czwartek, 9 kwietnia 2020

Dzień 3


Dzień 3
4 przypadki

  Najpierw zabrakło papieru. Toaletowego, bo do drukarki piętrzyły się całe ryzy. Był też listowy, kolorowy, wizytówkowy a nawet ryżowy. Tylko półki opatrzone znakiem „pap. toalet.” świeciły pustkami. Nie było nawet jednej ironicznie osamotnionej rolki dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji. Te widoczne na zdjęciach w portalach społecznościowych i informacyjnych musiały być aranżacją dla potrzeb artystycznych. Nikt nie zostawiłby ostatniego opakowania srajtaśmy, ani z grzeczności, ani tym bardziej z braku potrzeby. Szybko znikały też ręczniki papierowe, chusteczki higieniczne, lignina. Co poniektórzy panowie, pchając wózki wyładowane zapasami, spoglądali też z namysłem na półki z podpaskami. Ubiegały ich jednak panie, łapczywie zagarniając naręcza alwaysów i tampaksów. Nieopodal ziała kolejna wyrwa w asortymencie – na półce z mydłami. Największym powodzeniem cieszyły się te antybakteryjne w płynie, choć nikt nie potrafiłby powiedzieć, jakie bakterie te żele zwalczają w porównaniu z mydłem nieantybakteryjnym i czemu właściwie miałyby pomóc na wirusy. Co ciekawe szampony i żele pod prysznic nie schodziły wcale szybciej niż zwykle, jakby nowo odkryta higiena rodaków kończyła się na pasku od zegarka i kajdanie.
  „Zrób zapasy, bo ludzie wszystko wykupią”, ostrzegali ludzie, którzy już sami zdążyli wszystko wykupić. Stałem więc i ja w kolejce w supermarkecie, z wózkiem pełnym chusteczek i prowiantu. Dookoła tłoczyła się zwarta masa ludzi i kratowanej stali, cisnących się na siebie, oddychających na siebie, zaglądających sobie nawzajem w zakupy, żeby upewnić się, czy o czymś nie zapomnieli. Kobiety stawiały przeważnie na produkty sypkie, obmyślając już 101 przepisów na risotto, kaszotto i pastotto, którymi w najbliższych tygodniach będą napychać mniej lub bardziej protestującą rodzinę. Mężczyźni starali się, żeby w koszyku nie zabrakło kilogramowych opakowań kiełbasy śląskiej i podwawelskiej, zafoliowanych szynek, puszek pasztetów i mielonki. Niektórzy kitrali też na dnie wózka cztero – i sześciopaki piwa, korzystając z chwili nieuwagi żony, która w tym czasie toczyła boje o groszek konserwowy czy kukurydzę. I jeszcze mąka. Po 3-4 kilo na wózek. Co ludzie robią z taką ilością mąki w domu? Będą wpierdalać łychami jak im zabraknie kaszotto w dziesiątym tygodniu apokalipsy?
  Społeczeństwo jeszcze spoglądało na siebie bardziej z wywołanym rywalizacją znużeniem niż nieufnością. Część zakupowiczów koncentrowała się tylko na przesuwaniu siłą woli taśmy na kasie, inni ochuchiwali się zapamiętale, wymieniając uwagi, spostrzeżenia i najnowsze informacje zasłyszane w telewizorze i w innych kolejkach. Czasem tylko gdy ktoś kaszlnął lub siąknął głośniej nosem, skupiała się na nim na chwilę nieżyczliwa uwaga otoczenia. Gdyby namierzonemu przyszło zakasłać po raz drugi, czy nie daj Boże kichnąć, kolejka potrafiła jak jeden organizm sprężyć się i zewrzeć, niby mimochodem wypychając podejrzane ciało obce na zewnątrz i tłumacząc spokojnie protestującemu delikwentowi, że „pan tu wcale nie stał”. Drapało mnie trochę w gardle, bo mi pękła paczka mąki w wózku, ale ze łzami w oczach powstrzymywałem się od kaszlnięcia, nie chcąc wylądować z powrotem na końcu ogonka.
  Do domu wracałem autobusem. Trzymałem się lewą ręką poręczy, w prawej miałem uwieszone siaty. Zawsze trzymam się lewą ręką, takie przyzwyczajenie, gdyż prawą jem coś, jak jestem na mieście. To znaczy jem twarzą, ale prawą ręką trzymam jedzenie. Albo tic-taca sobie wezmę. Lewą też naciskam guziki i klamki. I członek trzymam, jak się odlewam. No oczywiście, że myję potem ręce, ale to i tak dobry nawyk. Bo na przykład w plenerze nie umyjesz, a po piwku się chce. Z drugiej wszakże strony, pomyślałem sobie teraz, jaką ja mam pewność, że ten facet, z którym się witam, też dochował należnej higieny mikcyjnej? Ja tu dokładam starań, a tymczasem jego członkobakterie przechodzą po uścisku dłoni na na mojego hamburgera. Może stąd się wziął żółwik? Z racjonalnej nieufności? W jakimś badaniu w USA wykryto na orzeszkach w barze obecność kilku różnych rodzajów moczu. A w Kanadzie stwierdzili, że na 1/3 basenu olimpijskiego przypada 75 litrów uryny. 75! Uryny! W Kanadzie! Najuprzejmiejszym kraju świata. Strach pomyśleć ile szczą u nas... Kiedy udało mi się usiąść, sprawdziłem w telefonie, czy fist-bump jest rzeczywiście bardziej higieniczny niż hand-shake. Oczywiście, że zrobiono na ten temat badania. No i wychodzi, że tak. Czyli wszyscy powinniśmy zacząć przybijać żółwika? Ziomeczki na spotkaniach biznesowych, mordeczki składając ziomeczkowi kondolencje na pogrzebie, prezydent podczas wręczania ziomeczkom nominacji profesorskich i generalskich. Chociaż teraz to w ogóle zalecają, żeby się witać łokciem albo nogą. Na youtubie sobie obejrzałem. Oczywiście po powrocie do domu trzeba zdezynfekować telefon. Czy spodnie od siedzenia w autobusie też? Ręce myć przez 20 sekund, to wiem. Szarym mydłem, którego ostatnie sztuki udało mi się wyszarpać w Rossmanie tylko dlatego, że było koło południa, a starzy ludzie wolno chodzą. I twarzy nie dotykać. Ale jak wymyję ręce, to już mogę dotykać twarzy? Czy powinienem twarz też wymyć? Zaraz, a mydło mam wymyć po myciu? Bo przecież wirusy i cudze członkobakterie się przyczają w pianie do następnego razu. Sprawdzam w googlach. O dziwo nikt takiego pytania wcześniej nie zadał. Jestem albo pionierem albo paranoikiem. Kurwa, teraz muszę znów wymyć ręce, bo zapomniałem odkazić telefon.
  Krwioletowica. Tak to cholerstwo nazwano. Po angielsku „purple blood fever”, PBF, po lekarsku coś niezrozumiałego z numerkiem na końcu. Po polsku zdecydowanie najładniej, romantycznie tak nawet. Zaczęło się w Indiach, podobno jedzą tam krokodyle mózgi, czy małpim gównem chleb smarują, dzikusy jebane. No i sto tysięcy Hindusów to złapało od tej jednej kanapki z łajnem, a potem się toto rozpełzło na Azję, Amerykę i teraz Europę. Włochy w kwarantannie, Hiszpania za chwilę, teraz podeszło na północ. W Islandii podobno pół kraju się zaraziło na meczu curlingu. Nie wiem, kto to zawlókł tak daleko, ale sami są sobie winni, skoro się ostatnio taką modną turystyczną miejscówką zrobili. Do nas mało kto przyjeżdża niezmuszony, więc oczywiście pierwszy przypadek to „biznesmen” zwożący używane samochody z Reichu. Fura mu padła przy granicy, to wsiadł w pekaesa no i pewnie poczęstował wirusem cały autokar, którego pasażerowie się potem rozjechali w Polskę. Mówią, że będzie epidemia. Nie wiem, czy się bać. Przeżyłem już kilka epidemii – grypę ptasią, krowią, świńską. Najgorzej było przy tej ostatniej, tyle kartonowych pudełek ze świnkami morskimi zakopanych po parkach i ogrodach... dostałem wtedy 36,8 i kataru, ale może to z empatii.
  Pierwsze objawy krwioletowicy to ataki kichania, zaburzenia mowy i fioletowe wypieki na twarzy. Potem krwotoki, gorączka, napady agresji, w najgorszym razie kończy się śpiączką i śmiercią. Niektórzy uspokajają, że większość ofiar śmiertelnych to osoby starsze z chorobami współistniejącymi (nauczyliśmy się wszyscy nowego słówka do Scrabble), a młodzi przechodzą w większości bezobjawowo, albo są odporni. Nie wiem, czy 35 lat jeszcze mnie kwalifikuje do „młodych”. Na wszelki wypadek zgoliłem brodę, bo zaczynała siwieć. Teraz w lustrze czuję się młodziej, ale nadal stękam przy wstawaniu z kanapy.
  Rozpakowałem zakupy. Nigdy nie byłem dobry w planowaniu. Dlatego też okazało się, że mam cztery pudełka ryżu i dwie kaszy na jedną paczkę mrożonych warzyw oraz siedem twarożków, trzy opakowania sera, dwa opakowania salami i jeden niewielki bochenek chleba. I mąkę.
  Resztę dania spędziłem oglądając telewizję i czytając internet, gdzie wszyscy chcieli mnie przestraszyć. Wirusolodzy, epidemiolodzy, ekonomiści, znajomi z FB, a najbardziej taki minister z rudą brodą, który twierdził, że od początku mówił, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Stojącemu obok premierowi chyba się to za bardzo nie podobało, bo miał jakąś taką krzywą twarz.
  Wieczorem wyszedłem przed blok na papieroska. Na dole spotkałem pana Bronka na spacerze z pieskiem. Spacery te zazwyczaj sprowadzały się do tego, że pan Bronek filozoficznie ćmił peta pod klatką, podczas gdy cierpiący na wieczne zatwardzenia kundelek załatwiał się w hortensjach pani Petunii (lub petuniach pani Hortensji, czy jakie tam zielsko kwitło pod oknem staruszki z parteru). Poczucie godności osobistej oraz wydatny brzuch pana Bronka wzbraniały go przed sprzątaniem po pupilu, więc psie kupy użyźniały rabatki.
  – I co, panie Czarku, przylazło wreszcie do nas, nie? – zagaił, częstując ogniem.
  – Oj tam, przylazło, nie przylazło, rozejdzie się po kościach. Do końca miesiąca będzie po epidemii – odparłem bardziej dla dodania sobie otuchy niż próby przekonania kogokolwiek.
  Pan Bronek pokręcił głową.
  – No nie wiem, jak to tam będzie. Słyszałeś pan, że to badziewie to pewnie w laboratoriach wyhodowali i im uciekło albo specjalnie wypuścili, żeby te, broń biologicznom testować.
  – Kto?
  – Ruskie, pewnie. Albo i ciapate. – Zaciągnął się szlugiem, którego miał zwyczaj trzymać w szczerbie po górnej lewej trójce, niewzruszenie ignorując lecący mu do oczu dym. – Kto ich tam wie.
  – No ale zaraz się ciepło zrobi – powiedziałem z nadzieją. – Globalne ocieplenie i w ogóle. Kto by tam na katar wiosną umierał.
  – I w maju śnieg widziałem – odrzekł pan Bronek fatalistycznie. – Grunt to odporność, panie Czarku. Ruch na świeżem powietrzu, jak widać, na ten przykład. Snu dużo; ja przed dziewiątom się jeszcze na drugi bok nie przewracam. Tytuń – ochronna warstwa substancji smołowych pokrywa drogi oddechowe i nie przepuszcza zarazków. No i najważniejsze: setka z pieprzem na noc. Albo dwie. Mój świętej pamięci ojczulek zimom co wieczór setę z pieprzem wypijał i żył aż umarł.
  – Zdrowo?
  – Jako i ja. – Pan Bronek uderzył się w pierś, zakaszlał i splunął siarczyście, nie wyjmując peta z ust. – Kataru, w każdem bądź razie, nie miał.
  – Hm. – Wpatrzyłem się z powątpiewaniem we własnego papierosa.
  – Tym mniemniej jakąś ostrożność trza zachować. Te studenciary z pańskiego piętra... – Wskazał głową w ogólnym kierunku bloku. – To zdaje się z zagranicy, z nartów ostatnio wróciły. Pan tam uważa, bo nie wiadomo, czy świństwa jakiego nie przywiozły.
  – Ludzie w ogóle pałętają się po świecie, zamiast w domu na dupie siedzieć – wyrzuciłem z siebie z nagłą złością. – Jak nie plaże, to góry, jak nie góry, to mury czy inne ruiny. Baby to już najbardziej. „Zwiedzać” im się chce, „poznawać inne kultury” albo, kurwa, „odkrywać siebie” w jakimś Tybecie czy Gangesie. I potem wracają albo z czerniakiem od słońca, albo z jakimś pasożytem od „zgłębiania tajników lokalnej kuchni”, albo tak jak teraz przywloką wirusa do uczciwych ludzi, co w domu siedzą i nie rujnują planety turystyką. „Nowe kultury”, kurwa mać. Jak chcą zobaczyć, jak skośnooki wpierdala kurze łapki, to niech sobie do Wólki Kosowskiej pojadą. Ja panu powiem, panie Bronku, że od pięciu lat nigdzie nie wyjeżdżałem. Po co mi? Mam w domu książki, Netflixa, konsolę i gry na Steamie, a jak sobie chce coś obejrzeć, to na zdjęciu w internecie wystarczy albo na Google Street View można całe miasto zwiedzić.
  – Ja to akurat tego co pan, to nie bardzo, bo połowy nie zrozumiałem, a do literek to, tego, oczów nie mam, od maleńkości mnie się męczom. Ale w ogólności się zgadzam. Ja, proszę pana, w wolnych chwilach stolarkie uskuteczniam.
  – Stolarkę?
  – Stolarkie – potwierdził. – Strugam se, piłuję, hebluję, bejcuję. A to taborecik sobie pieprznę a to półeczkie, córce kuchnie zrobię. Czasem Jezuska z pniaczka wyjebię. Bardzo odpręża i czas daje, żeby się, wiesz pan, nad światem i życiem zadumać.
  – I co pan wydumał?
  – Że wszystko chuj. – Upuścił niedopałek i roztarł obcasem. – Marność, rozumie się. Tak jak pan mówisz, ludziska jeżdżom se po świecie, gały wytrzeszczajom, wszystko chcom poznać, dotknąć, naobglądać się, języków obcych się naumieć. A na końcu i tak wszyscy umrom, więc co komu po tem? Gówno, panie kochany, gówno. Alibo biega taki co rano, nie pali, nie pije, mięsa nie jje i zielsko tylko wtranżala, do roboti na rowerku zachrzania – a potem go skoda fabia na światłach pierdolnie i to by było na tyle. Grób, kiła i mogiła. To na co to wszystko? Na jajco, panie kochany, na jajco. Uszanowanie. Fafik!
  Pan Bronek zagwizdał na psa, któremu w końcu udało się wypróżnić i właśnie z zainteresowaniem obwąchiwał efekty swojego wysiłku, ukłonił się i skierował kroki w stronę drzwi do klatki, zostawiając mnie sam na sam z na wpół wypalonym papierosem i plątaniną myśli.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz