń nie słyszeli? Rodzice wiedzom, że się tak razem szwendacie? Żebym ja im nie powiedział, wszystkich was tu znam, młokosy. I co się tak gapicie jak Żyd na chałkie? Won mnie stond w te pędy!
  Dzieciaki stały przerażone i zbaraniałe, popatrzyły na siebie, popatrzyły na mnie, ale że też zrobiłem groźną minę, to się potulnie rozeszły, każde w swoją stronę. Pan Bronek oddychał ciężko przez chwilę, otarł czoło i strzepnął zamaszystym ruchem papierosa.
  – Gówniarzeria bezmózga. Jak se wcześniej nad rzeczkie na spacer poszłem, to tam całe tabuny tych szczeniaków siedzom. Młodsze, starsze, jedne to się nawet z piwskiem specjalnie nie kryjom i te swoje hipisowskie świństwo jarajom. No normalnie się pętakom w dupach poprzewracało i myślom, że wakacje majom. Na co dzień nie idzie ich z domu wygonić, żeby se w piłkie pograli czy kota poganiali jak za moich czasów, tylko nad tym srajfonami siedzom, blade i miętkie. Wiem, bo wnuka mam. Ale jak im raz pan powiesz, że kwarantanna, że izolacja, żeby se w swojem pokoju troszku posiedzieli, to nie! Akurat wtedy muszom smarkacze zrobić naprzeciw i wyjść się spotkać ze swoimi głupimi, małymi przyjaciółmi. Muszom, bo się, kurwa, uduszom. A potem przyniesom do domu to wirusisko, matkie rodzicielkie zarażom, łojca dobrodzieja zarażom albo babkie seniorkie, co z racji wieku w grupie najwyższego zagrożenia kojfnięciem się znajduje. I wtedy to płacz bydzie i zgrzytanie zębów. Na miejscu rodziców to bym baczniej zafajdańców pilnował i pas puścił w ruch, jakbym przez okno ze znajomkami obaczył.
  – Albo pod kluczem trzymać...
  – Alibo pod kluczem trzymać, słusznie, panie Czarku. Nie rozbrabniać się z tałatajstwem.
  – Bo rozpuszczona ta dzisiejsza smarkateria. Bezstresowo chowana. Dzieciaki od małego potrzebują dyscypliny, a nie „projektu dziecko”. Balet, pianino, lekcje chińskiego w przedszkolu, a jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że żadnych wartości im nie wpojono. Nie to co kiedyś. Jak mnie ojciec na sylwestra sprał to do Wielkanocy jak w zegarku chodziłem.
  – O to, to, dobrze pan prawisz. Na mnie staruszek nieboszczyk nigdy ręki nie podniósł, bo wiedział, że ciężkom ma od roboty w hucie Lenina. Ale za to matula to mnie potrafiła złoić aż fyrgało. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. – Moresu mnie to nauczyło. Ale teraz, panie, ponoć bachorowi nawet klapsa nie można zasadzić, bo na kolegium pana podadzom. Upadek obyczajów.
  – Upadek. I rozkład.
  – Rozkład, proszę pana i zepsucie.
  Pokiwałem głową, pan Bronek pokiwał głową i tak dopaliliśmy papierosy milcząco zjednoczeni w potępieniu degrengolady czasów obecnych.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz