Dzień 15
869 przypadków
Książki drzemały na
regale meblościanki za przykurzoną szklaną gablotką. Były to w
większości PRL-owskie wydania w tanich, papierowych okładkach,
wymięte i pożółkłe ze starości. Głównie standardowy zestaw
klasyki obecny w wielu polskich domach: trochę Sienkiewicza, trochę
Szekspira, czterech wieszczów dzieła zebrane, tu Tołstoj, tam
Dumas, ówdzie Lem, Wiech czy inny Morcinek. Gromadzone przez dekady
komuny z inteligenckiego poczucia obowiązku i zgrzebnomieszczańskich
aspiracji, po transformacji trzymane raczej z przyzwyczajenia i
apatii niż rzeczywiście dla lektury. Na samej górze stało parę
nadpróchniałych woluminów o statusie pamiątki po dziadkach; na
najniższych pólkach tłoczyło się kilkanaście błyszczących
powieści zagranicznych wydanych już w latach 90. – Grisham, King,
Crichton i powciskane między nie pociągowe czytadła, których
sumienie nie pozwalało wyrzucać.
– W ogóle nic nie
czyta, cep i prymityw jeden. Tylko przed tym świecącym pudłem
siedzi. Troglodyta i ignorant. Gablotkę by chociaż z kurzu
przetarł, a nie – zrzędziła „Wojna i pokój”, wiercąc się
na półce.
– Się paniusia tak nie
rozpycha, ciasno tu, a pani gruba i ciężka w lekturze – warknął
stojący obok „Zły”.
– Wot cham i durak!
– W ząbek czesany –
zachichotał „Śmiech śmiechem”.
– Darujcie sobie te
jałowe swary i tak nie ma dla nas nadziei... – wtrąciła
posępnie „Dżuma”.
– Ależ na pewno
niedługo kogoś z nas weźmie – ćwierknęło optymistycznie
„Przedwiośnie” w okładce z zawadiacko pozaginanymi rogami.
– W piecu skończymy,
wspomnicie moje słowa...
– A pani kiedy ostatni
raz była czytana? – zagadnął „Lalkę” elegancki „Pan
Tadeusz” w skórzanej oprawie.
– No wie pan... –
obruszyła się „Lalka” i spróbowała wstrząsnąć
podstarzałymi kartkami, ale nie mogła, gdyż była książką.
– Ja byłam kilka lat
temu pożyczona – zaszczebiotała z dolnej półki „Gra Endera”
w połyskliwej, choć trochę wygniecionej okładce. – To dlatego,
że jestem słynna, lekko napisana i dobrze przetłumaczona.
– Dzieciarnia milczeć!
Tania grafomania dla plebsu... – burknął zdegustowany „Pilot
Pirx”.
– Ciekawa fantastyka
dla młodego czytelnika! Ty, wujek, tak przynudzasz, że się przez
to przebrnąć nie da – stanął w obronie sąsiadki „Park
Jurajski”.
– Hę? O co ten rwetes,
huncwoty i nicponie? Nie słyszę! – sapnęła z góry
przedwojenna, nadszarpnięta zębem czasu „Lokomotywa”.
– Na dnie popiołu
gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie! – zagrzmiał
bez związku VIII tom „Pism wszystkich” Norwida, a pozostałe
dziesięć tomów przytaknęło mu gromkimi „azaliż”, „przeto”
i „zawżdy”.
– Jesteśmy
międzynarodowymi bestsellerami!– zapiszczały chórem „Firma”,
„Misery” i „Tożsamość Bourne'a”. – Domagamy się
uznania, szacunku i dostępu do większej przestrzeni półkowej!
– Uznanie? Dostęp?
Rozbestwieni dewizowcy! Ja wam zaraz, ja wam zaraz... – syczał
groźnie „Zły”, trzęsąc się z gniewu.
– Ale cóż się tam
wyprawia? Nic nie słyszę, łapserdaki! – skarżyła się
„Lokomotywa”, a pot z niej spływał.
– Szmira! Amerykańska
tandeta! Imperialiści!
– Zbutwiałe dinozaury!
Ramoty! Ciężkostrawne gnioty!
– CISZA! Idzie! –
„Przedwiośnie” niemal podskoczyło z ekscytacji. – Idzie! O,
gapi się na nas, zaraz kogoś wybierze, mówię wam...!
– Jakoś mu dziwnie z
oczu patrzy... – zauważyła ponuro „Dżuma”.
– Nonsens! Po prostu na
lekturę mu się zebrało. Może ma ochotę na narodową klasykę...?
– Powieść przygodową?
– Wymagające science
fiction?
– Azaliż...?
Drzwiczki gablotki
otworzyły się ze skrzypnięciem i do środka wsunęła się
owłosiona dłoń z niedomytymi paznokciami. Chwilę się wahała,
kiwając palcem na boki, aż wreszcie pochwyciła „Przedwiośnie”.
– Hurrrrrra! –
Powieść przylgnęła do ręki człowieka, moszcząc się w niej
wygodnie. – Przykro mi kochani, wasza kolej innym razem! Będziemy
teraz czytać, tak? Gdzie siadamy? Na fotelu, na kanapie... o,
idziemy gdzie indziej? Dobrze, do kuchni? Nie? O, tutaj...? No
naprawdę, bywałem czytane w bardziej godnych miejscach... No niech
będzie, to co, otwieramy? Ekhm... Ojciec nosił nazwisko Baryka,
imię... Uch, dobrze, że nie
mam nosa. Zaraz, zaraz, co ty robisz? Puść tę kartkę! Nie!!!
*rrrwp!*
Boli!!! O, Boże wszechmogący, co ty... Gdzie ty tę kartkę... Nie,
nie waż się! Ty barbarzyńco, ty... *rrrwp!*
Ała! O, Jezu Chryste, co za ból! Moja godność! Ratunku! Na pomoc!
Na pomoc!!!
Książki
na regale zamarły w zgrozie. Z oddali dobiegały przeraźliwe krzyki
„Przedwiośnia”, odgłosy rwanych kartek i rytmiczne mokre
szuranie. Łkania pohańbionej klasyki stopniowo słabły, by
wreszcie umilknąć całkowicie, utopione w szumie jakby wodogrzmotu.
Potem zapadła martwa cisza.
–
O, kurewność – rzekł VIII tom „Pism wszystkich” Norwida.
*
Mam
tylko nadzieję, że rury się nie zapchają, pomyślałem,
spuszczając po raz drugi wodę. Życie zmusza nas czasem do
podejmowania dramatycznych wyborów, choć akurat Żeromskiemu się
zbierało od liceum.
Wieść
o tajemniczej awarii elektroniki od Apple szybko obiegła glob. Media
informowały o osobistych tragediach ludzi, którzy z dnia na dzień
potracili swoje zdjęcia na tle Taj Mahal i możliwość
słuchania Arcade Fire na iTunes. Przez świat przetaczała się fala
samobójstw, osobliwie poprzez powieszenie na bardzo długim szaliku.
W Warszawie ruch tramwajowy został sparaliżowany z uwagi na liczbę
osób rzucających się na tory na Pl. Zbawiciela. Zaniepokojony
sytuacją doniosłem na Daniela do telefonu zaufania; lepiej, żeby
go wzięli w kaftan niż jakby miał się utopić w bezalkoholowym
winie.
W
domu nie mogłem się na niczym skupić. Dzięki przymusowemu
zamknięciu w czterech ścianach Januszowie z góry mieli okazję się
do siebie zbliżyć, skutkiem czego od tygodnia dochodziły stamtąd
regularne odgłosy awantur. Pan Janusz darł się na syna, pani
Grażyna na Janusza, a syn zamykał w swoim pokoju. Ponieważ od
ciągłego trzaskania drzwiami brzęczały u mnie butelki po piwie,
miałem do wyboru albo posprzątać, albo wyjść na spacer w celu
zrealizowania niezbędnych potrzeb życiowych. Zadzierzgnąłem więc
na głowie moją majtkową maseczkę i udałem się na świeże
powietrze, podreperować zdrowie psychiczne.
Ulice
były wyludnione. Place zabaw owinięto całunem czarnej folii,
pojemniki na używaną odzież zaplombowano, wszelkiego rodzaju
lokale, gabinety i salony zamknięto na głucho. Wszędzie w oczy
kłuły wydrukowane na domowych drukarkach obwieszczenia: „zamknięte
z powodu krwioletowicy”, „niedostępne do odwołania wzwiąsku z
zagrożeniem epiodemologicznym”, „nieczynne bo wirus”.
Nieliczni
przechodnie przemykali chyłkiem, rozglądając się nieufnie na
boki. Nawet psiarze wyprowadzali czworonogi jakoś tak bardziej po
kryjomu. Po ulicach krążyły patrole policji; funkcjonariusze ze
srogimi, nieskrytymi maseczką minami przechadzali się niespiesznym,
budzącym respekt krokiem i wlepiali mandaty komu mogli. Za
niestosowanie się do wytycznych dotyczących zachowania dystansu na
ulicy, za podejrzanie spacerowe tempo, za wyjście z pieskiem zbyt
daleko od miejsca zamieszkania, za krzywo założoną maseczkę, za
krzywe spojrzenie, za złorzeczenie przeciw partii i prezesowi.
Najłatwiejszym celem byli idący pod rękę staruszkowie – ich
nawet starszy perspirant Prukała z piwnym bandziochem potrafił
dogonić. Większym wyzwaniem okazali się rowerzyści, ale i na nich
znalazł się sposób. Jeden kulson chował się w krzakach z długim
kijem, który w odpowiednim momencie wtykał w szprychy niesfornemu
cykliście; wtedy drugi rzucał się szczupakiem na wyglebionego
nieszczęśnika i wypisywał mu mandat na 12 tysięcy złotych.
Aby
uniknąć wdawania się w dyskusję z pałami co jest, a co nie jest
„niezbędną potrzebą życiową”, specjalnie na takie okazje
miałem przygotowaną siatkę z porem i bagietką. Ilekroć na
horyzoncie zamajaczył mi mundur, przyspieszałem kroku i zaczynałem
wymachiwać reklamówką bardziej zamaszyście, w celu podkreślenia
wagi i istotności mojej wyprawy. Klucząc osiedlowymi uliczkami
dotarłem w końcu do Kupnej Łączki – skwerku, gdzie mieszkańcy
okolicznych bloków pozwalali swoim psom się wybiegać i przy okazji
załatwić małe co-nieco; wśród właścicieli panował niepisany
konsensus, że ten psiak, co się właśnie wypina pod mirabelką,
nie należy aktualnie do nikogo. Obecnie łączka była niemal pusta,
zarośnięta zdradliwie niestrzyżoną trawą. Patrząc uważnie pod
nogi, przeszedłem na drugi jej koniec, gdzie w załomie żywopłotu
i cieniu kasztanowca kryła się kulawa ławeczka. Obiekt był
skitrany tak dobrze, że nawet większość okolicznych meneli nie
miała o nim pojęcia, miejscówka była więc stosunkowo mało
zapluta i zasyfiona petami. Rozsiadłem się z westchnieniem ulgi i,
z dala od nieprzyjaznych mundurowych oczu, wyciągnąłem z siateczki
puszeczkę piweczka. Otworzyłem ją przy akompaniamencie
satysfakcjonującego psyknięcia i pociągnąłem długi łyk, czując
jak zbawcza moc jęczmienia i chmielu obmywa moje ciało z lęków i
trosk. Zmrużyłem oczy, rozkoszując się pieszczotą promieni
wiosennego słońca na twarzy. Dzień był nie za chłodny i nie za
gorący, idealny na taki właśnie piknik. Gdyby nie docierające z
oddali głosy policyjnych szczekaczek, nawołujących do pozostania w
domach i nieorganizowania antyrządowych demonstracji „w trosce o
zdrowie i życie najbliższych oraz całego narodu”, można by było
niemal zupełnie zapomnieć o całym tym szajsie. Po jednym
relaksującym napoju przyszła kolej na następny, aż wreszcie,
ukojony muśnięciami ciepłego wiaterku i ukołysany szumem liści
kasztanowca, zapadłem w krótką drzemkę. Po przebudzeniu odkryłem,
że ktoś mi gwizdnął z reklamówki trzecie piwo, ale, o dziwo,
zostawił pora i bagietkę.
Wieczorem
wybierałem się znów do dziewczyn. Minęło już parę dni od mojej
ostatniej wizyty, bo z racji przeniesienia wykładów do sieci
studentom zaczęto zadawać prace domowe i laski wieczorami ślęczały
nad jakimiś długaśnymi wypracowaniami. Cieszę się, że mam te
czasy za sobą i mogę sobie spokojnie wegetować w pozbawionej
perspektyw robocie, starając się nie rzucać nikomu w oczy i nie
wykazując śladu ambicji czy inicjatywy. Biedne, zapracowane
dziewczyny. Wziąłem z regału „Wichrowe wzgórza”, żeby oddać
Sarze i... hm, czy te książki w gablotce się na mój widok
skuliły?
Chyba mam zwidy.
Na kolacji u sąsiadek
nastroje były, jak to się mówi, minorowe. Pojedliśmy, popiliśmy,
ale rozmowa niezbyt się kleiła. Dziewczyny błądziły gdzieś
myślami, nie śmiały się z moich żartów, aż w końcu i mi się
udzieliła ogólna atmosfera przysmęcenia. Wreszcie Sara wymówiła
się bólem głowy i zniknęła w swoim pokoju, zostawiając nas we
dwójkę. Przyniosłem Mili reddsa z lodówki i usiedliśmy na
podłodze, oparci plecami o kanapę. Z telewizora przemawiał znajomy
minister; ściszyliśmy odbiornik, żeby nie budzić Sary, więc
docierało do nas tylko uspokajające mruczenie.
– Lubię go –
stwierdziła Mila. – Zawsze wygląda na takiego zmęczonego.
– No nie wiem. Babcia
ostrzegała, że z rudego nic dobrego... – skrzywiłem się.
– Więcej zaufania.
Wygląda na uczciwego gościa, co na pewno żadnych przekrętów nie
robi.
Pokręciłem głową, ale
nic nie odpowiedziałem. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
– Czarek? – odezwała
się wreszcie Mila. – Czy to koniec świata? – zapytała
poważnie.
– Co? Oj, nie
przesadzaj. – Wysiliłem się na uśmiech.
Mila spuściła głowę i
skubała z metalicznym brzękiem dzyndzelek od puszki. Nigdy nie
widziałem jej takiej osowiałej.
– No bo... Coraz
więcej ludzi wokół choruje. I umiera. I mówią, że nawet jak to
się skończy, to będzie gospodarczy kryzys stulecia. A może nawet
wojna... Boję się.
– No... Weź nie bój
się. – Byłem absolutnie do dupy w pocieszaniu.
– Mam chłopaka, wiesz?
Od sylwestra. Z mojej wioski, poznaliśmy się u kumpeli. On studiuje
w innym mieście i... Widziałam się z nim na żywo tylko trzy razy.
Teraz rozmawiamy na skypie, ale... Wiesz, jeszcze ze sobą nawet nie
spaliśmy. Wieczorami myślę, co będzie jeśli on nagle zachoruje i
umrze. Albo ja.
– Nie opowiadaj głupot,
żadne z was nie umrze. Młodzi nie umierają... zazwyczaj. Co
najwyżej przejdziecie to jak katar. Dobrze będzie. – Patrzyłem
na nią z bezradną miną. Zawsze starałem się unikać takich
niezręcznych sytuacji, ale teraz nie bardzo było jak wstać i
wyjść.
– Czy Sara... też ma
chłopaka? – spytałem tknięty nagłym przeczuciem.
– Hm? Nie, z tego, co
mi wiadomo, to nie.
Aha, czyli na drodze nie
stały mi przeszkody obiektywne, tylko własna nieudolność. Co za
krzepiąca myśl.
– A potem myślę, że
przecież są ludzie, którzy mają nie chłopaka, którego ledwie
znają, tylko rodziny, dzieci. I się o nie martwią tak jak ja o
mamę i tatę. – Nie unosiła głowy, fioletowa grzywka zasłaniała
jej oczy. – Jakoś zawsze do tej pory myślałam, że jesteśmy
nieśmiertelni. No, poza dziadkami. Ale to takie naturalne, że oni
umierają, prawda? Czy jestem złą osobą, że tak mówię...?
– Nie, nie jesteś.
Tak, starzy ludzie umierają. – Zaczynałem panikować i strzelać
oczami w stronę wyjścia.
– Czarek, masz
papierosy?
– Zawsze. –
Poklepałem się po kieszonce koszuli.
– A mogę jednego?
– Nie wiedziałem, że
palisz.
– Bo nie palę. Ale
jakie to ma teraz znaczenie.
Wstała i zachwiała się
przez moment, chwytając się niezgrabnie mojej głowy.
– Przepraszam, wszystko
OK. Chodź na balkon. Nie bój się, ma wysoką barierkę.
Wyszliśmy na niewielki
prostokąt betonu zawieszony nad 20-metrową przepaścią. Miałem
mieszane uczucia względem balkonów, dlatego zwykłem wychodzić na
fajka przed blok.
Dałem Mili papierosa i
podpaliłem, uważając na grzywkę. Zaciągnęła się i momentalnie
dostała ataku kaszlu.
– O Jezu... Nie miałam
tego świństwa w ustach od sylwestra – wyszeptała z łzami w
oczach.
– To nie świństwo
jest, to rothmansy. – Niemal się obraziłem.
– „Palenie niszczy
zęby i dziąsła” – przeczytała napis z paczki. I jakie zdjęcie
wstrętne. Pokaż zęby, Czarek.
– Nie będę się tu
szczerzył dla twojej rozrywki. A paczka była kiedyś gustowniejsza,
dawno temu, jak dopiero zaczynałem palić.
– Powinieneś już
rzucić – powiedziała z troską. – Ile ty masz właściwie lat,
bo nie pamiętam? Pod czterdziechę, nie?
– Trzydzieści pięć!
– odparłem podniesionym głosem i nieco bardziej piskliwie, niż
zamierzałem.
– Hehe... Wiesz, że w
zasadzie biologicznie mógłbyś być moim ojcem? Jakby cię jakaś
zboczona nauczycielka w gimnazjum uwiodła...
Miałem na końcu języka,
że w moich czasach nie było gimnazjum, ale się w ten język
ugryzłem.
Pociągnęła bucha i
znów zakaszlała.
– Niedobre. Ale dobre.
– Nic dodać, nic ująć.
– Też zapaliłem.
– Jaka będzie pierwsza
rzecz, którą zrobisz po epidemii? – zapytała, patrząc w szybko
granatowiejące niebo.
– Kebab – odparłem
bez wahania. – Tłusty, ociekający sosem kebab podany bez żadnych
środków zachowania higieny w najbrudniejszej budce, jaką uda mi
się znaleźć.
– Ha... Ja myślałam o
plaży. Bo to już lato pewnie będzie. Pojechałabym nad jezioro, w
tłum ludzi, z dyskoteką przez całą noc.
Na chwilę oddaliśmy się
swoim marzeniom. Mila oparła się plecami o barierkę i przechyliła
lekko. Ścierpła mi skóra.
– Nie wychylaj się...!
– Co? Ach, twój lęk
wysokości.
– Nie mam lęku
wysokości tylko lęk przed wypadnięciem – rzuciłem, starając
się unikać patrzenia w dół. – To zupełnie racjonalne.
Mila uśmiechnęła się
blado.
– Śmieszny jesteś,
Czaruś. Nie umieraj. I rzuć palenie.
Zgasiła peta w pustej
doniczce i potarła skronie.
– Teraz mnie też głowa
boli. Słabo mi trochę, położę się wcześniej. – Kaszlnęła.
Spojrzałem na zegarek;
nie było jeszcze 21, a Mila zazwyczaj prowadziła raczej nokturnalny
tryb życia. Musiała się naprawdę źle czuć. Uraczyłem ją
jeszcze kilkoma marnymi słowami otuchy, przytuliłem i wróciłem do
siebie trapiony jakimś niejasnym złym przeczuciem.