Dzień 3
4 przypadki
Najpierw zabrakło
papieru. Toaletowego, bo do drukarki piętrzyły się całe ryzy. Był
też listowy, kolorowy, wizytówkowy a nawet ryżowy. Tylko półki
opatrzone znakiem „pap. toalet.” świeciły pustkami. Nie było
nawet jednej ironicznie osamotnionej rolki dla podkreślenia
dramatyzmu sytuacji. Te widoczne na zdjęciach w portalach
społecznościowych i informacyjnych musiały być aranżacją dla
potrzeb artystycznych. Nikt nie zostawiłby ostatniego opakowania
srajtaśmy, ani z grzeczności, ani tym bardziej z braku potrzeby.
Szybko znikały też ręczniki papierowe, chusteczki higieniczne,
lignina. Co poniektórzy panowie, pchając wózki wyładowane
zapasami, spoglądali też z namysłem na półki z podpaskami.
Ubiegały ich jednak panie, łapczywie zagarniając naręcza alwaysów
i tampaksów. Nieopodal ziała kolejna wyrwa w asortymencie – na
półce z mydłami. Największym powodzeniem cieszyły się te
antybakteryjne w płynie, choć nikt nie potrafiłby powiedzieć,
jakie bakterie te żele zwalczają w porównaniu z mydłem
nieantybakteryjnym i czemu właściwie miałyby pomóc na wirusy. Co
ciekawe szampony i żele pod prysznic nie schodziły wcale szybciej
niż zwykle, jakby nowo odkryta higiena rodaków kończyła się na
pasku od zegarka i kajdanie.
„Zrób zapasy, bo
ludzie wszystko wykupią”, ostrzegali ludzie, którzy już sami
zdążyli wszystko wykupić. Stałem więc i ja w kolejce w
supermarkecie, z wózkiem pełnym chusteczek i prowiantu. Dookoła
tłoczyła się zwarta masa ludzi i kratowanej stali, cisnących się
na siebie, oddychających na siebie, zaglądających sobie nawzajem w
zakupy, żeby upewnić się, czy o czymś nie zapomnieli. Kobiety
stawiały przeważnie na produkty sypkie, obmyślając już 101
przepisów na risotto, kaszotto i pastotto, którymi w najbliższych
tygodniach będą napychać mniej lub bardziej protestującą
rodzinę. Mężczyźni starali się, żeby w koszyku nie zabrakło
kilogramowych opakowań kiełbasy śląskiej i podwawelskiej,
zafoliowanych szynek, puszek pasztetów i mielonki. Niektórzy
kitrali też na dnie wózka cztero – i sześciopaki piwa,
korzystając z chwili nieuwagi żony, która w tym czasie toczyła
boje o groszek konserwowy czy kukurydzę. I jeszcze mąka. Po 3-4
kilo na wózek. Co ludzie robią z taką ilością mąki w domu? Będą
wpierdalać łychami jak im zabraknie kaszotto w dziesiątym tygodniu
apokalipsy?
Społeczeństwo jeszcze
spoglądało na siebie bardziej z wywołanym rywalizacją znużeniem
niż nieufnością. Część zakupowiczów koncentrowała się tylko
na przesuwaniu siłą woli taśmy na kasie, inni ochuchiwali się
zapamiętale, wymieniając uwagi, spostrzeżenia i najnowsze
informacje zasłyszane w telewizorze i w innych kolejkach. Czasem
tylko gdy ktoś kaszlnął lub siąknął głośniej nosem, skupiała
się na nim na chwilę nieżyczliwa uwaga otoczenia. Gdyby
namierzonemu przyszło zakasłać po raz drugi, czy nie daj Boże
kichnąć, kolejka potrafiła jak jeden organizm sprężyć się i
zewrzeć, niby mimochodem wypychając podejrzane ciało obce na
zewnątrz i tłumacząc spokojnie protestującemu delikwentowi, że
„pan tu wcale nie stał”. Drapało mnie trochę w gardle, bo mi
pękła paczka mąki w wózku, ale ze łzami w oczach powstrzymywałem
się od kaszlnięcia, nie chcąc wylądować z powrotem na końcu
ogonka.
Do domu wracałem
autobusem. Trzymałem się lewą ręką poręczy, w prawej miałem
uwieszone siaty. Zawsze trzymam się lewą ręką, takie
przyzwyczajenie, gdyż prawą jem coś, jak jestem na mieście. To
znaczy jem twarzą, ale prawą ręką trzymam jedzenie. Albo tic-taca
sobie wezmę. Lewą też naciskam guziki i klamki. I członek
trzymam, jak się odlewam. No oczywiście, że myję potem ręce, ale
to i tak dobry nawyk. Bo na przykład w plenerze nie umyjesz, a po
piwku się chce. Z drugiej wszakże strony, pomyślałem sobie teraz,
jaką ja mam pewność, że ten facet, z którym się witam, też
dochował należnej higieny mikcyjnej? Ja tu dokładam starań, a
tymczasem jego członkobakterie przechodzą po uścisku dłoni na na
mojego hamburgera. Może stąd się wziął żółwik? Z racjonalnej
nieufności? W jakimś badaniu w USA wykryto na orzeszkach w barze
obecność kilku różnych rodzajów moczu. A w Kanadzie stwierdzili,
że na 1/3 basenu olimpijskiego przypada 75 litrów uryny. 75! Uryny!
W Kanadzie! Najuprzejmiejszym kraju świata. Strach pomyśleć ile
szczą u nas... Kiedy udało mi się usiąść, sprawdziłem w
telefonie, czy fist-bump jest rzeczywiście bardziej higieniczny niż
hand-shake. Oczywiście, że zrobiono na ten temat badania. No i
wychodzi, że tak. Czyli wszyscy powinniśmy zacząć przybijać
żółwika? Ziomeczki na spotkaniach biznesowych, mordeczki składając
ziomeczkowi kondolencje na pogrzebie, prezydent podczas wręczania
ziomeczkom nominacji profesorskich i generalskich. Chociaż teraz to
w ogóle zalecają, żeby się witać łokciem albo nogą. Na
youtubie sobie obejrzałem. Oczywiście po powrocie do domu trzeba
zdezynfekować telefon. Czy spodnie od siedzenia w autobusie też?
Ręce myć przez 20 sekund, to wiem. Szarym mydłem, którego
ostatnie sztuki udało mi się wyszarpać w Rossmanie tylko dlatego,
że było koło południa, a starzy ludzie wolno chodzą. I twarzy
nie dotykać. Ale jak wymyję ręce, to już mogę dotykać twarzy?
Czy powinienem twarz też wymyć? Zaraz, a mydło mam wymyć po
myciu? Bo przecież wirusy i cudze członkobakterie się przyczają w
pianie do następnego razu. Sprawdzam w googlach. O dziwo nikt
takiego pytania wcześniej nie zadał. Jestem albo pionierem albo
paranoikiem. Kurwa, teraz muszę znów wymyć ręce, bo zapomniałem
odkazić telefon.
Krwioletowica. Tak to
cholerstwo nazwano. Po angielsku „purple blood fever”, PBF, po
lekarsku coś niezrozumiałego z numerkiem na końcu. Po polsku
zdecydowanie najładniej, romantycznie tak nawet. Zaczęło się w
Indiach, podobno jedzą tam krokodyle mózgi, czy małpim gównem
chleb smarują, dzikusy jebane. No i sto tysięcy Hindusów to
złapało od tej jednej kanapki z łajnem, a potem się toto
rozpełzło na Azję, Amerykę i teraz Europę. Włochy w
kwarantannie, Hiszpania za chwilę, teraz podeszło na północ. W
Islandii podobno pół kraju się zaraziło na meczu curlingu. Nie
wiem, kto to zawlókł tak daleko, ale sami są sobie winni, skoro
się ostatnio taką modną turystyczną miejscówką zrobili. Do nas
mało kto przyjeżdża niezmuszony, więc oczywiście pierwszy
przypadek to „biznesmen” zwożący używane samochody z Reichu.
Fura mu padła przy granicy, to wsiadł w pekaesa no i pewnie
poczęstował wirusem cały autokar, którego pasażerowie się potem
rozjechali w Polskę. Mówią, że będzie epidemia. Nie wiem, czy
się bać. Przeżyłem już kilka epidemii – grypę ptasią,
krowią, świńską. Najgorzej było przy tej ostatniej, tyle
kartonowych pudełek ze świnkami morskimi zakopanych po parkach i
ogrodach... dostałem wtedy 36,8 i kataru, ale może to z empatii.
Pierwsze objawy
krwioletowicy to ataki kichania, zaburzenia mowy i fioletowe wypieki
na twarzy. Potem krwotoki, gorączka, napady agresji, w najgorszym
razie kończy się śpiączką i śmiercią. Niektórzy uspokajają,
że większość ofiar śmiertelnych to osoby starsze z chorobami
współistniejącymi (nauczyliśmy się wszyscy nowego słówka do
Scrabble), a młodzi przechodzą w większości bezobjawowo, albo są
odporni. Nie wiem, czy 35 lat jeszcze mnie kwalifikuje do „młodych”.
Na wszelki wypadek zgoliłem brodę, bo zaczynała siwieć. Teraz w
lustrze czuję się młodziej, ale nadal stękam przy wstawaniu z
kanapy.
Rozpakowałem zakupy.
Nigdy nie byłem dobry w planowaniu. Dlatego też okazało się, że
mam cztery pudełka ryżu i dwie kaszy na jedną paczkę mrożonych
warzyw oraz siedem twarożków, trzy opakowania sera, dwa opakowania
salami i jeden niewielki bochenek chleba. I mąkę.
Resztę dania spędziłem
oglądając telewizję i czytając internet, gdzie wszyscy chcieli
mnie przestraszyć. Wirusolodzy, epidemiolodzy, ekonomiści, znajomi
z FB, a najbardziej taki minister z rudą brodą, który twierdził,
że od początku mówił, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej.
Stojącemu obok premierowi chyba się to za bardzo nie podobało, bo
miał jakąś taką krzywą twarz.
Wieczorem wyszedłem
przed blok na papieroska. Na dole spotkałem pana Bronka na spacerze
z pieskiem. Spacery te zazwyczaj sprowadzały się do tego, że pan
Bronek filozoficznie ćmił peta pod klatką, podczas gdy cierpiący
na wieczne zatwardzenia kundelek załatwiał się w hortensjach pani
Petunii (lub petuniach pani Hortensji, czy jakie tam zielsko kwitło
pod oknem staruszki z parteru). Poczucie godności osobistej oraz
wydatny brzuch pana Bronka wzbraniały go przed sprzątaniem po
pupilu, więc psie kupy użyźniały rabatki.
– I co, panie Czarku,
przylazło wreszcie do nas, nie? – zagaił, częstując ogniem.
– Oj tam, przylazło,
nie przylazło, rozejdzie się po kościach. Do końca miesiąca
będzie po epidemii – odparłem bardziej dla dodania sobie otuchy
niż próby przekonania kogokolwiek.
Pan Bronek pokręcił
głową.
– No nie wiem, jak to
tam będzie. Słyszałeś pan, że to badziewie to pewnie w
laboratoriach wyhodowali i im uciekło albo specjalnie wypuścili,
żeby te, broń biologicznom testować.
– Kto?
– Ruskie, pewnie. Albo
i ciapate. – Zaciągnął się szlugiem, którego miał zwyczaj
trzymać w szczerbie po górnej lewej trójce, niewzruszenie
ignorując lecący mu do oczu dym. – Kto ich tam wie.
– No ale zaraz się
ciepło zrobi – powiedziałem z nadzieją. – Globalne ocieplenie
i w ogóle. Kto by tam na katar wiosną umierał.
– I w maju śnieg
widziałem – odrzekł pan Bronek fatalistycznie. – Grunt to
odporność, panie Czarku. Ruch na świeżem powietrzu, jak widać,
na ten przykład. Snu dużo; ja przed dziewiątom się jeszcze na
drugi bok nie przewracam. Tytuń – ochronna warstwa substancji
smołowych pokrywa drogi oddechowe i nie przepuszcza zarazków. No i
najważniejsze: setka z pieprzem na noc. Albo dwie. Mój świętej
pamięci ojczulek zimom co wieczór setę z pieprzem wypijał i żył
aż umarł.
– Zdrowo?
– Jako i ja. – Pan
Bronek uderzył się w pierś, zakaszlał i splunął siarczyście,
nie wyjmując peta z ust. – Kataru, w każdem bądź razie, nie
miał.
– Hm. – Wpatrzyłem
się z powątpiewaniem we własnego papierosa.
– Tym mniemniej jakąś
ostrożność trza zachować. Te studenciary z pańskiego piętra...
– Wskazał głową w ogólnym kierunku bloku. – To zdaje się z
zagranicy, z nartów ostatnio wróciły. Pan tam uważa, bo nie
wiadomo, czy świństwa jakiego nie przywiozły.
– Ludzie w ogóle
pałętają się po świecie, zamiast w domu na dupie siedzieć –
wyrzuciłem z siebie z nagłą złością. – Jak nie plaże, to
góry, jak nie góry, to mury czy inne ruiny. Baby to już
najbardziej. „Zwiedzać” im się chce, „poznawać inne kultury”
albo, kurwa, „odkrywać siebie” w jakimś Tybecie czy Gangesie. I
potem wracają albo z czerniakiem od słońca, albo z jakimś
pasożytem od „zgłębiania tajników lokalnej kuchni”, albo tak
jak teraz przywloką wirusa do uczciwych ludzi, co w domu siedzą i
nie rujnują planety turystyką. „Nowe kultury”, kurwa mać. Jak
chcą zobaczyć, jak skośnooki wpierdala kurze łapki, to niech
sobie do Wólki Kosowskiej pojadą. Ja panu powiem, panie Bronku, że
od pięciu lat nigdzie nie wyjeżdżałem. Po co mi? Mam w domu
książki, Netflixa, konsolę i gry na Steamie, a jak sobie chce coś
obejrzeć, to na zdjęciu w internecie wystarczy albo na Google
Street View można całe miasto zwiedzić.
– Ja to akurat tego co
pan, to nie bardzo, bo połowy nie zrozumiałem, a do literek to,
tego, oczów nie mam, od maleńkości mnie się męczom. Ale w
ogólności się zgadzam. Ja, proszę pana, w wolnych chwilach
stolarkie uskuteczniam.
– Stolarkę?
– Stolarkie –
potwierdził. – Strugam se, piłuję, hebluję, bejcuję. A to
taborecik sobie pieprznę a to półeczkie, córce kuchnie zrobię.
Czasem Jezuska z pniaczka wyjebię. Bardzo odpręża i czas daje,
żeby się, wiesz pan, nad światem i życiem zadumać.
– I co pan wydumał?
– Że wszystko chuj. –
Upuścił niedopałek i roztarł obcasem. – Marność, rozumie się.
Tak jak pan mówisz, ludziska jeżdżom se po świecie, gały
wytrzeszczajom, wszystko chcom poznać, dotknąć, naobglądać się,
języków obcych się naumieć. A na końcu i tak wszyscy umrom, więc
co komu po tem? Gówno, panie kochany, gówno. Alibo biega taki co
rano, nie pali, nie pije, mięsa nie jje i zielsko tylko wtranżala,
do roboti na rowerku zachrzania – a potem go skoda fabia na
światłach pierdolnie i to by było na tyle. Grób, kiła i mogiła.
To na co to wszystko? Na jajco, panie kochany, na jajco. Uszanowanie.
Fafik!
Pan Bronek zagwizdał na
psa, któremu w końcu udało się wypróżnić i właśnie z
zainteresowaniem obwąchiwał efekty swojego wysiłku, ukłonił się
i skierował kroki w stronę drzwi do klatki, zostawiając mnie sam
na sam z na wpół wypalonym papierosem i plątaniną myśli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz